31.05.2025, 20:13 ✶
Mówią, że w dziennikarstwie trzeba być twardym. Bezkompromisowość, gotowość do pakowania się w sytuacje skrajnie niebezpieczne, aby potem opisać je i zapobiec następnym takim wydarzeniom. Nazywano to czwartą władzą. Fotograf zaś był w niej jak sekretarz — mało doceniany, ale niezbędny dla działania całego przedsięwzięcia. To on łaził po okolicy z aparatem, uwieczniał obraz spalonej nocy na magicznej kliszy. Pocieszała go odrobinę myśl, że jego fotografie mogły zachować się i być przedrukowane w podręcznikach. Takich, które by przestrzegały, by już do takiej sytuacji nigdy nie dopuścić.
Przy wejściu do Ministerstwa od ulicy Pokątnej gromadziły się prawdziwe tłumy. Miejsce to było niczym tykająca bomba. Tylko trzeba było czekać, aż wszyscy rozpierzchną się. Jeśli Śmierciożercy chcieli za jednym zamachem wymordować wielu niewinnych, mieli ku temu doskonałą okazję... Jednak fotograf, wbrew pozorom, nie był przyjmowany z taką wrogością, jak by można było sądzić. Wiele osób naprawdę chciało znaleźć się na tych zdjęciach. Ludzie chcieli, by władze wiedziały, jak cierpieli.
W jasnych włosach Henry'ego gromadził się popiół, czasem chłopak strzepywał go ostrożnie. Zdawał sobie sprawę z faktu, że spadające z nieba drobiny były niebezpiecznie łatwopalne. Lepiły mu się też do koszuli, która już niestety też nie była pierwszej czystości. Poza tym, kończyła mu się woda, był zmęczony i głodny. Ironiczny głosik w jego głowie narzekał, że Śmierciożercy przy tym ataku nie wystawili żadnego stoiska z jedzeniem. Mogliby wabić głodnych obywateli i ich załatwiać. Henry dałby się na to nabrać. Swoją drogą, zastanawiał się, czy może w atrium Ministerstwa podawali coś do jedzenia...
Chłopak przysiadł pod jedną ze ścian. Nogi i plecy bolały go od kilkugodzinnego łażenia. Zaczynał już się przyzwyczajać do zadymionego powietrza, choć spodziewał się, że odczuje skutki oddychania tym smrodem w najbliższej przyszłości. Dla nikogo coś takiego nie było zdrowe...
Nagle zobaczył znajomą sylwetkę... opuszczającą Ministerstwo. Henry westchnął ciężko i podniósł się. Widok przyjaciela rzeczywiście stanowił ulgę. Wcześniejsze spotkanie z Hannibalem było przecież dla niego jedynym odrobinę jaśniejszym punktem tej nocy. Wspomnienie o tym pomagało Henry'emu iść dalej. Istnieli na świecie jacyś dobrzy ludzie.
— Han! — Henry zawołał w jego stronę, po czym uśmiechnął się słabo. Wyglądał zdecydowanie gorzej niż wcześniej. Tak naprawdę pragnął tylko wrócić do domu. Odpocząć, odciąć się od całego tego zła. Chociaż... nie wiedział, czy jego mieszkanie nie spłonęło... Tylko tego by brakowało. Henry dopadł do przyjaciela, uściskał go. Tego właśnie w tym momencie potrzebował, jakiegokolwiek ugruntowania w świecie. Po chwili odsunął się, wciąż trzymając ręce na ramionach Hannibala. Kurtka Lockharta dobrze mu pasowała.— Czemu wyszedłeś z Ministerstwa? Tu jest niebezpiecznie, w każdej chwili coś może pierdolnąć.
Przy wejściu do Ministerstwa od ulicy Pokątnej gromadziły się prawdziwe tłumy. Miejsce to było niczym tykająca bomba. Tylko trzeba było czekać, aż wszyscy rozpierzchną się. Jeśli Śmierciożercy chcieli za jednym zamachem wymordować wielu niewinnych, mieli ku temu doskonałą okazję... Jednak fotograf, wbrew pozorom, nie był przyjmowany z taką wrogością, jak by można było sądzić. Wiele osób naprawdę chciało znaleźć się na tych zdjęciach. Ludzie chcieli, by władze wiedziały, jak cierpieli.
W jasnych włosach Henry'ego gromadził się popiół, czasem chłopak strzepywał go ostrożnie. Zdawał sobie sprawę z faktu, że spadające z nieba drobiny były niebezpiecznie łatwopalne. Lepiły mu się też do koszuli, która już niestety też nie była pierwszej czystości. Poza tym, kończyła mu się woda, był zmęczony i głodny. Ironiczny głosik w jego głowie narzekał, że Śmierciożercy przy tym ataku nie wystawili żadnego stoiska z jedzeniem. Mogliby wabić głodnych obywateli i ich załatwiać. Henry dałby się na to nabrać. Swoją drogą, zastanawiał się, czy może w atrium Ministerstwa podawali coś do jedzenia...
Chłopak przysiadł pod jedną ze ścian. Nogi i plecy bolały go od kilkugodzinnego łażenia. Zaczynał już się przyzwyczajać do zadymionego powietrza, choć spodziewał się, że odczuje skutki oddychania tym smrodem w najbliższej przyszłości. Dla nikogo coś takiego nie było zdrowe...
Nagle zobaczył znajomą sylwetkę... opuszczającą Ministerstwo. Henry westchnął ciężko i podniósł się. Widok przyjaciela rzeczywiście stanowił ulgę. Wcześniejsze spotkanie z Hannibalem było przecież dla niego jedynym odrobinę jaśniejszym punktem tej nocy. Wspomnienie o tym pomagało Henry'emu iść dalej. Istnieli na świecie jacyś dobrzy ludzie.
— Han! — Henry zawołał w jego stronę, po czym uśmiechnął się słabo. Wyglądał zdecydowanie gorzej niż wcześniej. Tak naprawdę pragnął tylko wrócić do domu. Odpocząć, odciąć się od całego tego zła. Chociaż... nie wiedział, czy jego mieszkanie nie spłonęło... Tylko tego by brakowało. Henry dopadł do przyjaciela, uściskał go. Tego właśnie w tym momencie potrzebował, jakiegokolwiek ugruntowania w świecie. Po chwili odsunął się, wciąż trzymając ręce na ramionach Hannibala. Kurtka Lockharta dobrze mu pasowała.— Czemu wyszedłeś z Ministerstwa? Tu jest niebezpiecznie, w każdej chwili coś może pierdolnąć.