Morpheus niósł jedną brew do góry. Mogli się zmieniać jak chcieli, czas ciosał ich w dwie bardzo konkretne osoby, ale tak samo jak maski Dolohova, Niewymowny miał nawyki, które nadal pozostawały takie same, jak zwykle. Taką niezmienną był zagięty łuk krzaczastych brwi nad sarnimi oczami, w tym przypadku jednej, wyrażający opinię bardzo czytelnie. Uważał, że wizja diamentu uniwersyteckiego jest bardzo nietrafiona, bo, mówiąc ordynarnie, Jenkins wsadziła Anthony'ego w górę płonącego nawozu, biorąc pod uwagę obecny stan państwa. Nie zdziwiłby się, gdyby Dolohov sam wyliczył kosmogram i matrycę dla rządowego przedsięwzięcia i przerobił narrację na swoje odpowiednio poruszonymi sznurkami, aby zrobić na złość Morpheusowi. Lubił myśleć, że jest taką samą drzazgą w palcu Dolohova, jak on w jego sercu, chociaż dużo bardziej logiczna część jego głowy zdecydowanie go odwiedziła od romantycznych historii. Tacy jak on nie kończyli długo i szczęśliwie. Nawet krótko i szczęśliwie nieszczególnie się sprawdzało.
Ze zdziwieniem w samym sobie stwierdził, że wcale nie przejął się tym, że nie zna osądu o swojej powłoce, gdy jasne spojrzenie drugiego jasnowidza zetknęło się z nią. Ostatecznie wszyscy byli groteskowymi połączeniami najlepszych i najgorszych części każdego, kto był przed nami i czasami ludzie, którzy powinni nas kochać z tego powodu i pomimo tego, nie będą tego robić. Prawdopodobnie przez światło umierającego lata, sprawiające, że przestrzeń wydawała się ciutkę nierealna, panika i zgryzota tej myśli została przełożona na późniejszą datę, gdy będzie obsesyjnie analizował każdy grymas i drgnięcie na twarzy Dolohova.
Splótł dłonie za plecami i podążył wgłąb przestrzeni, rzeczywiście przyglądając się przestrzeni. Serdeczny palec mu drgał lekko, ale przykrył go drugą dłonią. Grali według scenariusza, nie zamierzał więc fałszować, chociaż bardzo bawiło go to, jak opis całej przestrzeni instytutu był negatywem jego własnego życia, zaczynając od bardzo angielskiego dworku Longbottomów, przez Hogwart, Departament Tajemnic i koniec końców zaniedbany zameczek w Little Hangleton. Wszystko ciemne, mroczne, czarne, jak jego włosy, jak kosmos jego myśli.
Instytut jeszcze należał do liminalnych przestrzeni, lecz bez wrażenia niepokojącej niesamowitości. Uczucie to miało zniknąć wraz z gotowymi aranżacjami patio, meblami, zminą akustyki, a wreszcie ciałem profesorskim i studenckim, lecz na razie wieszcz napawał się nim. Kroki wypastowanych butów na posadzce odbiły się echem w bardzo klasyczny sposób, namacalnie należący do jakiejś opowieści.
— Hmmm— wybrzmiał na chwilę w prawie pustych ścianach dźwięk zastanowienia się, a może testu akustyki, wyjęty głęboko z przepony, ale w gruncie rzeczy bardzo cichy. — Śródziemnomorskie rośliny czy egzotyczne?
Indyjski orientalizm ma w sobie dużo światła, ale wpisał się dostatecznie w angielską arystokrację, by być przyjmowanym jako elegancki wystrój, nie jarmarczny kicz. Na dodatek niepomocny umysł Morpheusa, wypełniony za nadto jedynymi ludzkimi dźwiękami w otoczeniu, jakim był oddech Vasilija, szelest jego ubrania, wyostrzonymi w izolowanej przestrzeni odrealnionego bytu, zaproponował na szyję przyszłego rektora choker z naszyjnika Maharadży Patiali. Dla mugolskiej historii mógł być zaginiony, ale Longbottom słyszał dość plotek na temat jego wypłynięcia od Tessy, aby mieć przypuszczenia, że może go zdobyć, jeśli będzie miał taką ochotę.
Pytanie które zadał, stojąc w holu przyszłego instytutu, nie brzmiało jak to, które chciał zadać. Listy, które sobie wysyłali w sierpniu były agresywne, dziwaczne, pisane pod wpływem alkoholu i nerwów, kto wie czego jeszcze, a teraz otrzymywał pełną poprawności wycieczkę, jakby był urzędnikiem sprawdzającym w tabelce prawidłowość wykonania przedsięwzięcia oraz wykonywania dalszego zlecenia. Wystarczyło się podpisać i na tym uprzejmość się kończyła. Jeśli Vasilij chciał wetrzeć mu w twarz swój sukces, miał na to lepsze sposoby, poza tym z ich dwojga Morpheus z wiecznym poczuciem końca i śmierci nieszczególnie pałał zachwytem na myśl o afiszach, lubi swoje ciemne kąciki, żeby czasami z nich błyskać. Może gdyby zamiast ptaków, ogólnie, zmierzał zasiedlić patio kukulkami? W listach były niedopowiedzenia, zarzuty, ale one nie pasowały do wyobrażenia o tym miejscu, które sączyło się między jasnowidzami, od jednego do drugiego, uzupełniając tymczasowe braki, więc nie mogły zabrzmieć.
Zastanawiał się, ile niejasnych spotkań we wrześniu wytrzyma, zanim dostanie załamania nerwowego i sam zapisze się do Lecznicy Dusz, aby odwiedzający musieli nauczyć się jasno formułować powód spotkania. Było to swoistą hipokryzją, bo sam często robił dokładnie to samo. Zapominał, niekoniecznie z własnej woli, że były powody, dla których ta historia mogła mieć inne zakończenie.