02.06.2025, 09:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.06.2025, 10:03 przez Baldwin Malfoy.)
Gdyby ktoś kiedykolwiek zapytał go, wybitnego specjalistę od smakowania krwi swojej własnej rodziny, jej potu i łez - cierpkiego koktajlu przywilejów, bogactwa i zgnilizny - odparłby bez wahania, że nie zna słodszego trunku. Upijał się nią jak afrodyzjakiem od najmłodszych lat. Nie znał innej tak dobrze. Zestawiony z brutalnym osądem Greybacka - osądem surowym, zrobiłby to, co robił zawsze. Zasłoniłby uszy, nucąc pod nosem jakąś starą, głupią piosenkę. Ay aye coco jambo i do przodu. Wzruszyłby ramionami, stwierdzając, że dla psa spod ulicy każde wino to sikacz, więc czego oczekiwać? Przetrwałby to? A kogo to, do cholery, obchodziło! Nie urodził się, by żyć długo, a dobrze. Długie życie było zwyczajnie w świecie przereklamowane.
Oblizał ściekającą z nosa krew. Wyszczerzył się w zapijaczonym uśmieszku, ukazując ujebane juchą zęby. Gracja. O nie. To było zbyt uciążliwe. Zbyt nudne. Wymagało od niego zrozumienia, że gdzieś jest granica - że gdzieś kończy się błaznowanie, a zaczyna prawdziwy świat. Świat na który Baldwin patrzył z zachwytem dziecka i obojętnością nędzarza.
A skoro jego starszy, doświadczony życiem i mądrzejszy, nowy kolega, też kiedyś przeżywał swoją pierwszą i jedyną młodość - to powinien wiedzieć lepiej niż bić największą męczydupę Nokturnu. Nie było w Baldwinie nawet namiastki chęci odkrycia własnej, jakże z pewnością wyjątkowej, tożsamości. Miał Ojca. Ojca, który od lat wytyczał mu ścieżki, miał wdrukowaną w duszę lojalność, którą składał u stóp Lorraine. Po co chcieć więcej, gdy miało się cały świat? Po co gonić za bogactwem, gdy stawianie na ostatniego konia z tabeli było po prostu zabawniejsze. Nikt od ciebie niczego nie oczekiwał, gdy od lat zawodziłeś. Co do jednego Maddox się nie mylił - Baldwin był szalenie niekompletny. I chwała za to Bogom, bo nie było nic gorszego niż przekonać kogoś takiego jak młody Malfoy że ma potencjał. Kiedy tak sobie żył, w swoim błazieństwie przekonany o wyższości nad wszystkimi i wszystkim - był zwyczajnie w świecie urokliwie żałosny; gdyby zaczęto coś z tym działać - stałby się niebezpieczny. A przecież chyba wystarczył im jeden podpalający miasto pojeb z megalomanią wydrukowaną na czole, nie?
Kiedy Greyback zajął się na nowo trupem, Baldwin odsunął się na bezpieczną odległość. Nos go nakurwiał, był zbyt trzeźwy jak na swoje upodobania i w dodatku ciekawsza część przedstawienia właśnie się skończyła. Pozostało sprzątanie i pozbywanie się gratów. Narzucił na głowę kaptur. Jeszcze mu brakowało, żeby jakiś wścibski zjeb go powiązał z całą sprawą. Mało tu ciekawskich kurwiarzy, którzy nie mają nic lepszego do roboty niż przeszkadzać ludziom w uczciwej pracy? O słodka, słodka ironio.
Może rzeczywiście powinien odnaleźć Ojca? Dopiero teraz dotarło do niego co wcześniej wywarczał Maddox. Zbyt mocno skupił się na kwestii swojej własnej niedoścignionej kompletności, żeby poświęcić kwestii poezji pełnię uwagi, na którą zasługiwała.
Zaśmiał się, niemal dławiąc się swoją własną krwią. Wierszyk? Pierdolonego wierszyka się Greybackowi zechciało? Ból był nieznośny, ale nie obcy. Bo to pierwszy raz dostał w pysk? Żyjąc w podziemiach godzisz się na ich zasady - nawet jeśli czasem kończą się przestawionymi kośćmi czy paroma zębami do wymiany.
Otarł krew rękawem, rozsmarowując mieszankę juchy i smarków nieco bardziej.
- Skrzeczą strzygi, piszczą zmory
że Mulciber bratem Sfory.
Płacze ciotka, w szoku wujek.
Że wam siostrę rucha czystokrwisty chujek.
Wychrypiał, cedząc każde słowo przez zaciśnięte zęby. Bardzo proszę, jaka piękna fraszka! Ale hej - faktycznie mu ulżyło.
Jebać grację. Jebać pokorę. Niech przynajmniej jeden z Greybacków będzie świadom, że pewnie niedługo przyjdzie mu niańczyć szczeniaka z chujoświeczką w kołysce. I to najlepiej taki, który pewnie od razu sprzeda info całej Sforze.
Nie tłumaczył dalej. To był dokładnie ten moment, w którym Baldwin uznał, że czas zejść ze sceny. Ostatnie spojrzenie na piękną inscenizację z Brygadzistą w centrum, ostatnie zauroczone westchnienie i… głośny trzask teleportacji.
Po panu Malfoy’u pozostała tylko potrzaskana butelka po winie.
Oblizał ściekającą z nosa krew. Wyszczerzył się w zapijaczonym uśmieszku, ukazując ujebane juchą zęby. Gracja. O nie. To było zbyt uciążliwe. Zbyt nudne. Wymagało od niego zrozumienia, że gdzieś jest granica - że gdzieś kończy się błaznowanie, a zaczyna prawdziwy świat. Świat na który Baldwin patrzył z zachwytem dziecka i obojętnością nędzarza.
A skoro jego starszy, doświadczony życiem i mądrzejszy, nowy kolega, też kiedyś przeżywał swoją pierwszą i jedyną młodość - to powinien wiedzieć lepiej niż bić największą męczydupę Nokturnu. Nie było w Baldwinie nawet namiastki chęci odkrycia własnej, jakże z pewnością wyjątkowej, tożsamości. Miał Ojca. Ojca, który od lat wytyczał mu ścieżki, miał wdrukowaną w duszę lojalność, którą składał u stóp Lorraine. Po co chcieć więcej, gdy miało się cały świat? Po co gonić za bogactwem, gdy stawianie na ostatniego konia z tabeli było po prostu zabawniejsze. Nikt od ciebie niczego nie oczekiwał, gdy od lat zawodziłeś. Co do jednego Maddox się nie mylił - Baldwin był szalenie niekompletny. I chwała za to Bogom, bo nie było nic gorszego niż przekonać kogoś takiego jak młody Malfoy że ma potencjał. Kiedy tak sobie żył, w swoim błazieństwie przekonany o wyższości nad wszystkimi i wszystkim - był zwyczajnie w świecie urokliwie żałosny; gdyby zaczęto coś z tym działać - stałby się niebezpieczny. A przecież chyba wystarczył im jeden podpalający miasto pojeb z megalomanią wydrukowaną na czole, nie?
Kiedy Greyback zajął się na nowo trupem, Baldwin odsunął się na bezpieczną odległość. Nos go nakurwiał, był zbyt trzeźwy jak na swoje upodobania i w dodatku ciekawsza część przedstawienia właśnie się skończyła. Pozostało sprzątanie i pozbywanie się gratów. Narzucił na głowę kaptur. Jeszcze mu brakowało, żeby jakiś wścibski zjeb go powiązał z całą sprawą. Mało tu ciekawskich kurwiarzy, którzy nie mają nic lepszego do roboty niż przeszkadzać ludziom w uczciwej pracy? O słodka, słodka ironio.
Może rzeczywiście powinien odnaleźć Ojca? Dopiero teraz dotarło do niego co wcześniej wywarczał Maddox. Zbyt mocno skupił się na kwestii swojej własnej niedoścignionej kompletności, żeby poświęcić kwestii poezji pełnię uwagi, na którą zasługiwała.
Zaśmiał się, niemal dławiąc się swoją własną krwią. Wierszyk? Pierdolonego wierszyka się Greybackowi zechciało? Ból był nieznośny, ale nie obcy. Bo to pierwszy raz dostał w pysk? Żyjąc w podziemiach godzisz się na ich zasady - nawet jeśli czasem kończą się przestawionymi kośćmi czy paroma zębami do wymiany.
Otarł krew rękawem, rozsmarowując mieszankę juchy i smarków nieco bardziej.
- Skrzeczą strzygi, piszczą zmory
że Mulciber bratem Sfory.
Płacze ciotka, w szoku wujek.
Że wam siostrę rucha czystokrwisty chujek.
Wychrypiał, cedząc każde słowo przez zaciśnięte zęby. Bardzo proszę, jaka piękna fraszka! Ale hej - faktycznie mu ulżyło.
Jebać grację. Jebać pokorę. Niech przynajmniej jeden z Greybacków będzie świadom, że pewnie niedługo przyjdzie mu niańczyć szczeniaka z chujoświeczką w kołysce. I to najlepiej taki, który pewnie od razu sprzeda info całej Sforze.
Nie tłumaczył dalej. To był dokładnie ten moment, w którym Baldwin uznał, że czas zejść ze sceny. Ostatnie spojrzenie na piękną inscenizację z Brygadzistą w centrum, ostatnie zauroczone westchnienie i… głośny trzask teleportacji.
Po panu Malfoy’u pozostała tylko potrzaskana butelka po winie.
Koniec sesji