01.06.2025, 20:35 ✶
Nie zająknął się ani razu, nie spojrzał nigdy ukradkiem tam, gdzie nie powinien patrzeć. Szedł jak zawsze, perfekcyjnie wyuczonym krokami, ścieżką wytyczoną przez jakiś dopracowywany skrzętnie długimi godzinami plan prowadzący go dokładnie tam, gdzie chciał się znaleźć. Ktoś, komu tak wiele razy odebrano poczucie bezpieczeństwa, aby stracił je bezpowrotnie i utonął z tego powodu w rozpaczy, nie pozwalał sobie na przypadki. Spoglądał w przyszłość, przewidując wszystko – każdy zły ruch, każdy fałsz, każdy atak, który mógł nadejść ni stąd, ni zowąd – tonął w potrzebie, jaką było bezgraniczne uczucie kontroli.
– Mam imię, Morpheusie – przypomniał mu spokojnie, dokładnie tak, jak Dolohov tłumaczył wszelkie oczywistości – być może spotkałeś się z nim w jakiejś gazecie? – Ta sugestia miała już w sobie trochę jadu, niepasującego do perfekcyjnej maski kogoś wesołego, prowadzącego starego, zardzewiałego Longbottoma na przygodę życia, jaką była...?
Co to właściwie było?
Ta cała maskarada mogła pewnie uchodzić za coś okrutnego. Bo w tonie głosu, w gestach, w sposobie poruszania się, aż wreszcie w spojrzeniu bystrych oczu wlepionych w fasadę przyszłego Instytutu Ætheria tliło się coś, co Dolohovowi przychodziło z prostotą już od dzieciństwa – otaczanie wszystkiego mgiełką tajemniczości, która sprawiała, że ludzie chcieli odkrywać wszystko, co się pod nią kryło. To był ten sam uśmiech zapowiadający przełom, który Morpheus widział wielokrotnie – choćby kiedy był zaciągany do Pokoju Wspólnego właściwie tylko po to, żeby zostać zmuszanym do zgadnięcia, co Vasilijowi udało się odkryć, łącząc kropki po zestawieniu kilku czasopism naukowych. Zawsze była jakaś droga do przebycia, trzeba było wtórować jego krokom, niektórych mogło to pewnie irytować, ale na pewno nie tych, którzy chcieli się czegoś nauczyć. Potrafił zaciekawić i prowadzić tłum niosąc go na tej ciekawości tylko i wyłącznie – doprawdy rzadka to była umiejętność i zdecydowanie nie należał do typowych nauczycieli pod względem numerologii i astrologii (a przecież tak bardzo się nimi fascynował), mimo tego była to niewątpliwie jedyna rzecz, jaką Vakel w sobie prawdziwie lubił. Dlaczego więc okrutne? Jak się go znało prawdziwie blisko, tak blisko jak zdołał poznać go Longbottom, to się wiedziało, że bale maskowe Vasilija Dolohova miały swoje granice we własnej porywczości. Wspaniale udawał. Był najlepszym aktorem swojego pokolenia, chociaż nigdy nie znalazł się na deskach teatru w innym celu niż wystąpienie naukowe. Ale kiedy zaczynało chodzić o prawdziwe emocje, o miłość, o coś, na czym naprawdę mu zależało, jak dziecko napełniał się frustracją, tupał nogą, czerwieniał, uderzał, krzyczał i ciął tak celnymi epitetami jak to tylko on potrafił. A tu – nic. Jaśniepan celebryta podziwiał białe ściany i witraże w wielkich okiennicach, nawet nie oddychał szybciej.
Bo tak to sobie zaplanował. Napisał sobie taką opowiastkę w głowie i realizował ją krok po kroku. Morpheus miał poczuć się dokładnie tak, jak musiała czuć się zawsze zakochana w nim do szaleństwa pani prefekt – jak część gry, ale przy jednoczesnym byciu pionkiem. Niby znasz zakończenie tej historii – wiesz, że nie masz u niego szans, a jednak siedzisz obok i zachowujesz strzępki nadziei, od których zaczynasz szaleć, ale przynajmniej możesz być blisko... Z tym że przy całej swojej inteligencji Dolohov nigdy nie był wybitnie dobry w szachy i być może dlatego nie rozumiał, że w trakcie gry pionek mógł stać się królową.
– Niczego mi nie odebrał – zaprzeczył od razu, nawet na ten moment nie odpuszczając sobie utrzymywania aury bezkresnej doskonałości – a jedynie złapał je na moment w garść. Rozwiązanie tego to kwestia czasu. Niech twój przyjaciel myśli, że trzymany przez niego kamień jest diamentem, ale oboje wiemy, że najpiękniejsze kamienie szlachetne zdążyłem zjeść, zanim on wspiął się po tej przeklętej drabince Ministerstwa pełnej rzeczy i postaw, których szczerze nie cierpię. – I wtedy dopiero na niego spojrzał, a właściwie zmierzył go spojrzeniem.
– Chodź.
Brzmiał normalnie. Nie było to słowo rzucone jak do psa – to było słowo zapraszające, jak zawsze, do jakiejś podróży przez kolejną opowieść wygłoszoną z ust człowieka mającego się za pana tego świata.
Ruszył do przodu, przez zaniedbany, zapuszczony dziedziniec, wprost do bramy głównej, z której zdążył już zerwać taśmę.
– To nie jest jeszcze idealnie to, co wymyśliłem. Brakuje tu między innymi szklanej kopuły i teleskopu. Wewnętrzny dziedziniec ma być jednocześnie ogrodem botanicznym, bo jestem znudzony Wielką Brytanią i kultem tych ciemnych, smutnych pomieszczeń, w których ciężko się oddycha. – Przepuścił go przez drzwi. Opuszczone od lat miejsce wymagało wielu dostosowań, aby to o czym mówił, mogło się urzeczywistnić, ale to świadczyło o jednym: ten plan nie był jedynie planem, to było coś realnego. Coś, co działo się tu i teraz. Dolohov ruszy już machiną i budował, urzeczywistniał kolejny ze swoich szalonych snów. – Biel, światło. Zieleń natury. Ptaki. To miejsce ma przynosić ludziom nadzieję.
– Mam imię, Morpheusie – przypomniał mu spokojnie, dokładnie tak, jak Dolohov tłumaczył wszelkie oczywistości – być może spotkałeś się z nim w jakiejś gazecie? – Ta sugestia miała już w sobie trochę jadu, niepasującego do perfekcyjnej maski kogoś wesołego, prowadzącego starego, zardzewiałego Longbottoma na przygodę życia, jaką była...?
Co to właściwie było?
Ta cała maskarada mogła pewnie uchodzić za coś okrutnego. Bo w tonie głosu, w gestach, w sposobie poruszania się, aż wreszcie w spojrzeniu bystrych oczu wlepionych w fasadę przyszłego Instytutu Ætheria tliło się coś, co Dolohovowi przychodziło z prostotą już od dzieciństwa – otaczanie wszystkiego mgiełką tajemniczości, która sprawiała, że ludzie chcieli odkrywać wszystko, co się pod nią kryło. To był ten sam uśmiech zapowiadający przełom, który Morpheus widział wielokrotnie – choćby kiedy był zaciągany do Pokoju Wspólnego właściwie tylko po to, żeby zostać zmuszanym do zgadnięcia, co Vasilijowi udało się odkryć, łącząc kropki po zestawieniu kilku czasopism naukowych. Zawsze była jakaś droga do przebycia, trzeba było wtórować jego krokom, niektórych mogło to pewnie irytować, ale na pewno nie tych, którzy chcieli się czegoś nauczyć. Potrafił zaciekawić i prowadzić tłum niosąc go na tej ciekawości tylko i wyłącznie – doprawdy rzadka to była umiejętność i zdecydowanie nie należał do typowych nauczycieli pod względem numerologii i astrologii (a przecież tak bardzo się nimi fascynował), mimo tego była to niewątpliwie jedyna rzecz, jaką Vakel w sobie prawdziwie lubił. Dlaczego więc okrutne? Jak się go znało prawdziwie blisko, tak blisko jak zdołał poznać go Longbottom, to się wiedziało, że bale maskowe Vasilija Dolohova miały swoje granice we własnej porywczości. Wspaniale udawał. Był najlepszym aktorem swojego pokolenia, chociaż nigdy nie znalazł się na deskach teatru w innym celu niż wystąpienie naukowe. Ale kiedy zaczynało chodzić o prawdziwe emocje, o miłość, o coś, na czym naprawdę mu zależało, jak dziecko napełniał się frustracją, tupał nogą, czerwieniał, uderzał, krzyczał i ciął tak celnymi epitetami jak to tylko on potrafił. A tu – nic. Jaśniepan celebryta podziwiał białe ściany i witraże w wielkich okiennicach, nawet nie oddychał szybciej.
Bo tak to sobie zaplanował. Napisał sobie taką opowiastkę w głowie i realizował ją krok po kroku. Morpheus miał poczuć się dokładnie tak, jak musiała czuć się zawsze zakochana w nim do szaleństwa pani prefekt – jak część gry, ale przy jednoczesnym byciu pionkiem. Niby znasz zakończenie tej historii – wiesz, że nie masz u niego szans, a jednak siedzisz obok i zachowujesz strzępki nadziei, od których zaczynasz szaleć, ale przynajmniej możesz być blisko... Z tym że przy całej swojej inteligencji Dolohov nigdy nie był wybitnie dobry w szachy i być może dlatego nie rozumiał, że w trakcie gry pionek mógł stać się królową.
– Niczego mi nie odebrał – zaprzeczył od razu, nawet na ten moment nie odpuszczając sobie utrzymywania aury bezkresnej doskonałości – a jedynie złapał je na moment w garść. Rozwiązanie tego to kwestia czasu. Niech twój przyjaciel myśli, że trzymany przez niego kamień jest diamentem, ale oboje wiemy, że najpiękniejsze kamienie szlachetne zdążyłem zjeść, zanim on wspiął się po tej przeklętej drabince Ministerstwa pełnej rzeczy i postaw, których szczerze nie cierpię. – I wtedy dopiero na niego spojrzał, a właściwie zmierzył go spojrzeniem.
– Chodź.
Brzmiał normalnie. Nie było to słowo rzucone jak do psa – to było słowo zapraszające, jak zawsze, do jakiejś podróży przez kolejną opowieść wygłoszoną z ust człowieka mającego się za pana tego świata.
Ruszył do przodu, przez zaniedbany, zapuszczony dziedziniec, wprost do bramy głównej, z której zdążył już zerwać taśmę.
– To nie jest jeszcze idealnie to, co wymyśliłem. Brakuje tu między innymi szklanej kopuły i teleskopu. Wewnętrzny dziedziniec ma być jednocześnie ogrodem botanicznym, bo jestem znudzony Wielką Brytanią i kultem tych ciemnych, smutnych pomieszczeń, w których ciężko się oddycha. – Przepuścił go przez drzwi. Opuszczone od lat miejsce wymagało wielu dostosowań, aby to o czym mówił, mogło się urzeczywistnić, ale to świadczyło o jednym: ten plan nie był jedynie planem, to było coś realnego. Coś, co działo się tu i teraz. Dolohov ruszy już machiną i budował, urzeczywistniał kolejny ze swoich szalonych snów. – Biel, światło. Zieleń natury. Ptaki. To miejsce ma przynosić ludziom nadzieję.
with all due respect, which is none