31.05.2025, 20:18 ✶
Dwa kufle zderzyły się ze sobą z głuchym dźwiękiem, który został przytłumiony przez gwar Dziurawego Kotła. Musiał przyznać — od poniedziałku tylko czekał na ten moment! Nie alkohol, a towarzystwo starego druha zmyło z niego całe zmęczenie i frustrację tygodnia.
— Jebać Wizengamot, tyle ci powiem. Powinienem to sobie wytatuować kiedyś na czole — mruknął z przekąsem, stukając palcem w czoło. Następnie zaczął opowiadać. — Nie byłem całkowicie normalny, kiedy myślałem, że jak się będę trzymał procedur, to mnie usłyszą. Bycie skutecznym też nie ma jakoś znaczenia, bo znowu... Tak długo, jak nie jestem w stanie wymienić siedmiu pokoleń wstecz, najlepiej bez użycia mugolskich imion, to mogę sobie wsadzić te wszystkie zasługi głęboko w… — dokładnie tam, gdzie kończyły się dobre maniery. Mężczyzna urwał, oparł łokcie na blacie i nachylił się lekko do przodu. Obok ich stolika przechodziła młoda kelnerka z tacą. Zatrzymała się na ułamek sekundy, posłała mu spojrzenie wyrażającym doraźnie słowa jest pan za głośno. Julek wykrzywił usta w krzywym półuśmiechu, uniósł dłonie w obronnym geście. — Obecnie mam dzieci, mam żonę, mam ciebie jako kumpla od śmierci i piwa. Reszta może mnie pocałować w dupę — podsumował sam siebie. Pomijając cały bajzel w pracy i te wszystkie ideologiczne gówna, które siłą rzeczy go dotyczyły, mimo że starał się nimi za bardzo nie przejmować, Bletchley prowadził naprawdę dobre życie. Mieli z Jo dom. Ledwo bo ledwo, ale to był ich dom. Czasy, kiedy brał dodatkowe godziny, siedział nocami nad raportami albo jeździł na wezwania, skończyły się. I miał nienajgorszy spokój.
— Żeś mi nie odpowiedział. Spakowani jesteście? Pamiętasz na co masz uważać, jak już będziesz wśród tych żabojadów? — mężczyzn z pazurami, którzy przemieniali się w konie.
— Jebać Wizengamot, tyle ci powiem. Powinienem to sobie wytatuować kiedyś na czole — mruknął z przekąsem, stukając palcem w czoło. Następnie zaczął opowiadać. — Nie byłem całkowicie normalny, kiedy myślałem, że jak się będę trzymał procedur, to mnie usłyszą. Bycie skutecznym też nie ma jakoś znaczenia, bo znowu... Tak długo, jak nie jestem w stanie wymienić siedmiu pokoleń wstecz, najlepiej bez użycia mugolskich imion, to mogę sobie wsadzić te wszystkie zasługi głęboko w… — dokładnie tam, gdzie kończyły się dobre maniery. Mężczyzna urwał, oparł łokcie na blacie i nachylił się lekko do przodu. Obok ich stolika przechodziła młoda kelnerka z tacą. Zatrzymała się na ułamek sekundy, posłała mu spojrzenie wyrażającym doraźnie słowa jest pan za głośno. Julek wykrzywił usta w krzywym półuśmiechu, uniósł dłonie w obronnym geście. — Obecnie mam dzieci, mam żonę, mam ciebie jako kumpla od śmierci i piwa. Reszta może mnie pocałować w dupę — podsumował sam siebie. Pomijając cały bajzel w pracy i te wszystkie ideologiczne gówna, które siłą rzeczy go dotyczyły, mimo że starał się nimi za bardzo nie przejmować, Bletchley prowadził naprawdę dobre życie. Mieli z Jo dom. Ledwo bo ledwo, ale to był ich dom. Czasy, kiedy brał dodatkowe godziny, siedział nocami nad raportami albo jeździł na wezwania, skończyły się. I miał nienajgorszy spokój.
— Żeś mi nie odpowiedział. Spakowani jesteście? Pamiętasz na co masz uważać, jak już będziesz wśród tych żabojadów? — mężczyzn z pazurami, którzy przemieniali się w konie.