02.06.2025, 18:13 ✶
Taka to była rozmowa, że w zasadzie prowadziłem monolog, ale, prawdę mówiąc, nawet tego specjalnie nie zauważyłem. Przestawiłem tylko pozłacaną popielniczkę z szafki nocnej na kołdrę między nami, bo nie chciałem mieć paprochów w pościeli. Co to, to nie! W tych kwestiach byłem od zawsze trochę księżniczką... Przed snem skrzat musiał dokładnie sprawdzić łóżko. Absolutnie nic nie mogło się tam znaleźć. Ani zbłąkane ziarenko piasku, ani jeden, nawet najbardziej introwertyczny pajączek.
Paliłem z błogim uśmiechem i uczuciem absolutnego zwycięstwa. Zero lasu, zero dziczy. ZA-PAS PAPIEROSÓW. Święty spokój. Strefa wolna od Prudence Bletchley. Żyć, nie umierać. Żadnych patyków wbitych w obojczyk. Albo z różdżek jeżynowych, bo to też wchodziło w grę.
– No co ty… Swoich się nie podpierdala, nawet jeśli są wampirzymi krewnymi… Czekaj! Zaraz! Czy ty właśnie powiedziałeś przyszłym szwagrem?! – przerwałem, bo temat wymagał absolutnej zmiany kursu. Zresztą, zaręczyny Ambroise’a i Geraldine planowałem od wieków. Dosłownie od wieków. Miałem już rozpisany ślub, rozrysowaną dekorację, a nawet zaplanowany wieczór kawalerski. Może zwłaszcza ten wieczór kawalerski, bo w moich wizjach byłem oczywiście świadkiem, drużbą honorowym, najważniejszą osobą po Pannie Młodej. Wiadomo. Miałem nawet gotową mowę toastową, chyba że spłonęła w ostatnim pożarze. Ale nie szkodzi. Napisałbym nową. Tak samo jak moi chłopcy napiszą mi kiedyś wzruszające ostatnie pożegnania. Wiedziałem, ja to wiedziałem, że mogę na nich liczyć.
– Rozumiem, że nie zamierzasz jej zaliczyć w krzakach...? – rzuciłem niewinnie, jakbym WCALE się nie domyślał NAJWAŻNIEJSZEGO. Wydarzenie tygodnia... Nie, to miało być WYDARZENIE TYGODNIA. SERIO COŚ WOW. Nie tylko powrót ogniska wśród wariatów.
– Wiesz, że możesz na mnie liczyć. Mam od ojca cały zapas papieru, więc w razie czego możemy porobić origami… A tak na serio, nie zamierzasz chyba zrobić tego bez nas? Ślub z tobą to jak ślub z nami. Też możemy powiedzieć romantyczne tak. Jak będzie trzeba, to z Benjym założymy sukienki, żeby nie było tak za męsko – zaproponowałem radośnie, całkiem poważnie i całkiem niepoważnie jednocześnie. Elias, wiadomo, za odpowiednią motywacją finansową też by się przebrał. A Benjy… On był swój chłop, mimo udziwnień, więc też. Cornelius pewnie szukałby swojej sukienki tygodniami, bo musiałaby być perfekcyjna, z odpowiednim drapowaniem i kolorem zgodnym z aurą dnia, ale... bylibyśmy do tego zdolni. Bez problemu.
Chociaż, prawdę mówiąc, może lepiej nie podpowiadać Ambroise’owi, że zamiast drużbów może mieć pastelowe druhny. Tatuś by tego nie pochwalił. Za dużo wrażeń jak na jedną kolumnę towarzyską w Czarownicy. Chyba że planowany był kameralny ślub. Ale prasa… prasa zawsze się przeciśnie. I tak szczerze, całkiem ładnie wyglądałbym w pończochach i pełnym makijażu. Jestem tego absolutnie pewien.
Paliłem z błogim uśmiechem i uczuciem absolutnego zwycięstwa. Zero lasu, zero dziczy. ZA-PAS PAPIEROSÓW. Święty spokój. Strefa wolna od Prudence Bletchley. Żyć, nie umierać. Żadnych patyków wbitych w obojczyk. Albo z różdżek jeżynowych, bo to też wchodziło w grę.
– No co ty… Swoich się nie podpierdala, nawet jeśli są wampirzymi krewnymi… Czekaj! Zaraz! Czy ty właśnie powiedziałeś przyszłym szwagrem?! – przerwałem, bo temat wymagał absolutnej zmiany kursu. Zresztą, zaręczyny Ambroise’a i Geraldine planowałem od wieków. Dosłownie od wieków. Miałem już rozpisany ślub, rozrysowaną dekorację, a nawet zaplanowany wieczór kawalerski. Może zwłaszcza ten wieczór kawalerski, bo w moich wizjach byłem oczywiście świadkiem, drużbą honorowym, najważniejszą osobą po Pannie Młodej. Wiadomo. Miałem nawet gotową mowę toastową, chyba że spłonęła w ostatnim pożarze. Ale nie szkodzi. Napisałbym nową. Tak samo jak moi chłopcy napiszą mi kiedyś wzruszające ostatnie pożegnania. Wiedziałem, ja to wiedziałem, że mogę na nich liczyć.
– Rozumiem, że nie zamierzasz jej zaliczyć w krzakach...? – rzuciłem niewinnie, jakbym WCALE się nie domyślał NAJWAŻNIEJSZEGO. Wydarzenie tygodnia... Nie, to miało być WYDARZENIE TYGODNIA. SERIO COŚ WOW. Nie tylko powrót ogniska wśród wariatów.
– Wiesz, że możesz na mnie liczyć. Mam od ojca cały zapas papieru, więc w razie czego możemy porobić origami… A tak na serio, nie zamierzasz chyba zrobić tego bez nas? Ślub z tobą to jak ślub z nami. Też możemy powiedzieć romantyczne tak. Jak będzie trzeba, to z Benjym założymy sukienki, żeby nie było tak za męsko – zaproponowałem radośnie, całkiem poważnie i całkiem niepoważnie jednocześnie. Elias, wiadomo, za odpowiednią motywacją finansową też by się przebrał. A Benjy… On był swój chłop, mimo udziwnień, więc też. Cornelius pewnie szukałby swojej sukienki tygodniami, bo musiałaby być perfekcyjna, z odpowiednim drapowaniem i kolorem zgodnym z aurą dnia, ale... bylibyśmy do tego zdolni. Bez problemu.
Chociaż, prawdę mówiąc, może lepiej nie podpowiadać Ambroise’owi, że zamiast drużbów może mieć pastelowe druhny. Tatuś by tego nie pochwalił. Za dużo wrażeń jak na jedną kolumnę towarzyską w Czarownicy. Chyba że planowany był kameralny ślub. Ale prasa… prasa zawsze się przeciśnie. I tak szczerze, całkiem ładnie wyglądałbym w pończochach i pełnym makijażu. Jestem tego absolutnie pewien.