07.02.2023, 11:34 ✶
Roześmiał się szczerze chyba po raz pierwszy odkąd trafił do szpitala. Słyszał już o tym nie raz, ale za każdym razem, gdy to wspominała, zaskakiwało, choć nie w takim stopniu, jak na samym początku.
- Chyba gorzej nie mogłaś wybrać - powiedział, wciąż się śmiejąc. Chociaż wiedział, że mogła, patrząc na to, jakie spojrzenia posyłała ostatnio Saurielowi. To nie był jednak czas na tę rozmowę, nie w takich okolicznościach. Zresztą, może to tylko jego umysł otumaniony alkoholem podsyłał mu jakieś dziwne obrazy, jak Salem syczący na Rookwooda, bo nie zauważył krwi. Parsknął jeszcze raz śmiechem na to, jak szybko wyczuł go ten kot, choć Nora wciąż mogła to połączyć z poprzednim napadem glupawki. Na papierosy nie mógł i tak liczyć, bo miał dziwne wrażenie, że pani Bulstrode od razu transmutowałaby je w liście rukoli, twierdząc, że to lepsze w dochodzeniu do zdrowia.
- Bo tyle osób już mnie opierdzieliło za to, że to moja wina, że wszystko wydaje się podejrzane - odpowiedział jej całkiem szczerze, wyjaśniając swoje powątpiewanie w szczerość jej słów. Znał Norę na tyle, by wiedzieć, że nigdy by go nie okłamała, ale jednak próbując go pocieszyć mogła nagiąć trochę rzeczywistość - nie do końca świadomie, ale wciąż. Jeśli mimo to wciąż myślała, że wypadek Fergusa był efektem niespełnionych marzeń i ambicji, mógł przystać na tę wersję, bo całkiem mu się podobała. Stawała się wymówką dla bezmyślności.
- Widzisz! Ja też bym się wkurzył. Boję się tego wkurzenia za szkatułkę, jeśli mam być szczery. Zwłaszcza że była też cholernie droga. - Mina na powrót mu zrzedła, gdy Figg przyznała mu rację. Problem był spory, a im dłużej o tym myślał, tym bardziej był przerażony, do czego to wszystko prowadziło i do czego doprowadzić mogło. Gdyby nie Longbottomowie, pewnie leżałby teraz w kostnicy krojony przez Cynthię, a Castiel w areszcie, tłumacząc się aurorom, dlaczego dopuścił do takiej sytuacji. W świetle takich wydarzeń zniszczenie starożytnego artefaktu było niczym, ale z racji tego, że stało się największym problemem Fergusa, bał się wszelkich konsekwencji z tym związanych.
Uniósł brew, nie odrywając wzroku od Nory. Zawsze był drażliwy. Dopiero teraz to zauważyła? Tym bardziej, im dłużej był tu unieruchomiony bez możliwości wyjścia na papierosa czy zajęcia się czymś lepszym niż obserwowanie pomieszczenia.
- Kiedy powiedziałem, że coś dla mnie znaczy? Po prostu nie lubię, kiedy ludzie mnie nienawidzą - powiedział, posyłając jej pytające spojrzenie. Może jednak powinien był ugryźć się w język? Zbyt mocno go kusiło, by coś powiedzieć, zwłaszcza że ufał Norze na tyle, by wierzyć, że by go nie oceniała. Ale nie mógł, po prostu nie mógł. - Nie znaczy. Wcale - dodał szybko i spojrzał wymownie w sufit, bo obawiał się, że widząc jej spojrzenie w końcu pęknie. - Nic a nic - zaznaczył jeszcze tak dla pewności, że na pewno zrozumiała. Ale chyba przesadzał w drugą stronę.
- Chyba gorzej nie mogłaś wybrać - powiedział, wciąż się śmiejąc. Chociaż wiedział, że mogła, patrząc na to, jakie spojrzenia posyłała ostatnio Saurielowi. To nie był jednak czas na tę rozmowę, nie w takich okolicznościach. Zresztą, może to tylko jego umysł otumaniony alkoholem podsyłał mu jakieś dziwne obrazy, jak Salem syczący na Rookwooda, bo nie zauważył krwi. Parsknął jeszcze raz śmiechem na to, jak szybko wyczuł go ten kot, choć Nora wciąż mogła to połączyć z poprzednim napadem glupawki. Na papierosy nie mógł i tak liczyć, bo miał dziwne wrażenie, że pani Bulstrode od razu transmutowałaby je w liście rukoli, twierdząc, że to lepsze w dochodzeniu do zdrowia.
- Bo tyle osób już mnie opierdzieliło za to, że to moja wina, że wszystko wydaje się podejrzane - odpowiedział jej całkiem szczerze, wyjaśniając swoje powątpiewanie w szczerość jej słów. Znał Norę na tyle, by wiedzieć, że nigdy by go nie okłamała, ale jednak próbując go pocieszyć mogła nagiąć trochę rzeczywistość - nie do końca świadomie, ale wciąż. Jeśli mimo to wciąż myślała, że wypadek Fergusa był efektem niespełnionych marzeń i ambicji, mógł przystać na tę wersję, bo całkiem mu się podobała. Stawała się wymówką dla bezmyślności.
- Widzisz! Ja też bym się wkurzył. Boję się tego wkurzenia za szkatułkę, jeśli mam być szczery. Zwłaszcza że była też cholernie droga. - Mina na powrót mu zrzedła, gdy Figg przyznała mu rację. Problem był spory, a im dłużej o tym myślał, tym bardziej był przerażony, do czego to wszystko prowadziło i do czego doprowadzić mogło. Gdyby nie Longbottomowie, pewnie leżałby teraz w kostnicy krojony przez Cynthię, a Castiel w areszcie, tłumacząc się aurorom, dlaczego dopuścił do takiej sytuacji. W świetle takich wydarzeń zniszczenie starożytnego artefaktu było niczym, ale z racji tego, że stało się największym problemem Fergusa, bał się wszelkich konsekwencji z tym związanych.
Uniósł brew, nie odrywając wzroku od Nory. Zawsze był drażliwy. Dopiero teraz to zauważyła? Tym bardziej, im dłużej był tu unieruchomiony bez możliwości wyjścia na papierosa czy zajęcia się czymś lepszym niż obserwowanie pomieszczenia.
- Kiedy powiedziałem, że coś dla mnie znaczy? Po prostu nie lubię, kiedy ludzie mnie nienawidzą - powiedział, posyłając jej pytające spojrzenie. Może jednak powinien był ugryźć się w język? Zbyt mocno go kusiło, by coś powiedzieć, zwłaszcza że ufał Norze na tyle, by wierzyć, że by go nie oceniała. Ale nie mógł, po prostu nie mógł. - Nie znaczy. Wcale - dodał szybko i spojrzał wymownie w sufit, bo obawiał się, że widząc jej spojrzenie w końcu pęknie. - Nic a nic - zaznaczył jeszcze tak dla pewności, że na pewno zrozumiała. Ale chyba przesadzał w drugą stronę.