31.05.2025, 21:50 ✶
Aktor wpadł w ramiona Henry'ego, wydając z siebie nieokreślony dźwięk, coś między jękiem, a szlochem. Miał nadzieję, że udało się to zamaskować, jako kaszlnięcie. Na chwilę ukrył twarz w ramieniu przyjaciela, malutka, lecząca odrobina ludzkiego ciepła w morzu cierpienia, które wlewało się w niego z zewnątrz niepowstrzymanym, przerażającym strumieniem. Niechętnie pozwolił się odsunąć na odległość ramion, ale Henry nie wypuścił go z silnego, osadzającego z powrotem w ciele uścisku. Może trochę desperackiego, ale Han nie zamierzał narzekać.
- Nie mogę… - pokręcił głową, przełknął ślinę zbierając myśli i rozpaczliwie walcząc o odzyskanie zimnej krwi - Musiałem... Tam w środku… tyle bólu… póki byliśmy na ulicy, coś się działo, było łatwiej - słowa, rozpierzchnięte wcześniej i poukrywane po zakamarkach umysłu, powoli wracały na swoje miejsca. Przedziwne doświadczenie. Westchnął nierówno.
- Myślę, że… chyba spróbuję wrócić do domu…
Działanie było łatwe. To znaczy, owszem, bał się płomieni, bał się agresywnych przechodniów, bał się Śmierciożerców. Czuł chłód nocy, ból oparzenia, żar ognia. Obawiał się samotnej podróży przez - dotąd znajome, ale teraz całkowicie zmienione - ulice. Ale przynajmniej był w ruchu, czuł, że ma przed sobą jakiś cel, choćby było nim tylko dotarcie z punktu A do punktu B. Oczekiwanie nie wiadomo na co wśród zimnych marmurów urzędu, jako część anonimowego tłumu czarodziejów, z emocjami, które zdawały się topić jego wnętrzności na obrzydliwą breję, było jeszcze gorsze.
Przyjrzał się Lockhartowi. Pozornie opanowany, wyglądał jednak nie mniej żałośnie, niż on sam. I nie chodziło tylko o ten dziwny, niebezpieczny popiół. Jego oczy były zaczerwienione od dymu i pełne obawy, ramiona przygarbione. Hannibal bezmyślnym ruchem zdjął jakiś paproch z koszuli fotografa. Jego ręka na chwilę zawisła między nimi, potem Hannibal przeczesał własne włosy, zgarniając popiół w tył. Miał nadzieję, że żaden z nich - ani nikt inny narażony na ten nienaturalny opad - nie stanie w płomieniach. Przynajmniej nie na moich oczach… pomyślał i skarcił się zaraz za ten egoizm. W ogóle, kurwa, niech nikt nie stanie w płomieniach. Proszę.
- A ty? Myślałem, że masz już dość gorących fotek i adrenaliny jak na jeden wieczór?
Henry miał rację, tu w każdej chwili mogło coś pierdolnąć. A jednak znaleźli się tu obaj i Selwyn czuł się tu lepiej, niż w dusznym od tłumu i strachu atrium Ministerstwa. Przynajmniej nie napastowali go tu dziennikarze… poza tym jednym, którego towarzystwo akurat mu nie przeszkadzało. Henry… cóż, pewnie zamierzał nałapać jeszcze jakichś dramatycznych ujęć tego, jak płonie ich świat. Hannibal miał nadzieję, że redakcja Proroka da mu za to poświęcenie awans albo przynajmniej premię. Diabli wiedzą, czy ta kurtka będzie się jeszcze do czegoś nadawała po dzisiejszej nocy, a to dobra skóra, nowa pewnie będzie droga… Właśnie!
- Twoja kurtka! - poruszył się, by zdjąć okrycie i zwrócić je właścicielowi. Nie wypadało przywłaszczać sobie ciuchów kumpla, nawet, jeżeli były ciepłe i bezpieczne. Szkoda.
- Nie mogę… - pokręcił głową, przełknął ślinę zbierając myśli i rozpaczliwie walcząc o odzyskanie zimnej krwi - Musiałem... Tam w środku… tyle bólu… póki byliśmy na ulicy, coś się działo, było łatwiej - słowa, rozpierzchnięte wcześniej i poukrywane po zakamarkach umysłu, powoli wracały na swoje miejsca. Przedziwne doświadczenie. Westchnął nierówno.
- Myślę, że… chyba spróbuję wrócić do domu…
Działanie było łatwe. To znaczy, owszem, bał się płomieni, bał się agresywnych przechodniów, bał się Śmierciożerców. Czuł chłód nocy, ból oparzenia, żar ognia. Obawiał się samotnej podróży przez - dotąd znajome, ale teraz całkowicie zmienione - ulice. Ale przynajmniej był w ruchu, czuł, że ma przed sobą jakiś cel, choćby było nim tylko dotarcie z punktu A do punktu B. Oczekiwanie nie wiadomo na co wśród zimnych marmurów urzędu, jako część anonimowego tłumu czarodziejów, z emocjami, które zdawały się topić jego wnętrzności na obrzydliwą breję, było jeszcze gorsze.
Przyjrzał się Lockhartowi. Pozornie opanowany, wyglądał jednak nie mniej żałośnie, niż on sam. I nie chodziło tylko o ten dziwny, niebezpieczny popiół. Jego oczy były zaczerwienione od dymu i pełne obawy, ramiona przygarbione. Hannibal bezmyślnym ruchem zdjął jakiś paproch z koszuli fotografa. Jego ręka na chwilę zawisła między nimi, potem Hannibal przeczesał własne włosy, zgarniając popiół w tył. Miał nadzieję, że żaden z nich - ani nikt inny narażony na ten nienaturalny opad - nie stanie w płomieniach. Przynajmniej nie na moich oczach… pomyślał i skarcił się zaraz za ten egoizm. W ogóle, kurwa, niech nikt nie stanie w płomieniach. Proszę.
- A ty? Myślałem, że masz już dość gorących fotek i adrenaliny jak na jeden wieczór?
Henry miał rację, tu w każdej chwili mogło coś pierdolnąć. A jednak znaleźli się tu obaj i Selwyn czuł się tu lepiej, niż w dusznym od tłumu i strachu atrium Ministerstwa. Przynajmniej nie napastowali go tu dziennikarze… poza tym jednym, którego towarzystwo akurat mu nie przeszkadzało. Henry… cóż, pewnie zamierzał nałapać jeszcze jakichś dramatycznych ujęć tego, jak płonie ich świat. Hannibal miał nadzieję, że redakcja Proroka da mu za to poświęcenie awans albo przynajmniej premię. Diabli wiedzą, czy ta kurtka będzie się jeszcze do czegoś nadawała po dzisiejszej nocy, a to dobra skóra, nowa pewnie będzie droga… Właśnie!
- Twoja kurtka! - poruszył się, by zdjąć okrycie i zwrócić je właścicielowi. Nie wypadało przywłaszczać sobie ciuchów kumpla, nawet, jeżeli były ciepłe i bezpieczne. Szkoda.