02.06.2025, 19:48 ✶
Trzecia trzydzieści trzy.
Dziewiąty dziewiąty.
O tak. Zdecydowanie mogło w tym coś być, jednak Ambroise nie miał świadomości tego, o jakiej godzinie złapał Romulusa za rękaw. W jego świecie obecnie liczyły się inne rzeczy. W tej chwili usiłował zatrzymać przyjaciela, żeby zaciągnąć go do roboty. Potrzebował Romulusa. Gdyby nie był tak bardzo zafiksowany na pracy, naprawdę cholernie ucieszyłby go widok romkowej mordy i...
...i dwóch kocich pyszczków. Potter rzeczywiście zgarnął oba koty. Ambroise nie zamierzał życzyć mu tego, by Merlin obdarzył go za to licznymi dziećmi (bez przesady), jednak w momencie, w którym dostrzegł dwa zwierzaki i Romulusa, który wyglądał, jakby również był względnie cały i zdrowy, momentalnie jeszcze mocniej uwierzył w to, że przyjaciel zdecydowanie miał na górze jakieś chody.
- Cieszę się, że cię widzę, stary - rzucił jednak tylko, na ten moment nie sięgając ku Lilii, żeby jej nie spłoszyć.
Musieli jakoś inaczej podejść do sprawy. Potrzebowali wpierw zająć się tym jednym, później przejść do rzeczy z całą resztą tego, do czego Potter był już teraz całkowicie niezbędny. Zresztą nie minęła nawet minuta, odkąd zaczęli rozmawiać, a Romek już coś zauważył.
Cornelius. Rzeczywiście. Cholera, nie mogło lepiej się złożyć, nawet jeśli Lestrange sam z siebie chyba jeszcze ich nie zauważył. Powinni spróbować do niego podejść, jednakże wcześniej...
Roman. Król foliarzy ludzi oświeconych. Trzecia trzydzieści trzy. Cholera. Dobry był.
- Trzecia trzydzieści trzy. Dziewiąty września tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego. Trzy, trzy, trzy, dziewięć, dziewięć, jeden, dziewięć, siedem, dwa. Jeden, dwa, trzy trójki, siódemka, dwie dziewiątki - zrzucił względnie sprawnie, unosząc przy tym wzrok ponad głowę Romulusa i mrużąc oczy. - Jeden i dziewięć. Dziesięć. Siedem i trzy. Dziesięć. Trzy i dwa. Pięć. Piętnaście. Dwadzieścia pięć. Trzy. Dwadzieścia osiem. Osiemnaście. Czterdzieści sześć - podsumował poważnie.
Jeśli jednak Romulus oczekiwał, że właśnie w tym momencie zakończy się to prowizoryczne przeliczanie prowadzone na głos (choć Roise zdecydowanie mógł dodać dwa do dwóch w myślach i bez wątpienia zrobił to jeszcze zanim zaczął mówić), solidnie się przeliczył. Był to bowiem dopiero wstęp do głównej myśli, jaką Greengrass miał dla Pottera.
- Cztery plus sześć to dziesięć. Zero plus jeden to jeden - prosta matematyka, czyż nie?
No, to teraz rzeczywiście do rzeczy.
Zmierzył Romulusa śmiertelnie poważnym spojrzeniem, ani przez chwilę nie dając przyjacielowi do zrozumienia, że nie bierze jego słów na poważnie, po czym kiwnął głową. Cholera tak naprawdę wiedziała, czy bardziej do Romka, czy do samego siebie. Najważniejsze, że wciąż z tą samą neutralną miną.
- Wiesz, co oznacza cyfra jeden - stwierdzał, nie pytał, bo doskonale wiedział, że Potter znał się na tym temacie.
Jednakże chwilę wcześniej słysząc takie a nie inne słowa padające z ust przyjaciela, zdecydowanie nie zamierzał ryzykować, że ten postanowi dopisać sobie własne znaczenie do tych wszystkich obliczeń. Oczywiście i tak miał to zrobić, bo inaczej nie byłby Romkiem, no, ale... Niemal natychmiast, nie zostawiając żadnej przestrzeni na odpowiedź inną niż jego własna, Roise kontynuował.
- Reprezentuje początek, niezależność, siłę, determinację, ambicję i lidera. Lidera, Potter, jesteś liderem? - Na to pytanie chwilowo też nie oczekiwał odpowiedzi. - Jedynka symbolizuje też pierwszy krok. Najlepiej do mojego gabinetu. Z kotami - stwierdził, nawet przy tym nie mrugając.
Musieli zabrać zwierzęta w jakieś spokojniejsze, względnie bezpieczne miejsce. A tak się składało, że jego gabinet był aktualnie wyłączony z medycznego użytku. Jeszcze dosłownie kilka chwil wcześniej, Ambroise był cholernie niezadowolony z tego powodu, jednak w tej chwili wewnętrznie dziękował za to nie tyle losowi, co własnemu planowaniu i opieszałości majstrów opłacanych przez szpital.
Kiedy udawał się na ponad tygodniowy urlop, złożył zlecenie na zapotrzebowanie wymiany kilku szafek i naprawy spuchniętego parapetu przy przeciekającym oknie. Oczywiście, to wszystko miało mieć miejsce pod jego nieobecność. Rzecz jasna, nie stało się zgodnie z tym założeniem.
Szpitalna złota rączka magicznie odnalazła tam drogę dokładnie pół godziny przed początkiem pożarów Londynu. Z tego względu wszystko było rozgrzebane, poprzesuwane na sam środek albo wyniesione w jakieś inne miejsce. Nie było czasu, żeby to porządkować. Nie w chaosie, jaki zapanował w szpitalu. Zresztą to nigdy nie było miejsce, w którym dałoby się ulokować pacjentów. Nikt nie byłby w stanie kontrolować tego, co działo się wewnątrz pod nieobecność magimedyków a miał tam raczej dosyć różne substancje. Już korytarze były lepsze i łatwiej dostępne.
Zdecydowanie mogli tam zamknąć koty i rzucić romkowe graty, o ile ten miał faktycznie okazać się tym liderem, jakiego potrzebowali do pracy, nie do poddawania się wątpliwościom. Ambroise zamierzał go do tego nakłonić, usiłując zagadać wątpliwości przyjaciela, nawet jeśli sam wierzył w różne fakty. Te przedstawiane przez Romana zaś wcale nie brzmiały aż tak nieprawdopodobnie. Mogły mieć swoje podstawy.
Tyle tylko, że w chwili obecnej sypały się dużo ważniejsze fundamenty. Te związane z pracą. A praca (jak zostało mu wytknięte niecałe dwadzieścia cztery godziny wcześniej) była dla Greengrassa niemal najważniejsza. Potrzebował wsparcia, nie było ich stać na kolejne straty czasu.
Część jego wypowiedzi zlała się z wszechobecnym hałasem, odnośnie czego zorientował się dopiero po chwili. Mimo to postanowił nie wracać do utraconych treści (nie mieli na to czasu), ani na moment nie przerywając gadki. Nie łudził się. Romulus i tak dalej miał przykładać wielką wagę do wszystkich dostrzeżonych znaczeń.
- nowość i możliwości, a także osobistą moc i zdolność do kształtowania własnej przyszłości. Z pewnością będziemy w stanie pokonać rzucone nam przeszkody - zapewnił kumpla, odwzajemniając kiwnięcie, tyle tylko, że brodą, nie nosem.
Portale były istotne. Czasoprzestrzeń była istotna. Inne światy. Alternatywne rzeczywistości. Linie czasowe i tak dalej. To wszystko było cholernie ważne, ale w tej chwili mieli dużo bardziej przyziemne problemy. Zakrzywieniami mogą się zająć, gdy jakieś rzeczywiście postanowi skopać im dupy. Chwilowo robiły to płomienie.
- Zresztą na pewno już jest trzecia trzydzieści cztery - dodał w ramach ostatecznego zapewnienia Romulusa, że nawet jeśli coś jest na rzeczy (a zapewne było) to udało im się przynajmniej częściowo uniknąć wtopy, skoro przeczekali tę godzinę, biorąc się do działania minutę czy dwie minuty później.
- Chodź, musimy go złapać i odstawić koty - odezwał się, praktycznie od razu ruszając w kierunku trzeciego towarzysza, do którego mieli niestety trochę więcej niż dwa kroki.
!Nigdy nie przestawaj leczyć
Foliowa czapka (I)
Dziewiąty dziewiąty.
O tak. Zdecydowanie mogło w tym coś być, jednak Ambroise nie miał świadomości tego, o jakiej godzinie złapał Romulusa za rękaw. W jego świecie obecnie liczyły się inne rzeczy. W tej chwili usiłował zatrzymać przyjaciela, żeby zaciągnąć go do roboty. Potrzebował Romulusa. Gdyby nie był tak bardzo zafiksowany na pracy, naprawdę cholernie ucieszyłby go widok romkowej mordy i...
...i dwóch kocich pyszczków. Potter rzeczywiście zgarnął oba koty. Ambroise nie zamierzał życzyć mu tego, by Merlin obdarzył go za to licznymi dziećmi (bez przesady), jednak w momencie, w którym dostrzegł dwa zwierzaki i Romulusa, który wyglądał, jakby również był względnie cały i zdrowy, momentalnie jeszcze mocniej uwierzył w to, że przyjaciel zdecydowanie miał na górze jakieś chody.
- Cieszę się, że cię widzę, stary - rzucił jednak tylko, na ten moment nie sięgając ku Lilii, żeby jej nie spłoszyć.
Musieli jakoś inaczej podejść do sprawy. Potrzebowali wpierw zająć się tym jednym, później przejść do rzeczy z całą resztą tego, do czego Potter był już teraz całkowicie niezbędny. Zresztą nie minęła nawet minuta, odkąd zaczęli rozmawiać, a Romek już coś zauważył.
Cornelius. Rzeczywiście. Cholera, nie mogło lepiej się złożyć, nawet jeśli Lestrange sam z siebie chyba jeszcze ich nie zauważył. Powinni spróbować do niego podejść, jednakże wcześniej...
Roman. Król foliarzy ludzi oświeconych. Trzecia trzydzieści trzy. Cholera. Dobry był.
- Trzecia trzydzieści trzy. Dziewiąty września tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego. Trzy, trzy, trzy, dziewięć, dziewięć, jeden, dziewięć, siedem, dwa. Jeden, dwa, trzy trójki, siódemka, dwie dziewiątki - zrzucił względnie sprawnie, unosząc przy tym wzrok ponad głowę Romulusa i mrużąc oczy. - Jeden i dziewięć. Dziesięć. Siedem i trzy. Dziesięć. Trzy i dwa. Pięć. Piętnaście. Dwadzieścia pięć. Trzy. Dwadzieścia osiem. Osiemnaście. Czterdzieści sześć - podsumował poważnie.
Jeśli jednak Romulus oczekiwał, że właśnie w tym momencie zakończy się to prowizoryczne przeliczanie prowadzone na głos (choć Roise zdecydowanie mógł dodać dwa do dwóch w myślach i bez wątpienia zrobił to jeszcze zanim zaczął mówić), solidnie się przeliczył. Był to bowiem dopiero wstęp do głównej myśli, jaką Greengrass miał dla Pottera.
- Cztery plus sześć to dziesięć. Zero plus jeden to jeden - prosta matematyka, czyż nie?
No, to teraz rzeczywiście do rzeczy.
Zmierzył Romulusa śmiertelnie poważnym spojrzeniem, ani przez chwilę nie dając przyjacielowi do zrozumienia, że nie bierze jego słów na poważnie, po czym kiwnął głową. Cholera tak naprawdę wiedziała, czy bardziej do Romka, czy do samego siebie. Najważniejsze, że wciąż z tą samą neutralną miną.
- Wiesz, co oznacza cyfra jeden - stwierdzał, nie pytał, bo doskonale wiedział, że Potter znał się na tym temacie.
Jednakże chwilę wcześniej słysząc takie a nie inne słowa padające z ust przyjaciela, zdecydowanie nie zamierzał ryzykować, że ten postanowi dopisać sobie własne znaczenie do tych wszystkich obliczeń. Oczywiście i tak miał to zrobić, bo inaczej nie byłby Romkiem, no, ale... Niemal natychmiast, nie zostawiając żadnej przestrzeni na odpowiedź inną niż jego własna, Roise kontynuował.
- Reprezentuje początek, niezależność, siłę, determinację, ambicję i lidera. Lidera, Potter, jesteś liderem? - Na to pytanie chwilowo też nie oczekiwał odpowiedzi. - Jedynka symbolizuje też pierwszy krok. Najlepiej do mojego gabinetu. Z kotami - stwierdził, nawet przy tym nie mrugając.
Musieli zabrać zwierzęta w jakieś spokojniejsze, względnie bezpieczne miejsce. A tak się składało, że jego gabinet był aktualnie wyłączony z medycznego użytku. Jeszcze dosłownie kilka chwil wcześniej, Ambroise był cholernie niezadowolony z tego powodu, jednak w tej chwili wewnętrznie dziękował za to nie tyle losowi, co własnemu planowaniu i opieszałości majstrów opłacanych przez szpital.
Kiedy udawał się na ponad tygodniowy urlop, złożył zlecenie na zapotrzebowanie wymiany kilku szafek i naprawy spuchniętego parapetu przy przeciekającym oknie. Oczywiście, to wszystko miało mieć miejsce pod jego nieobecność. Rzecz jasna, nie stało się zgodnie z tym założeniem.
Szpitalna złota rączka magicznie odnalazła tam drogę dokładnie pół godziny przed początkiem pożarów Londynu. Z tego względu wszystko było rozgrzebane, poprzesuwane na sam środek albo wyniesione w jakieś inne miejsce. Nie było czasu, żeby to porządkować. Nie w chaosie, jaki zapanował w szpitalu. Zresztą to nigdy nie było miejsce, w którym dałoby się ulokować pacjentów. Nikt nie byłby w stanie kontrolować tego, co działo się wewnątrz pod nieobecność magimedyków a miał tam raczej dosyć różne substancje. Już korytarze były lepsze i łatwiej dostępne.
Zdecydowanie mogli tam zamknąć koty i rzucić romkowe graty, o ile ten miał faktycznie okazać się tym liderem, jakiego potrzebowali do pracy, nie do poddawania się wątpliwościom. Ambroise zamierzał go do tego nakłonić, usiłując zagadać wątpliwości przyjaciela, nawet jeśli sam wierzył w różne fakty. Te przedstawiane przez Romana zaś wcale nie brzmiały aż tak nieprawdopodobnie. Mogły mieć swoje podstawy.
Tyle tylko, że w chwili obecnej sypały się dużo ważniejsze fundamenty. Te związane z pracą. A praca (jak zostało mu wytknięte niecałe dwadzieścia cztery godziny wcześniej) była dla Greengrassa niemal najważniejsza. Potrzebował wsparcia, nie było ich stać na kolejne straty czasu.
Część jego wypowiedzi zlała się z wszechobecnym hałasem, odnośnie czego zorientował się dopiero po chwili. Mimo to postanowił nie wracać do utraconych treści (nie mieli na to czasu), ani na moment nie przerywając gadki. Nie łudził się. Romulus i tak dalej miał przykładać wielką wagę do wszystkich dostrzeżonych znaczeń.
- nowość i możliwości, a także osobistą moc i zdolność do kształtowania własnej przyszłości. Z pewnością będziemy w stanie pokonać rzucone nam przeszkody - zapewnił kumpla, odwzajemniając kiwnięcie, tyle tylko, że brodą, nie nosem.
Portale były istotne. Czasoprzestrzeń była istotna. Inne światy. Alternatywne rzeczywistości. Linie czasowe i tak dalej. To wszystko było cholernie ważne, ale w tej chwili mieli dużo bardziej przyziemne problemy. Zakrzywieniami mogą się zająć, gdy jakieś rzeczywiście postanowi skopać im dupy. Chwilowo robiły to płomienie.
- Zresztą na pewno już jest trzecia trzydzieści cztery - dodał w ramach ostatecznego zapewnienia Romulusa, że nawet jeśli coś jest na rzeczy (a zapewne było) to udało im się przynajmniej częściowo uniknąć wtopy, skoro przeczekali tę godzinę, biorąc się do działania minutę czy dwie minuty później.
- Chodź, musimy go złapać i odstawić koty - odezwał się, praktycznie od razu ruszając w kierunku trzeciego towarzysza, do którego mieli niestety trochę więcej niż dwa kroki.
!Nigdy nie przestawaj leczyć
Foliowa czapka (I)
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down