02.06.2025, 21:56 ✶
Och, oczywiście, że wiedział, co właśnie zrobił. Co zasugerował, co wręcz otwarcie powiedział. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że aktywował zmysł Pottera do wykrywania nawet najmniejszych przesłanek mogących prowadzić do pozyskania materiału na cieplutkie, pyszne ploteczki. Wystarczyło zaledwie jedno określenie. Właściwie to dwa słowa: przyszły szwagier. Nawet się nie zająknął.
- Powiedziałem? - Powtórzył po Romulusie w taki sposób, jakby zupełnie nie zwrócił uwagi na to, że mógł powiedzieć coś takiego.
Tak absurdalnego? Niedorzecznego? Wziętego całkowicie z dupy? No, bo przecież nie było żadnych podstaw i przesłanek ku temu, aby to mogło mieć jakikolwiek sens, czyż nie?
Był w świeżym związku, trwającym od niespełna kilku dni, dokładnie rzecz biorąc: od pół tygodnia. Poza tym czyż nie był tu drugim największym materiałem na wiecznego kawalera? Większym nawet od Eliasa, któremu również jakoś specjalnie nie spieszyło się do ożenku? Mniejszym tylko od jego aktualnego rozmówcy?
To nie tak, że związek z Geraldine mógł liczyć w latach, niemalże idących w dekady. I nie tak, że już wcześniej rozważał zmianę stanu cywilnego. Szczególnie nie przed dwoma laty, zanim wszystko poszło w pizdu. Jak obecnie wiedział, choć nie był to dla niego powód do dupy i wolał przyjmować wersję, że czemuś jednak zapobiegł (no, poza oczywistemu byciu szczęśliwym), zupełnie bezcelowo.
Nie, nie. Wcale.
Zachowywał przy tym pokerową twarz. Może niezupełnie kamienną, zdecydowanie nie robił swojej typowej oziębłej miny. Był raczej wyjątkowo spokojny, opanowany i ze wszech miar przyjacielsko neutralny. Jak ktoś, kto nie miał zielonego pojęcia o tym, co właśnie zostało mu zainsynuowane, ale z łaski swojej nie wziął tego za obelgę. Po prostu dawał przyjacielowi do zrozumienia, że to najpewniej było przesłyszenie .
No, oczywiście. Przecież nie zamierzał tak łatwo sprzedać Romulusowi całych swoich planów. Szczególnie teraz, gdy już wzbudził zainteresowanie Pottera. Pod tym względem czerpał wręcz sadystycznie mocną satysfakcję z wyglądania tak, jakby nagle, dosłownie w przeciągu ułamka sekundy stał się ofiarą domysłów wyssanych z palca. Kto wie, może nawet bezpodstawnych zarzutów.
W dodatku połączonych z sugerowaniem mu jakichś niezdrowych, dewianckich skłonności nie tylko do publicznego negliżu, lecz także do dopuszczania się czynności intymnych w miejscu, w którym (na Merlina!) przecież były dzieci!
Musiał, po prostu musiał posłać Romulusowi karcące spojrzenie, jednocześnie nerwowo zaciągając się papierosem, bo sama sugestia wystarczyła, aby naprawdę głęboko się oburzył. Był wyjątkowo zażenowany takimi insynuacjami. W końcu należał nie tylko do elitarnej, szlachetnej grupy czarodziejów czystej krwi, ale także do zacnego, znamienitego grona wysoko wykształconych pracowników szanowanej instytucji, jaką był Szpital Świętego Munga.
Gdyby miał szesnaście lat, nie niemal trzydzieści trzy, pewnie w tym momencie uniósłby wysoko brwi i rzucił Romkowi bardzo jednoznaczne, niezmiernie wymowne spojrzenie. Po jego twarzy przemknąłby dosyć cwany, odrobinę prowokacyjny, niezmiernie zadowolony z siebie uśmieszek. Na sam koniec wzruszyłby zaś ramionami a potem powiedziałby... ...no, to, co powiedział. Coś, co rzeczywiście opuściło jego usta. Bardzo poważnym tonem.
- Krzaki są niezbyt wygodne, wybrałbym wydmy - odparł gładko, bez krzty zawahania. - Albo paprocie, ale to raczej w czerwcu - dodał tonem znawcy flory.
W szczególności tego, kiedy najbardziej nadawała się do podobnych zdrożnych czynności. No, bo przecież, gdyby miał szesnaście lat, nie trzydzieści dwa...
...a oni właśnie tak się teraz zachowywali, nieprawdaż? No i to była tylko teoretyczna rozmowa dwojga odpowiedzialnych, wyważonych mężczyzn wysokiego stanu i doskonałego pochodzenia.
- Zamierzasz zrobić im warsztaty ze składania papieru? Przy ognisku? - Być może lekko uniósł brwi, patrząc na Romulusa, jednak ostatecznie wzruszył ramionami. - Zajebiście. Są na tym poziomie, że to może być skuteczne. Szczególnie, że mamy alkohol i trawę - oznajmił z wyjątkową lekkością w tonie głosu.
Dokładnie tą samą, której brakowało mu przez ostatnie lata. Dokładnie tą samą, która świadczyła o tym, że miał zajebiście dobry nastrój i nawet koniec świata, jaki poniekąd już nastąpił podczas pożarów nie miał mu tego popsuć. Tym razem nie dopuszczał do siebie możliwości niepowodzenia. Szczególnie nie ze wsparciem Romulusa.
Zaciągnął się papierosem, jednocześnie lekko nachylając się ku Romanowi. Na tyle blisko, żeby jego kolejne słowa dało się uznać za porozumiewawczy szept, nawet jeśli w istocie wcale nie szeptał. Nie miał takiego zamiaru. I tak byli sami.
- Mamy też grzyby. Nie byle jakie. Dwa rodzaje, ale to raczej na koniec wieczoru - stwierdził, bo przecież planowali całkiem długie wydarzenie tygodnia.
To musiało zasłużyć na swoje miano. Szczególnie, że przecież tylko o to chodziło. O nic innego, czyż nie? Nawet jeśli cholernie bawiła go wizja reszty towarzystwa zakładającego kiecę (umówmy się, chętnie by ich takich zobaczył), jeszcze przez chwilę zamierzał trzymać się przyjętej wersji wydarzeń, czyli przesłyszenia. No, ewentualnie seksu w paprociach. No, bo nie w krzakach.
- Wybacz, ale nie marzy mi się orgia. Zamierzam to zrobić bez was - dodał, dopalając papierosa.
No, nie. Z Romulusem to byłoby jak z samym sobą. Gorzej niż walenie konia. Może i był narcystycznym chujem, ale nie aż tak. Zgroza.
- Powiedziałem? - Powtórzył po Romulusie w taki sposób, jakby zupełnie nie zwrócił uwagi na to, że mógł powiedzieć coś takiego.
Tak absurdalnego? Niedorzecznego? Wziętego całkowicie z dupy? No, bo przecież nie było żadnych podstaw i przesłanek ku temu, aby to mogło mieć jakikolwiek sens, czyż nie?
Był w świeżym związku, trwającym od niespełna kilku dni, dokładnie rzecz biorąc: od pół tygodnia. Poza tym czyż nie był tu drugim największym materiałem na wiecznego kawalera? Większym nawet od Eliasa, któremu również jakoś specjalnie nie spieszyło się do ożenku? Mniejszym tylko od jego aktualnego rozmówcy?
To nie tak, że związek z Geraldine mógł liczyć w latach, niemalże idących w dekady. I nie tak, że już wcześniej rozważał zmianę stanu cywilnego. Szczególnie nie przed dwoma laty, zanim wszystko poszło w pizdu. Jak obecnie wiedział, choć nie był to dla niego powód do dupy i wolał przyjmować wersję, że czemuś jednak zapobiegł (no, poza oczywistemu byciu szczęśliwym), zupełnie bezcelowo.
Nie, nie. Wcale.
Zachowywał przy tym pokerową twarz. Może niezupełnie kamienną, zdecydowanie nie robił swojej typowej oziębłej miny. Był raczej wyjątkowo spokojny, opanowany i ze wszech miar przyjacielsko neutralny. Jak ktoś, kto nie miał zielonego pojęcia o tym, co właśnie zostało mu zainsynuowane, ale z łaski swojej nie wziął tego za obelgę. Po prostu dawał przyjacielowi do zrozumienia, że to najpewniej było przesłyszenie .
No, oczywiście. Przecież nie zamierzał tak łatwo sprzedać Romulusowi całych swoich planów. Szczególnie teraz, gdy już wzbudził zainteresowanie Pottera. Pod tym względem czerpał wręcz sadystycznie mocną satysfakcję z wyglądania tak, jakby nagle, dosłownie w przeciągu ułamka sekundy stał się ofiarą domysłów wyssanych z palca. Kto wie, może nawet bezpodstawnych zarzutów.
W dodatku połączonych z sugerowaniem mu jakichś niezdrowych, dewianckich skłonności nie tylko do publicznego negliżu, lecz także do dopuszczania się czynności intymnych w miejscu, w którym (na Merlina!) przecież były dzieci!
Musiał, po prostu musiał posłać Romulusowi karcące spojrzenie, jednocześnie nerwowo zaciągając się papierosem, bo sama sugestia wystarczyła, aby naprawdę głęboko się oburzył. Był wyjątkowo zażenowany takimi insynuacjami. W końcu należał nie tylko do elitarnej, szlachetnej grupy czarodziejów czystej krwi, ale także do zacnego, znamienitego grona wysoko wykształconych pracowników szanowanej instytucji, jaką był Szpital Świętego Munga.
Gdyby miał szesnaście lat, nie niemal trzydzieści trzy, pewnie w tym momencie uniósłby wysoko brwi i rzucił Romkowi bardzo jednoznaczne, niezmiernie wymowne spojrzenie. Po jego twarzy przemknąłby dosyć cwany, odrobinę prowokacyjny, niezmiernie zadowolony z siebie uśmieszek. Na sam koniec wzruszyłby zaś ramionami a potem powiedziałby... ...no, to, co powiedział. Coś, co rzeczywiście opuściło jego usta. Bardzo poważnym tonem.
- Krzaki są niezbyt wygodne, wybrałbym wydmy - odparł gładko, bez krzty zawahania. - Albo paprocie, ale to raczej w czerwcu - dodał tonem znawcy flory.
W szczególności tego, kiedy najbardziej nadawała się do podobnych zdrożnych czynności. No, bo przecież, gdyby miał szesnaście lat, nie trzydzieści dwa...
...a oni właśnie tak się teraz zachowywali, nieprawdaż? No i to była tylko teoretyczna rozmowa dwojga odpowiedzialnych, wyważonych mężczyzn wysokiego stanu i doskonałego pochodzenia.
- Zamierzasz zrobić im warsztaty ze składania papieru? Przy ognisku? - Być może lekko uniósł brwi, patrząc na Romulusa, jednak ostatecznie wzruszył ramionami. - Zajebiście. Są na tym poziomie, że to może być skuteczne. Szczególnie, że mamy alkohol i trawę - oznajmił z wyjątkową lekkością w tonie głosu.
Dokładnie tą samą, której brakowało mu przez ostatnie lata. Dokładnie tą samą, która świadczyła o tym, że miał zajebiście dobry nastrój i nawet koniec świata, jaki poniekąd już nastąpił podczas pożarów nie miał mu tego popsuć. Tym razem nie dopuszczał do siebie możliwości niepowodzenia. Szczególnie nie ze wsparciem Romulusa.
Zaciągnął się papierosem, jednocześnie lekko nachylając się ku Romanowi. Na tyle blisko, żeby jego kolejne słowa dało się uznać za porozumiewawczy szept, nawet jeśli w istocie wcale nie szeptał. Nie miał takiego zamiaru. I tak byli sami.
- Mamy też grzyby. Nie byle jakie. Dwa rodzaje, ale to raczej na koniec wieczoru - stwierdził, bo przecież planowali całkiem długie wydarzenie tygodnia.
To musiało zasłużyć na swoje miano. Szczególnie, że przecież tylko o to chodziło. O nic innego, czyż nie? Nawet jeśli cholernie bawiła go wizja reszty towarzystwa zakładającego kiecę (umówmy się, chętnie by ich takich zobaczył), jeszcze przez chwilę zamierzał trzymać się przyjętej wersji wydarzeń, czyli przesłyszenia. No, ewentualnie seksu w paprociach. No, bo nie w krzakach.
- Wybacz, ale nie marzy mi się orgia. Zamierzam to zrobić bez was - dodał, dopalając papierosa.
No, nie. Z Romulusem to byłoby jak z samym sobą. Gorzej niż walenie konia. Może i był narcystycznym chujem, ale nie aż tak. Zgroza.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down