31.05.2025, 23:36 ✶
Milion rzeczy docierało do niego bez przerwy, a żadna nie pasowała do poprzedniej. Nie było tu powodów i następstw, nie było podobieństw, nie było ani odrobiny harmonii. Był strach, złość, dezorientacja. Było ślepe przerażenie i bezmyślne odruchy. Były desperackie gesty i wielkie decyzje powzięte na prętce bez krzty rozsądku. Chaos panikującej ulicy, ciągnący z najdalszych zaułków i zaciskający się wokół nich jak tępy tłum gapiów, powoli wżerał się do głowy. A może szybko, nie był pewien upływu czasu. Wygryzał sobie miejsce w myślach jak szczur zamknięty pod wiadrem. Szukał ujścia, bezpiecznej przystani, falochronu, lecz tam go nie było. Tam była powódź, ale nikt nad nią nie panikował. Nie było już niczego ani nikogo, a każda kolejna myśl miała jeszcze mniej sensu, powstała ze zlepków faktów, wspomnień, wyobrażeń.
Nie było go tam. Był tylko chrzęst obleczonej skórą kości uderzającej o bruk.
Mógłby go słuchać częściej. Przyjemny miękki chrup jak gruchotanie gołębia, dźwięk tak bardzo wyczekiwany w chwilach takich jak ta, przynoszący ulgę, dźwięk rozwiązywania kłopotów i sygnał ku temu, że można odetchnąć. Ale tego jeszcze nie chciał, nie zdążył się zmęczyć i nie zdążył się uspokoić. Zniknięcie tamtej wiedźmy było w zasadzie obojętne, przed chwilą gdzieś tam leżała, teraz nigdzie jej nie było, jego uszy zarejestrowały stukot pospiesznych kroków, jakiś żałosny jęk strachu, przekazały dalej. Wiedział, co to oznaczało, wiedział, że uciekła, ale jednocześnie ta wiedza utonęła w natłoku całej reszty wiedzy kompletnie bezużytecznej, czyniąc świadome analizy równie pozbawionymi sensu.
Dlatego Skoll nie myślał.
Wychowany w brudnych zaułkach Nokturnu Greyback nigdy nie grał czysto. To miał we krwi i to też właśnie się odezwało, kiedy położony na ziemi i otumaniony uderzeniem przeciwnik stał się zbyt łatwym celem. Nie był już nożownikiem, bandytą, mężczyzną, był tym, co chciało skrzywdzić Monę i to wystarczało do wszystkiego.
Kopnął go w brzuch, by mieć pewność, że nie podniesie się zbyt szybko, tak na wypadek, gdyby jednak miał zamiar, choć możliwe, że ten nawet nie poczuł. Greyback zwinął dłoń w pięść i chciał się zamachnąć, ale wtedy poczuł szarpnięcie za łachy.
To był na tyle niespodziewany zwrot akcji, że na ułamek sekundy jego umysł zawiesił się nawet w swych instynktownych odruchach. Skąd wziął się mężczyzna? Dlaczego było ich aż tylu? Dlaczego nie pomyślał o nim wcześniej? Nie było łatwo wydostać to wszystko ze stogu siana, plew i ziaren, więc nawet nie próbował. Nawet nie miał na to czasu.
Bardzo dobrze wymierzone uderzenie aż na chwilę obróciło twarz Skolla na bok, ale ten nie pozostawał dłuższy. Wyprowadził własny cios, celując w twarz napastnika. Wyjątkowo paskudną twarz, jak zdążyła ocenić kolejna bezużyteczna myśl. Kolejna stwierdziła, że czas zatem dokończyć, co natura zaczęła. Te i kolejne uwagi płynęły przez głowę kompletnie bez echa, kiedy Greyback w całości oddawał się wyuczonemu przez lata instynktowi. To była jedyna opcja, od zawsze jedyne realistyczne wyjście, jeśli zaczałby myśleć nad wszystkim po kolei, pogubiłby się w natłoku świata, utknąłby w bezczynności lub spanikował niczym dziecko zagubione w lesie, bez perspektyw na ratunek, bo żaden by nie zdążył mu pomóc, nawet gdyby Hati miał na to czas.
Na szczęście Skoll nie myślał.
AF [III] - Jak mocno przywalę typowi?
Nie było go tam. Był tylko chrzęst obleczonej skórą kości uderzającej o bruk.
Mógłby go słuchać częściej. Przyjemny miękki chrup jak gruchotanie gołębia, dźwięk tak bardzo wyczekiwany w chwilach takich jak ta, przynoszący ulgę, dźwięk rozwiązywania kłopotów i sygnał ku temu, że można odetchnąć. Ale tego jeszcze nie chciał, nie zdążył się zmęczyć i nie zdążył się uspokoić. Zniknięcie tamtej wiedźmy było w zasadzie obojętne, przed chwilą gdzieś tam leżała, teraz nigdzie jej nie było, jego uszy zarejestrowały stukot pospiesznych kroków, jakiś żałosny jęk strachu, przekazały dalej. Wiedział, co to oznaczało, wiedział, że uciekła, ale jednocześnie ta wiedza utonęła w natłoku całej reszty wiedzy kompletnie bezużytecznej, czyniąc świadome analizy równie pozbawionymi sensu.
Dlatego Skoll nie myślał.
Wychowany w brudnych zaułkach Nokturnu Greyback nigdy nie grał czysto. To miał we krwi i to też właśnie się odezwało, kiedy położony na ziemi i otumaniony uderzeniem przeciwnik stał się zbyt łatwym celem. Nie był już nożownikiem, bandytą, mężczyzną, był tym, co chciało skrzywdzić Monę i to wystarczało do wszystkiego.
Kopnął go w brzuch, by mieć pewność, że nie podniesie się zbyt szybko, tak na wypadek, gdyby jednak miał zamiar, choć możliwe, że ten nawet nie poczuł. Greyback zwinął dłoń w pięść i chciał się zamachnąć, ale wtedy poczuł szarpnięcie za łachy.
To był na tyle niespodziewany zwrot akcji, że na ułamek sekundy jego umysł zawiesił się nawet w swych instynktownych odruchach. Skąd wziął się mężczyzna? Dlaczego było ich aż tylu? Dlaczego nie pomyślał o nim wcześniej? Nie było łatwo wydostać to wszystko ze stogu siana, plew i ziaren, więc nawet nie próbował. Nawet nie miał na to czasu.
Bardzo dobrze wymierzone uderzenie aż na chwilę obróciło twarz Skolla na bok, ale ten nie pozostawał dłuższy. Wyprowadził własny cios, celując w twarz napastnika. Wyjątkowo paskudną twarz, jak zdążyła ocenić kolejna bezużyteczna myśl. Kolejna stwierdziła, że czas zatem dokończyć, co natura zaczęła. Te i kolejne uwagi płynęły przez głowę kompletnie bez echa, kiedy Greyback w całości oddawał się wyuczonemu przez lata instynktowi. To była jedyna opcja, od zawsze jedyne realistyczne wyjście, jeśli zaczałby myśleć nad wszystkim po kolei, pogubiłby się w natłoku świata, utknąłby w bezczynności lub spanikował niczym dziecko zagubione w lesie, bez perspektyw na ratunek, bo żaden by nie zdążył mu pomóc, nawet gdyby Hati miał na to czas.
Na szczęście Skoll nie myślał.
AF [III] - Jak mocno przywalę typowi?
Rzut Z 1d100 - 32
Akcja nieudana
Akcja nieudana