Byli w totalnej kropce. Żadne z nich nie chciało o sobie zapomnieć, ale też żadne nie chciało sobie zaufać. Nic w tym dziwnego. Cody zaufanie, którym obdarzyła go Avelina nadszarpnął i to bardzo mocno. To co działo się wtedy na ulicy było dla niej ważne, ponieważ bała się, że z tego wieczoru zapamięta tylko atak wampira. Bała się, że straci wspomnienie magii, którą obdarował ją ten mężczyzna. Nie chciała strachu, chciała ten strach trochę rozcieńczyć wspomnieniem patronusa, który wywoływał ciepło. Po jej ciele przeszedł dreszcz, gdy poczuła jego palec przy swoim. Pozwoliła mu na ten dotyk o kilka sekund za długo. Nie wiedziała czemu nie cofnęła od razu. Czy było to podsycone strachem? Czy może chciała mu pokazać, że nie jest, aż tak straszny? Był straszny. W tym momencie był okropnie straszny. Zabrał jej jedyną rzecz, którą mogła się bronić, zabrał jej możliwość wyboru, zabrał jej wolność, ponieważ więził we własnym domu. A mimo to była cholernie głupia pozwalając mu na spoufalanie się.
Avelina zazdrościła w tym momencie Alice, że miała taką siłę przepędzić go z tego pomieszczenia. Sama chciałaby być w pełni swoich sił, być sarkastycznie miła i nie miła. Testować ludzi, czy zechcą ją mieć w swoim otoczeniu nawet w tej najgorszej formie, a teraz musiała leżeć pod kocami, trząść się i pocić. Walczyć o to, aby nie umrzeć. Kiedyś chciała umrzeć. Myślała o tym, aby odebrać sobie życie, ponieważ nie miała żadnego sensu. Wszystko się jej sypało, ale od jakiegoś czasu zaczynała mieć stabilność. Przestawała myśleć o tym, co pomyślą inni i chciała zebrać się w sobie, aby zaszaleć. I wpadła w ręce Śmierci.
Cody słuchał poleceń pięknej Alice, a Avelina zalewała zazdrość i nieopisana wściekłość. Nikt nie liczył się z jej zdaniem, nikt nie pozwalał jej decydować. Obserwowała ją uważnie, gdy do niej mówiła. Były kontrastami. Avelina miała ciemne oczy, ciemne włosy i ciemniejszą karnację. Miała wrażenie, że przy jasnej Alice sama była jakaś brudna. Gdy zapewniała ją, że nic jej nie zrobi Ave poczuła dziwny spokój w sercu i chciała jej wierzyć. Chciała wierzyć, że mówi jej prawdę.
— Wiesz… co zrobił? – zapytała przyglądając się jej.
Avelina była ciekawa, czy dziewczyna robiła już to kiedyś. Może mają taki durny układ, aby wywołać w ofierze poczucie winy, że uleczą ją pokazując, że są dobrzy, a Cody za kilka dni zaatakuje kolejną dziewczynę, a może nawet dziecko?
— Avelina. – alchemiczka nie czuła się niekomfortowo w ciszy. Zawsze przebywa w ciszy. Gdy warzy eliksiry, gdy siedzi w domu, gdy spaceruje po znanych jej ścieżka. Nigdy nie potrzebowała rozmów. To ludzie wokół niej dużo mówili, a ona słuchała.
— Czy mam? – na jej ustach zatańczył lekko drwiący uśmiech. Gdyby nie miała nie leżałaby w tym miejscu. Czuła, że siły po eliksirze, który jej podała zaczynał działać. — Nie no tak sobie dla hobby utraciłam sporo krwi. – prychnęła czując jak znowu złość ją zalewa. Potem poczuła wyrzuty sumienia, że była niemiła dla tak ładnej dziewczyny.
Odwróciła wzrok czując się skruszona. Nie chciała na nią patrzeć, więc tylko odsunęła ubranie w miejscu, gdzie wampir ją dziabnął pokazując jej ranę. Sama nie wiedziała, jak to wygląda. Przejechała językiem po wardze, ale nie wspomniała, że ten zranił ją też w usta. Wstydziła się, że wyjdzie na jakąś ladacznicę.