31.05.2025, 18:22 ✶
Suka. Paliła ostentacyjnie, z tą swoją wyuczoną nonszalancją, chowając paczkę papierosów przede mną jak najcenniejszy skarb, jakby nagle objawiła się jako bogini nikotyny, jedyna uprawniona do świętego dymu. W sumie… należały do niej. Ale wcześniej się dzieliła. A teraz? Teraz wyglądało na to, że palenie zyskało status rytuału dostępnego wyłącznie dla wybranych, czyli w jej mniemaniu nie dla mnie. I nie chodziło już o papierosy. Chodziło o zasadę. O fakt, że jeszcze niedawno trzymałem się życia jak ostatniego wątku fabularnego w nudnej książce, a teraz stałem tu, patrząc na jej psychopatyczny uśmieszek, jakby zafascynowana była tym, że denerwowałem się umieraniem, skoro nie umarłem. Że mnie naprawdę bolało. Że ona była tego powodem.
– Tak? A jaką miałaś PEWNOŚĆ, że nic mi się nie stanie?! – warknąłem, wyrzucając z siebie każde słowo jak zatruty sztylet. Przecież nie zapomniałem. Nie mogłem zapomnieć. To się wypaliło w moim umyśle ogniem i krwią, jak nieudana runa wyryta zbyt głęboko. Bez sensu, ale zaistniała. Przypomniałem sobie ten ból – nieznośny, czysty, zdradziecki. Czułem się wtedy jak bohater tragiczny w trzecim akcie, porzucony przez los i idiotyczny scenariusz. Byłem młody, przystojny, seksowny, błyskotliwy, genialny. Świat miał mnie jeszcze poznać i pokochać. A Prudence Bletchley uznała, że lepiej, jeśli świat pozna moją śmierć. Bezczelność w czystej postaci.
Wariatka. Krążyła wokół siebie, wokół świetlistych liter jak ćma, jakby odprawiała jakieś niezrozumiałe tańce śmierci. A ja upadałem wtedy, bezbronny, świadomy, a teraz... teraz się z tego śmiała. Poniżała mnie. Mnie. Romulusa Petera Pottera – magipsychiatrycznego Merlina nowej ery, ulubieńca pacjentów, autora bestsellerów i ulizanego guru wszelkiej niekonwencjonalnej terapii. A ona co? Siedzi w prosektorium i bawi się trupami, jakby to były najnowsze modele lalek dla dziewczynek z traumą. Trupie członki – proszę bardzo, pełen zestaw.
– Ujarałaś się powietrzem, Bletchley?! – rzuciłem powątpiewająco, z trudem podnosząc się z ziemi. Każdy mięsień we mnie jęczał, ale nie zamierzałem dłużej dzielić z nią przestrzeni. To nie było tylko niewygodne, to było cholernie niebezpieczne. Dla mnie, dla środowiska i dla okolicznych leśnych stworzeń również. Naprawdę, sarny i zające powinny już dziś składać doniesienia do magicznej ochrony przyrody.
– Tak, idę sobie zrobić ten mój kokon! Wyciszę ściany, ustawię barierę ochronną, może nawet jakąś zaklęciową cenzurę dźwięków… żeby NIE SŁUCHAĆ CIĘ NIGDY WIĘCEJ! LALALALALALA!!! – zademonstrowałem, zakrywając uszy jak rozkapryszone dziecko, a potem, już znacznie ciszej, ale z tą samą dozą wściekłości, a jak! – Jesteś głupia, arogancka i kompletnie nic nie wiesz o świecie!
Rozejrzałem się za gazetą. Prorok Codzienny mógłby chociaż udawać, że coś wie. Ale nie, on sobie zniknął. Pewnie uciekł przed Prudence. Też bym uciekł, gdybym był gazetą. Albo teleportował się do alternatywnego wymiaru, tak bez niej. Kraina Bez-Prudence… cudowna wizja. Miejsce, gdzie poranki zaczynają się kawą, nie krwią. Gdzie ludzie nie patrzą na ciebie jak na idiotę. Gdzie papierosy są twoje, a nie jej.
Raj. Na. Ziemi.
– Tak? A jaką miałaś PEWNOŚĆ, że nic mi się nie stanie?! – warknąłem, wyrzucając z siebie każde słowo jak zatruty sztylet. Przecież nie zapomniałem. Nie mogłem zapomnieć. To się wypaliło w moim umyśle ogniem i krwią, jak nieudana runa wyryta zbyt głęboko. Bez sensu, ale zaistniała. Przypomniałem sobie ten ból – nieznośny, czysty, zdradziecki. Czułem się wtedy jak bohater tragiczny w trzecim akcie, porzucony przez los i idiotyczny scenariusz. Byłem młody, przystojny, seksowny, błyskotliwy, genialny. Świat miał mnie jeszcze poznać i pokochać. A Prudence Bletchley uznała, że lepiej, jeśli świat pozna moją śmierć. Bezczelność w czystej postaci.
Wariatka. Krążyła wokół siebie, wokół świetlistych liter jak ćma, jakby odprawiała jakieś niezrozumiałe tańce śmierci. A ja upadałem wtedy, bezbronny, świadomy, a teraz... teraz się z tego śmiała. Poniżała mnie. Mnie. Romulusa Petera Pottera – magipsychiatrycznego Merlina nowej ery, ulubieńca pacjentów, autora bestsellerów i ulizanego guru wszelkiej niekonwencjonalnej terapii. A ona co? Siedzi w prosektorium i bawi się trupami, jakby to były najnowsze modele lalek dla dziewczynek z traumą. Trupie członki – proszę bardzo, pełen zestaw.
– Ujarałaś się powietrzem, Bletchley?! – rzuciłem powątpiewająco, z trudem podnosząc się z ziemi. Każdy mięsień we mnie jęczał, ale nie zamierzałem dłużej dzielić z nią przestrzeni. To nie było tylko niewygodne, to było cholernie niebezpieczne. Dla mnie, dla środowiska i dla okolicznych leśnych stworzeń również. Naprawdę, sarny i zające powinny już dziś składać doniesienia do magicznej ochrony przyrody.
– Tak, idę sobie zrobić ten mój kokon! Wyciszę ściany, ustawię barierę ochronną, może nawet jakąś zaklęciową cenzurę dźwięków… żeby NIE SŁUCHAĆ CIĘ NIGDY WIĘCEJ! LALALALALALA!!! – zademonstrowałem, zakrywając uszy jak rozkapryszone dziecko, a potem, już znacznie ciszej, ale z tą samą dozą wściekłości, a jak! – Jesteś głupia, arogancka i kompletnie nic nie wiesz o świecie!
Rozejrzałem się za gazetą. Prorok Codzienny mógłby chociaż udawać, że coś wie. Ale nie, on sobie zniknął. Pewnie uciekł przed Prudence. Też bym uciekł, gdybym był gazetą. Albo teleportował się do alternatywnego wymiaru, tak bez niej. Kraina Bez-Prudence… cudowna wizja. Miejsce, gdzie poranki zaczynają się kawą, nie krwią. Gdzie ludzie nie patrzą na ciebie jak na idiotę. Gdzie papierosy są twoje, a nie jej.
Raj. Na. Ziemi.