31.05.2025, 22:54 ✶
Otuliłem się szlafrokiem, jakby miał mnie chronić nie przed chłodem, a przed wspomnieniem o wampirach.
– Ja też... tylko z sympatii do Geraldine nie zgłosiłem tego krwiopijcy jako zagrożenia. Chociaż, nie oszukujmy się, ukrywa się przed światem, co samo w sobie działa na jego niekorzyść. Kłamie, a wampirzego kłamcę społeczeństwo pożarłoby żywcem w mgnieniu oka. Wystarczyłoby jedno słowo. – Pac!, i po piwnicznym kwiatuszku. Miałem ochotę poprzebijać te jego romantyczne woreczki z krwią, żeby usechł z pragnienia jak zgniła gerbera.
Obrzydlistwo. A jak sobie teraz przypomnę moją własną, jeżynową krew, która w tym całym chaosie aż mnie kusiła, żeby ją polizać... FUJ. FUJ DO KWADRATU. FUJ DO POTĘGI ENTEJ. Wampiryzm był paskudny, obrzydliwy, antymoralny. Wstrętne, łażące trupy.
A przecież nie tylko trupy bywają odrażające. Żywe jednostki też potrafią napsuć więcej krwi niż setka Nosferatu. Chyba że Prudence była jakimś pieprzonym ghulem z dożywotnim pakietem na nawiedzanie mojej egzystencji.
– Szkoda polatuchy syberyjskiej. Ja... tak bardzo jej nie znoszę. Ma tę swoją chorobę Milforda, mózg jak Departament Tajemnic, pamięć jak kometa, a mimo to jest idiotką. Kretynką. Świetnie zakamuflowaną pomyłką ewolucji. Działa mi na nerwy, na nerwy mojego nerwu błędnego.
– A najgorsze? Że dałem się nabrać samemu sobie. Kilka dni temu, w Ministerstwie, kiedy załatwiałem sprawy podatkowe, spotkałem ją. I co zrobiłem? Spróbowałem być miły. MIŁY! JA! DLA NIEJ! Pomyślałem, Hej, Romek, jesteście dorośli, może czas zakopać topór wojenny. Ale NIE. NIE DA SIĘ. Nie z nią. Traf chciał, że utknęliśmy w windzie i zaczęliśmy spadać. W ciemność. Przez wieczność. A ona nawet wtedy nie potrafiła się zachować jak człowiek. Ja, grzeczny jak duch w święta, a ona... po prostu zasłużyła na osobne piętro w piekle dla społecznie upośledzonych blondynek z pamięcią absolutną – warknąłem, z miejsca współczując Eliasowi, że akurat ją dostał w pakiecie bliźniaczym. To, co odwaliła w lesie, było już kompletnym pogwałceniem wszystkiego, co magiczne i przyzwoite. Pokręciłem głową, próbując wypchnąć to wspomnienie z głowy, ale ciało pamiętało. Miejsce, w które mnie trafiła, dalej mrowiło. Żadnych śladów, żadnych dowodów. Więc i Azkabanu nie będzie. Granice sprawiedliwości.
– Ech, naprawdę doceniam ten nekrologowy gest. Miło wiedzieć, że jeśli skończę marnie, to przynajmniej ktoś ładnie mnie opisze. Mogę przekazać ojcu, żeby w razie czego oddał ci cały mój spadek. Co moje, też twoje – mruknąłem, choć z lekkością, jakbym mówił o śniadaniu. Ale nekrolog... to osobna sprawa. A Prudence, jakżeby inaczej, też musiała się w to wtrącić. [Ale to pewnie poruszymy w Mungu albo nie, więc piszę z przymrużeniem oczu i z zasłoniętymi piersiami.]
Prychnąłem, bo wciąż miałem Prudence Bletchley w głowie. Niezależnie od podsuwanego mi tematu.
– Nekrolog... WYOBRAŹ SOBIE, że PRUdence jest przekonana, że Cornelius nie napisałby mi nekrologu OSOBIŚCIE! Jakbyśmy byli jakimiś ledwo-znajomymi z mugolskiego kościoła... Nie wiem, w co tam oni wierzą, ale... Ona... ona naprawdę sądzi, że zna nas lepiej niż my sami! ŻMIJA. PODŁA, SMUTNA ŻMIJA. KIJ JEJ W SZYJĘ – syknąłem. Trzymałem papierosa jak różdżkę w pojedynku na śmierć i życie. W kilku momentach aż zatrzęsła mi się ręka. Ale dym działał. Dym był moim terapeutycznym patronusem. Moim wybawieniem.
Zresztą, Ambroise też. Był mi jak brat, więc cieszyłem się, że tu przyszedł. Wcale nie cieszyłem się z przywitania dnia, tylko z jego obecności. Pędziliśmy przez dorosłe życie, więc takie poranki jak kiedyś nie zdarzały się za często. Poza tym po tej nocnej traumie, warto było ujrzeć sprzyjające oblicze przyjaciela. Szczególnie, że mi całkiem sprawnie odwracał uwagę od tej mendy, planami na imprezę tygodnia.
– Ognisko – powiedziałem nagle, jakbyśmy cały czas rozmawiali tylko o tym. – To będzie impreza tygodnia. I pewnie pojawi się też Prudence. Nikomu nie życzyłbym jej towarzystwa... Cholera. Myślisz, że Benjy już z niej wytrzeźwiał? Kiedyś coś tam do niej czuł... Ugh. – To dopiero paskudny defekt. Gdybym miał się kochać w takiej żmii... Merlinie, uchroń!
A Prudence... Wszędzie Prudence! Chyba nie byłem w stanie odpuścić. Ta rana nie istniała, ale bolała. Najgorszy rodzaj bólu. Taki, którego nie możesz nikomu pokazać. A ja miałem pisać książkę. Drobna publikacja, nic wielkiego. Ot, trochę mądrych słów o ogniu i duszy. Papier czekał na biurku, gotów przyjąć mój geniusz. Ale moje śniadanie zostało brutalnie przerwane i cały dzień szlag trafił, bo... BO BYŁEM Z PRUDENCE BLETCHLEY. W nieprzyjaznym lesie. I to było najgorsze. Po prostu najgorsze.
– Ja też... tylko z sympatii do Geraldine nie zgłosiłem tego krwiopijcy jako zagrożenia. Chociaż, nie oszukujmy się, ukrywa się przed światem, co samo w sobie działa na jego niekorzyść. Kłamie, a wampirzego kłamcę społeczeństwo pożarłoby żywcem w mgnieniu oka. Wystarczyłoby jedno słowo. – Pac!, i po piwnicznym kwiatuszku. Miałem ochotę poprzebijać te jego romantyczne woreczki z krwią, żeby usechł z pragnienia jak zgniła gerbera.
Obrzydlistwo. A jak sobie teraz przypomnę moją własną, jeżynową krew, która w tym całym chaosie aż mnie kusiła, żeby ją polizać... FUJ. FUJ DO KWADRATU. FUJ DO POTĘGI ENTEJ. Wampiryzm był paskudny, obrzydliwy, antymoralny. Wstrętne, łażące trupy.
A przecież nie tylko trupy bywają odrażające. Żywe jednostki też potrafią napsuć więcej krwi niż setka Nosferatu. Chyba że Prudence była jakimś pieprzonym ghulem z dożywotnim pakietem na nawiedzanie mojej egzystencji.
– Szkoda polatuchy syberyjskiej. Ja... tak bardzo jej nie znoszę. Ma tę swoją chorobę Milforda, mózg jak Departament Tajemnic, pamięć jak kometa, a mimo to jest idiotką. Kretynką. Świetnie zakamuflowaną pomyłką ewolucji. Działa mi na nerwy, na nerwy mojego nerwu błędnego.
– A najgorsze? Że dałem się nabrać samemu sobie. Kilka dni temu, w Ministerstwie, kiedy załatwiałem sprawy podatkowe, spotkałem ją. I co zrobiłem? Spróbowałem być miły. MIŁY! JA! DLA NIEJ! Pomyślałem, Hej, Romek, jesteście dorośli, może czas zakopać topór wojenny. Ale NIE. NIE DA SIĘ. Nie z nią. Traf chciał, że utknęliśmy w windzie i zaczęliśmy spadać. W ciemność. Przez wieczność. A ona nawet wtedy nie potrafiła się zachować jak człowiek. Ja, grzeczny jak duch w święta, a ona... po prostu zasłużyła na osobne piętro w piekle dla społecznie upośledzonych blondynek z pamięcią absolutną – warknąłem, z miejsca współczując Eliasowi, że akurat ją dostał w pakiecie bliźniaczym. To, co odwaliła w lesie, było już kompletnym pogwałceniem wszystkiego, co magiczne i przyzwoite. Pokręciłem głową, próbując wypchnąć to wspomnienie z głowy, ale ciało pamiętało. Miejsce, w które mnie trafiła, dalej mrowiło. Żadnych śladów, żadnych dowodów. Więc i Azkabanu nie będzie. Granice sprawiedliwości.
– Ech, naprawdę doceniam ten nekrologowy gest. Miło wiedzieć, że jeśli skończę marnie, to przynajmniej ktoś ładnie mnie opisze. Mogę przekazać ojcu, żeby w razie czego oddał ci cały mój spadek. Co moje, też twoje – mruknąłem, choć z lekkością, jakbym mówił o śniadaniu. Ale nekrolog... to osobna sprawa. A Prudence, jakżeby inaczej, też musiała się w to wtrącić. [Ale to pewnie poruszymy w Mungu albo nie, więc piszę z przymrużeniem oczu i z zasłoniętymi piersiami.]
Prychnąłem, bo wciąż miałem Prudence Bletchley w głowie. Niezależnie od podsuwanego mi tematu.
– Nekrolog... WYOBRAŹ SOBIE, że PRUdence jest przekonana, że Cornelius nie napisałby mi nekrologu OSOBIŚCIE! Jakbyśmy byli jakimiś ledwo-znajomymi z mugolskiego kościoła... Nie wiem, w co tam oni wierzą, ale... Ona... ona naprawdę sądzi, że zna nas lepiej niż my sami! ŻMIJA. PODŁA, SMUTNA ŻMIJA. KIJ JEJ W SZYJĘ – syknąłem. Trzymałem papierosa jak różdżkę w pojedynku na śmierć i życie. W kilku momentach aż zatrzęsła mi się ręka. Ale dym działał. Dym był moim terapeutycznym patronusem. Moim wybawieniem.
Zresztą, Ambroise też. Był mi jak brat, więc cieszyłem się, że tu przyszedł. Wcale nie cieszyłem się z przywitania dnia, tylko z jego obecności. Pędziliśmy przez dorosłe życie, więc takie poranki jak kiedyś nie zdarzały się za często. Poza tym po tej nocnej traumie, warto było ujrzeć sprzyjające oblicze przyjaciela. Szczególnie, że mi całkiem sprawnie odwracał uwagę od tej mendy, planami na imprezę tygodnia.
– Ognisko – powiedziałem nagle, jakbyśmy cały czas rozmawiali tylko o tym. – To będzie impreza tygodnia. I pewnie pojawi się też Prudence. Nikomu nie życzyłbym jej towarzystwa... Cholera. Myślisz, że Benjy już z niej wytrzeźwiał? Kiedyś coś tam do niej czuł... Ugh. – To dopiero paskudny defekt. Gdybym miał się kochać w takiej żmii... Merlinie, uchroń!
A Prudence... Wszędzie Prudence! Chyba nie byłem w stanie odpuścić. Ta rana nie istniała, ale bolała. Najgorszy rodzaj bólu. Taki, którego nie możesz nikomu pokazać. A ja miałem pisać książkę. Drobna publikacja, nic wielkiego. Ot, trochę mądrych słów o ogniu i duszy. Papier czekał na biurku, gotów przyjąć mój geniusz. Ale moje śniadanie zostało brutalnie przerwane i cały dzień szlag trafił, bo... BO BYŁEM Z PRUDENCE BLETCHLEY. W nieprzyjaznym lesie. I to było najgorsze. Po prostu najgorsze.