01.06.2025, 18:07 ✶
Dwa koty – biały i różowy. Konkurowały ze sobą o puchatość zadka. E, śmiałem się! Całe ciała miały puchate, więc wolałem nie weryfikować, ile tej sierści zdążyło już pokryć wewnętrzną i zewnętrzną część mojej marynarki.
W przeciwieństwie do innych, żyłem w świecie, w którym uważałem, że wyglądam bosko. Mimo śmierci, mimo osmolenia, duszenia w piersi i totalnego zmęczenia, bo miałem za sobą nieźle długi i wyboisty kawał terenu Londynu, który pokonałem z przepiękną i, niestety, ranną kobietą u boku, ale… UDAŁO SIĘ. Byłem tu. I właściwie już wychodziłem jako bohater.
Podobało mi się to uczucie. Podobało bardzo. Łechtało ego, co było dla mnie równie uzależniające, co dym papierosowy. Tego z kolei cholernie potrzebowałem, ale zamierzałem wsunąć papierosa do ust dopiero po wyjściu. Tu tłoczyło się zbyt wielu ludzi. Harmider jakich mało, więc...
Spieszyłem się, ale nie mogłem zignorować krzyku, który przebił się ponad inne. Znajomy głos – chropowaty, lekko zachrypnięty, ale znajomy, bardzo, a nawet niezwykle znajomy. Znał moje imię. Znał też moje przezwisko.
Obróciłem się w chwili, gdy Ambrosie alias Ambroży zaczął mnie ciągnąć za płaszcz. Uśmiechnąłem się i obróciłem całkiem.
Chciałem mu pokazać, że byłem bohaterem. Tak, bohaterem bardzo, bo miałem dwa puchate koty w ramionach. Patrz, koleżko, na Lilkę! Cała i zdrowa, choć przerażona. Nawet, dzięki mnie (oczywiście!), nie była szczególnie usmolona, gdyż większość nocy spędziła pod moją marynarką. Czego nie mogłem powiedzieć o Panu Puszku, ale on był indywidualistą. Połowę drogi postanowił biec na własnych łapach, własnymi ścieżkami, właściwie pokazując nam najbezpieczniejsze przejścia. Tak myślałem. Tak czułem. Bo żyliśmy, kiedy Londyn się palił i walił.
– Objaw chronicznego ratownictwa społecznego – skwitowałem, nachylając się i poklepując go po ramieniu. – Zamiast dnia wolnego, ekspozycja na stres w wysokiej dawce, bo ktoś musi być dorosły. Cieszę się, że widzę cię w twojej typowej, ambrożowej okładce.
Pewnie bym się przyjacielsko lub wręcz bratersko przytulił, ale miałem koty na ramionach.
– Bo to oznacza, że jesteś cały i zdrowy – dodałem z wyraźną ulgą. Uśmiechem, można by powiedzieć, że żelaznym uśmiechem radości i ulgi. Zostało już tylko trzech – Elias, Benjy i…
CORNELIUS. Cornelius tu był! Ujrzałem go kątem oka. A może raczej – kątem przerażonego oka. Bo przecież… była trzecia nad ranem. Okazywało się, że nas również było troje. A skoro tak się sprawy składały w całość, musiałem spojrzeć na zegarek. I to szybko.
Posadziłem Puszka na ramieniu. On już wiedział, że potrzebowałem wolnej ręki. Zrobił to posłusznie. A ja... zamarłem.
Po dobrym humorze nie było już śladu. Uśmiech zniknął. Na zegarku widniała trzecia trzydzieści trzy. To oznaczało tylko jedno: koniec z racjonalnym ruszaniem w jakimkolwiek kierunku. Nadeszła pora nadchodzącej katastrofy.
– Patrz. Jest też Cornelius – mruknąłem, kiwając nosem w jego kierunku. – Trzech świadków. Godzina trzecia trzydzieści trzy. Budynek pełen magii, traumy i tajnych procedur. To nie przypadek, Ambroż. To nie przypadek. To aktywacja. Ktoś odpala zakodowany rytuał przez naszą obecność. Jesteśmy jak pieprzone symbole w równaniu. Tak się otwierają portale. Tak się zaczyna przenikanie światów. Tak się budzi coś, co powinno spać. Prawdziwa katastrofa.
Może mówiłem to przesadnie poważnie, ale nie mogłem sobie z tego żartować. Rozejrzałem się panicznie wokół. Koty to wyczuły. Spięły się. Czułem to. Było źle. Ale najgorsze dopiero przed nami.
W przeciwieństwie do innych, żyłem w świecie, w którym uważałem, że wyglądam bosko. Mimo śmierci, mimo osmolenia, duszenia w piersi i totalnego zmęczenia, bo miałem za sobą nieźle długi i wyboisty kawał terenu Londynu, który pokonałem z przepiękną i, niestety, ranną kobietą u boku, ale… UDAŁO SIĘ. Byłem tu. I właściwie już wychodziłem jako bohater.
Podobało mi się to uczucie. Podobało bardzo. Łechtało ego, co było dla mnie równie uzależniające, co dym papierosowy. Tego z kolei cholernie potrzebowałem, ale zamierzałem wsunąć papierosa do ust dopiero po wyjściu. Tu tłoczyło się zbyt wielu ludzi. Harmider jakich mało, więc...
Spieszyłem się, ale nie mogłem zignorować krzyku, który przebił się ponad inne. Znajomy głos – chropowaty, lekko zachrypnięty, ale znajomy, bardzo, a nawet niezwykle znajomy. Znał moje imię. Znał też moje przezwisko.
Obróciłem się w chwili, gdy Ambrosie alias Ambroży zaczął mnie ciągnąć za płaszcz. Uśmiechnąłem się i obróciłem całkiem.
Chciałem mu pokazać, że byłem bohaterem. Tak, bohaterem bardzo, bo miałem dwa puchate koty w ramionach. Patrz, koleżko, na Lilkę! Cała i zdrowa, choć przerażona. Nawet, dzięki mnie (oczywiście!), nie była szczególnie usmolona, gdyż większość nocy spędziła pod moją marynarką. Czego nie mogłem powiedzieć o Panu Puszku, ale on był indywidualistą. Połowę drogi postanowił biec na własnych łapach, własnymi ścieżkami, właściwie pokazując nam najbezpieczniejsze przejścia. Tak myślałem. Tak czułem. Bo żyliśmy, kiedy Londyn się palił i walił.
– Objaw chronicznego ratownictwa społecznego – skwitowałem, nachylając się i poklepując go po ramieniu. – Zamiast dnia wolnego, ekspozycja na stres w wysokiej dawce, bo ktoś musi być dorosły. Cieszę się, że widzę cię w twojej typowej, ambrożowej okładce.
Pewnie bym się przyjacielsko lub wręcz bratersko przytulił, ale miałem koty na ramionach.
– Bo to oznacza, że jesteś cały i zdrowy – dodałem z wyraźną ulgą. Uśmiechem, można by powiedzieć, że żelaznym uśmiechem radości i ulgi. Zostało już tylko trzech – Elias, Benjy i…
CORNELIUS. Cornelius tu był! Ujrzałem go kątem oka. A może raczej – kątem przerażonego oka. Bo przecież… była trzecia nad ranem. Okazywało się, że nas również było troje. A skoro tak się sprawy składały w całość, musiałem spojrzeć na zegarek. I to szybko.
Posadziłem Puszka na ramieniu. On już wiedział, że potrzebowałem wolnej ręki. Zrobił to posłusznie. A ja... zamarłem.
Po dobrym humorze nie było już śladu. Uśmiech zniknął. Na zegarku widniała trzecia trzydzieści trzy. To oznaczało tylko jedno: koniec z racjonalnym ruszaniem w jakimkolwiek kierunku. Nadeszła pora nadchodzącej katastrofy.
– Patrz. Jest też Cornelius – mruknąłem, kiwając nosem w jego kierunku. – Trzech świadków. Godzina trzecia trzydzieści trzy. Budynek pełen magii, traumy i tajnych procedur. To nie przypadek, Ambroż. To nie przypadek. To aktywacja. Ktoś odpala zakodowany rytuał przez naszą obecność. Jesteśmy jak pieprzone symbole w równaniu. Tak się otwierają portale. Tak się zaczyna przenikanie światów. Tak się budzi coś, co powinno spać. Prawdziwa katastrofa.
Może mówiłem to przesadnie poważnie, ale nie mogłem sobie z tego żartować. Rozejrzałem się panicznie wokół. Koty to wyczuły. Spięły się. Czułem to. Było źle. Ale najgorsze dopiero przed nami.