01.06.2025, 21:44 ✶
Jeżeli ród Rowle był wieżą, to Helloise dostała prawo wyjścia na przylegające do niej ogrody. Nie musiała — jak Mona — kryć się w pęknięciach i szczelinach, nie czuła na sobie ciężaru kamiennych ścian. Spacerowała po zielonej puszczy wokół wieży skryta pod liściastymi baldachimami i przecierała własne ścieżki. Niezależnie jednak od tego, jak daleko od wieży czarownica próbowała się zapuszczać w gąszcz, gdy się odwracała, baszta zawsze majaczyła za jej plecami, wyrosła ponad korony tych drzew, czarny klin wbity w czyste niebo nad lasem. Okazywało się, że przez cały czas patrzono jej przez ramię, lecz dopóki Helloise nie odwracała się, aby zadrzeć głowę w górę i spojrzeć w dal na wieżę, mogła czuć się niezależna, bo jej ciężki cień nie przenikał przez bujne korony drzew. Widok tej wieży na horyzoncie budził cała gamę odczuć. Zwykle frustrował tym, że nie da się go usunąć. Innym razem zdarzało mu się pełnić rolę punktu orientacyjnego wytyczającego jej dalszy kierunek — czy to na przekór domowi, czy w zgodzie z nim. Czasami budził ochotę, aby podejść pod sam ten mur i pławić się byciem po jego drugiej stronie.
Helloise nie miała powodów, aby zamykać przed Moną drzwi, nawet jeśli ta nanosiła ze sobą do jej chaty okruchy miasta. Tutaj, pod Knieją, Londyn nie miał żadnej mocy, za daleko było do jego betonowego serca, aby jego smród mógł budzić w Dolinie cokolwiek poza politowaniem.
— Idzie zima, wszystko zaśnie, to i mi przybędzie wolnego czasu — mruknęła w zamyśleniu czarownica, ujmując imbryk, aby rozlać herbaty do dwóch czarek wystawionych na stole. Wyraźnie jednak zabiła jej ta prośba ćwieka i musiała się nad czymś chwilę zastanowić. — Tylko gdzie tu składać taki duży mebel — zawyrokowała w końcu.
Rozejrzała się po wnętrzu chaty, próbując w niej znaleźć przestrzeń na podobnych rozmiarów projekt. Chatka na kurzej stopie, choć urokliwa, nie była wcale duża. Pokoje były skromne — w sam raz na potrzeby jednej wiedźmy — sufity niskie, a przy zbijaniu podłóg na pewno nie używano poziomicy. Mało tego, kurza stopka potrafiła co czas jakiś zatrząść się w niekontrolowany sposób czy przechylić, a wraz z nią leciał cały domek. Rzeźbione przez Helę przedmioty były więc — siłą rzeczy — raczej poręczniejszych rozmiarów: różdżki, amulety, laleczki, maski czy figurki. Gdy w zaś grę wchodziło coś większego…
— Mam znajomego. Stolarza. Zapytam, czy ma możliwości. Gdy będzie okazja.
Wbiła spojrzenie w swoją herbatę, w wijący się nad naczyniem dym i — uwolniwszy ręce z włosów Mony oraz włóczki — wsunęła palce w opary, jakby próbowała chwytać przezroczyste białe nitki, które wdzięcznie omijały jej dłonie.
— Knieja nigdy mnie nie potrzebowała — poprawiła Rowle, marszcząc brwi. — Była przede mną i będzie po mnie, ze mną czy beze mnie. To ja potrzebuję Kniei. — Wzięła łyk ziółek, z rozmysłem parząc język. — I oczywiście, że ma pamięć.
Odstawiła gwałtownym ruchem czarkę, aż podskoczyły od impetu drewniane okrawki na powierzchni stołu, lecz Helloise wciąż była głęboko zamyślona i nieobecna.
— Ona pisze o rzeczach ważnych. Więc pisze dobrze — dodała nieprzytomnie. Niestety od tamtego czasu usunęli red. Lockhartową, ubolewam. — Pokaż to. — Czarownica otrząsnęła się z zamyślenia, gotowa zobaczyć, co chce jej przedstawić w gazetce Mona.
Helloise nie miała powodów, aby zamykać przed Moną drzwi, nawet jeśli ta nanosiła ze sobą do jej chaty okruchy miasta. Tutaj, pod Knieją, Londyn nie miał żadnej mocy, za daleko było do jego betonowego serca, aby jego smród mógł budzić w Dolinie cokolwiek poza politowaniem.
— Idzie zima, wszystko zaśnie, to i mi przybędzie wolnego czasu — mruknęła w zamyśleniu czarownica, ujmując imbryk, aby rozlać herbaty do dwóch czarek wystawionych na stole. Wyraźnie jednak zabiła jej ta prośba ćwieka i musiała się nad czymś chwilę zastanowić. — Tylko gdzie tu składać taki duży mebel — zawyrokowała w końcu.
Rozejrzała się po wnętrzu chaty, próbując w niej znaleźć przestrzeń na podobnych rozmiarów projekt. Chatka na kurzej stopie, choć urokliwa, nie była wcale duża. Pokoje były skromne — w sam raz na potrzeby jednej wiedźmy — sufity niskie, a przy zbijaniu podłóg na pewno nie używano poziomicy. Mało tego, kurza stopka potrafiła co czas jakiś zatrząść się w niekontrolowany sposób czy przechylić, a wraz z nią leciał cały domek. Rzeźbione przez Helę przedmioty były więc — siłą rzeczy — raczej poręczniejszych rozmiarów: różdżki, amulety, laleczki, maski czy figurki. Gdy w zaś grę wchodziło coś większego…
— Mam znajomego. Stolarza. Zapytam, czy ma możliwości. Gdy będzie okazja.
Wbiła spojrzenie w swoją herbatę, w wijący się nad naczyniem dym i — uwolniwszy ręce z włosów Mony oraz włóczki — wsunęła palce w opary, jakby próbowała chwytać przezroczyste białe nitki, które wdzięcznie omijały jej dłonie.
— Knieja nigdy mnie nie potrzebowała — poprawiła Rowle, marszcząc brwi. — Była przede mną i będzie po mnie, ze mną czy beze mnie. To ja potrzebuję Kniei. — Wzięła łyk ziółek, z rozmysłem parząc język. — I oczywiście, że ma pamięć.
Odstawiła gwałtownym ruchem czarkę, aż podskoczyły od impetu drewniane okrawki na powierzchni stołu, lecz Helloise wciąż była głęboko zamyślona i nieobecna.
— Ona pisze o rzeczach ważnych. Więc pisze dobrze — dodała nieprzytomnie. Niestety od tamtego czasu usunęli red. Lockhartową, ubolewam. — Pokaż to. — Czarownica otrząsnęła się z zamyślenia, gotowa zobaczyć, co chce jej przedstawić w gazetce Mona.
dotknij trawy