03.06.2025, 13:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.06.2025, 14:33 przez Helloise Rowle.)
Helloise nie przepędzała ze swojego ogrodu brudnych psów. Znosiły na umorusanych futrach dzikie nasiona zebrane z odległych łąk i gubiły je między jej uprawami, a wkrótce w ich miejscu wschodziły pierwsze pędy-niespodzianki. Zwykle chwastu, niechcianego prezentu, który wyrywała z korzeniem; czasem jednak, raz na bardzo wiele brudnych psów, pojawiało się coś ciekawego, czemu pozwalała z litości dojrzewać u siebie.
Brudne było najlepszym świadkiem życia, choć złośliwie kreowało się na antyżycie. Brudne były te psy noszące nasiona i brudne było ich gnijące mięso, gdy na łopacie kobieta wynosiła je w las po tym, jak padły pod płotem. Brudne od błota po ulewie zioła kpiły z niej, że nie może ich takimi zebrać i ususzyć, a ona szydziła z ich oszustwa, wsuwała je surowe do ust i rozgniatała między zębami, aby posmakować językiem soków — i nic nie robiła sobie z ich piasku chrzęszczącego między jej szczękami. Brud tego cienia w Ataraxii, który teraz oddzielił się od pozostałych i przyszedł do niej, był tym, co czyniło go uchwytnym, a więc godnym uwagi na tle charczących jednym głosem czarnych monolitów bez wyrazu.
Czy gdyby go skruszyła, brudna krew chrupałaby między jej zębami?
Nie odwracała wzroku, nie wzdrygała się pod jego spojrzeniem. Lubiła czuć na sobie ciężar istnienia w przestrzeni, istnienia w cudzych umysłach. Dlaczego więc teraz próbowała ginąć w kącie?
Pierwsze słowa wypowiedziane przez Mulcibera wypchnęły ją niespodziewanie spod maski i otworzyły oczy na to, że znalazła się w więzieniu. Wraz z tą pustą drewnianą maską podarowano jej strach. Chowała się pod nią, a skoro chowała się — musiała się i lękać. Wcześniej — bez niej — była dumna i zuchwała, królowała nad zamaskowanymi istotami przewijającymi się przez noc. Podoba ci się? Jej głowa gwałtownie zapadła się pod taflę czarnej wody, a głębina zadudniła jej własnymi słowami. Podoba ci się? Czy teraz to Śmierciożerca naprzeciwko kpił z niej? Czy ona sama zakpiła z siebie? Podoba ci się? Tak przed paroma godzinami łajała nieznajomego sługę Czarnego Pana. Teraz ostrze trzymane w jej ręku zwróciło się w stronę jej własnego żebra. Podoba ci się? Gdy zakładała maskę przed przyjściem tutaj.
Trwała przed Alexandrem, nie zdradzając się niczym poza tym, że jej ręka drgnęła ku twarzy, jakby miała zerwać drewnianą osłonę. Czarna woda wlewała się zaś do jej gardła i wrzała podniecana ogniem płonącej wiedźmy. Rozpychała się w niej, chciała kipieć przez usta, nadymała je niewidoczne pod maską. Gdy czarna woda przerwie delikatną tamę warg, porwie ze sobą maskę, porwie ze sobą gniewną boginię i porwie...
Przecież nie tylko siebie Helloise utopi w tym sztormie.
— Milcz.
Zdusiła między palcami swój płomień — bogini Marzanna — płonąca, ale niespalona. Sama weszła pod tę maskę, sama ją wzięła. Była pod nią tyle tylko, ile sama wytyczyła sobie granicy. Nie była więźniem.
Przysunęła się bliżej Alexandra tak, aby mieć dobry dostęp do na wpół rozbandażowanego ramienia. Czerwona wyrwa w czarnym ciężkim cieniu, poszarpane świadectwo jego człowieczeństwa. To, czego wcześniej szukała w wizerunku Draconisa. Poprawiła ułożenie rannej ręki, aby jej było wygodniej, i w ciszy kontynuowała odwijanie bandaża tam, gdzie on go porzucił. Łakomie uciekała co jakiś czas wzrokiem na jego drugą dłoń — ludzką dłoń wyjętą z rękawicy. Widać było na niej wyraźnie noc, która tak łatwo ginęła na ich szatach.
— To on zdecydował, żeby mnie wymazać — odezwała się w końcu szeptem równie lekkim jak jego, odkładając bandaż na bok. Nie była ani zła, ani smutna. Stwierdzała ten fakt niczym wzruszeniem ramion.
Wymownie pochyliła głowę w dół, zwracając uwagę na brakujący pas materiału spódnicy, tego przy zbezczeszczonej, obszarpanej krawędzi, odsłaniający białe nogi nietknięte przez popiół, którym cała reszta postaci czarownicy była pokryta. Zaraz wróciła do pracy — spowolniałej od zmęczenia, lecz starannej.
Z bliska widział, że jej maska nie była doskonała, materiał nie chciał w pełni poddać się zaklęciom Leviathana. To ślady jego czaru widział. Widział wzór sęków tam, gdzie mężczyzna za mocno postrzępił spódnicę przy rozrywaniu jej samymi rękoma i gdzie nie do końca płasko ułożył na swojej dłoni fałdy materiału, gdy je przemieniał. Gdyby Alexander powiódł po jej masce palcami, znalazłby tylko rękę drugiego Śmierciożercy kształtującego ten przedmiot. Na jego palcach zostałyby tylko niteczki transmutowanego w groźne drzazgi ubrania Helloise, z którego ta chyłkiem wyślizgnęła się, umykając obserwacji jasnowidza. Jej drewniana maska — ta prawdziwa, kryjąca sekrety jej rąk — posłużyła za rozpałkę ogni, w których rodziły się eliksiry stojące teraz pomiędzy nimi. Falująca i nieostra tożsamość wiedźmy skryła się tej nocy zaszyta po kątach chaty, czekając cierpliwie, aż jej właścicielka zdejmie obcą maskę i wróci do siebie.
Joke’s on you.
— Nie znam run. — Rozchyliła pokrwawionymi palcami krawędzie jego szaty, aby wyłonić spod nich ranę. Zdrapać tę warstwę cienia i wyłuskać z niego życie, które próbował kryć pod brudem szat. — Nigdy nie musiałam się ich uczyć, bo mówię językami starszymi niż runy.
Pierwszymi językami, które zaistniały w chaosie — nim jeszcze wyłoniła się z niego pierwsza zasada i nim oddzieliła się magia. Słowami, które królowały, nim pierwszemu mężczyźnie wyrósł język. Tym reliktem praczasów, gdy w ustach mężczyzny był tylko niewykształcony kikut, a dysponować mógł tylko oczami, którymi obserwował księżyc obradzający niebo w pierwsze gwiazdy. Obok niego wówczas pierwsza kobieta nuciła z drzewami pieśń, na którą on pozostawał głuchy, i jedynie smakując drżenie jej warg, mógł poznawać ten prastary śpiew.
— Nie widzę śladów czarnej magii. — Hela pochyliła się z uwagą nieco bliżej ku jego ramieniu; tak, że zapach krwi wziął górę nad wszechobecnymi popiołami. — Mogę sobie poradzić.
Wyłowiła spomiędzy flaszeczek jedną z prostszych mikstur — dezynfekującą rany i rozpraszającą resztki magii pozostałe po raniącym zaklęciu, aby ta nie zakłócała działania właściwego eliksiru.
— Szczypie.
Odkorkowała flaszeczkę i wysączyła część jej zawartości na ranę, zbierając spływający w dół ramienia nadmiar czystym skrawkiem gazy, aby nie przemoczył do reszty dołu śmierciożerczego rękawa.
Brudne było najlepszym świadkiem życia, choć złośliwie kreowało się na antyżycie. Brudne były te psy noszące nasiona i brudne było ich gnijące mięso, gdy na łopacie kobieta wynosiła je w las po tym, jak padły pod płotem. Brudne od błota po ulewie zioła kpiły z niej, że nie może ich takimi zebrać i ususzyć, a ona szydziła z ich oszustwa, wsuwała je surowe do ust i rozgniatała między zębami, aby posmakować językiem soków — i nic nie robiła sobie z ich piasku chrzęszczącego między jej szczękami. Brud tego cienia w Ataraxii, który teraz oddzielił się od pozostałych i przyszedł do niej, był tym, co czyniło go uchwytnym, a więc godnym uwagi na tle charczących jednym głosem czarnych monolitów bez wyrazu.
Czy gdyby go skruszyła, brudna krew chrupałaby między jej zębami?
Nie odwracała wzroku, nie wzdrygała się pod jego spojrzeniem. Lubiła czuć na sobie ciężar istnienia w przestrzeni, istnienia w cudzych umysłach. Dlaczego więc teraz próbowała ginąć w kącie?
Pierwsze słowa wypowiedziane przez Mulcibera wypchnęły ją niespodziewanie spod maski i otworzyły oczy na to, że znalazła się w więzieniu. Wraz z tą pustą drewnianą maską podarowano jej strach. Chowała się pod nią, a skoro chowała się — musiała się i lękać. Wcześniej — bez niej — była dumna i zuchwała, królowała nad zamaskowanymi istotami przewijającymi się przez noc. Podoba ci się? Jej głowa gwałtownie zapadła się pod taflę czarnej wody, a głębina zadudniła jej własnymi słowami. Podoba ci się? Czy teraz to Śmierciożerca naprzeciwko kpił z niej? Czy ona sama zakpiła z siebie? Podoba ci się? Tak przed paroma godzinami łajała nieznajomego sługę Czarnego Pana. Teraz ostrze trzymane w jej ręku zwróciło się w stronę jej własnego żebra. Podoba ci się? Gdy zakładała maskę przed przyjściem tutaj.
Trwała przed Alexandrem, nie zdradzając się niczym poza tym, że jej ręka drgnęła ku twarzy, jakby miała zerwać drewnianą osłonę. Czarna woda wlewała się zaś do jej gardła i wrzała podniecana ogniem płonącej wiedźmy. Rozpychała się w niej, chciała kipieć przez usta, nadymała je niewidoczne pod maską. Gdy czarna woda przerwie delikatną tamę warg, porwie ze sobą maskę, porwie ze sobą gniewną boginię i porwie...
Przecież nie tylko siebie Helloise utopi w tym sztormie.
— Milcz.
Zdusiła między palcami swój płomień — bogini Marzanna — płonąca, ale niespalona. Sama weszła pod tę maskę, sama ją wzięła. Była pod nią tyle tylko, ile sama wytyczyła sobie granicy. Nie była więźniem.
Przysunęła się bliżej Alexandra tak, aby mieć dobry dostęp do na wpół rozbandażowanego ramienia. Czerwona wyrwa w czarnym ciężkim cieniu, poszarpane świadectwo jego człowieczeństwa. To, czego wcześniej szukała w wizerunku Draconisa. Poprawiła ułożenie rannej ręki, aby jej było wygodniej, i w ciszy kontynuowała odwijanie bandaża tam, gdzie on go porzucił. Łakomie uciekała co jakiś czas wzrokiem na jego drugą dłoń — ludzką dłoń wyjętą z rękawicy. Widać było na niej wyraźnie noc, która tak łatwo ginęła na ich szatach.
— To on zdecydował, żeby mnie wymazać — odezwała się w końcu szeptem równie lekkim jak jego, odkładając bandaż na bok. Nie była ani zła, ani smutna. Stwierdzała ten fakt niczym wzruszeniem ramion.
Wymownie pochyliła głowę w dół, zwracając uwagę na brakujący pas materiału spódnicy, tego przy zbezczeszczonej, obszarpanej krawędzi, odsłaniający białe nogi nietknięte przez popiół, którym cała reszta postaci czarownicy była pokryta. Zaraz wróciła do pracy — spowolniałej od zmęczenia, lecz starannej.
Z bliska widział, że jej maska nie była doskonała, materiał nie chciał w pełni poddać się zaklęciom Leviathana. To ślady jego czaru widział. Widział wzór sęków tam, gdzie mężczyzna za mocno postrzępił spódnicę przy rozrywaniu jej samymi rękoma i gdzie nie do końca płasko ułożył na swojej dłoni fałdy materiału, gdy je przemieniał. Gdyby Alexander powiódł po jej masce palcami, znalazłby tylko rękę drugiego Śmierciożercy kształtującego ten przedmiot. Na jego palcach zostałyby tylko niteczki transmutowanego w groźne drzazgi ubrania Helloise, z którego ta chyłkiem wyślizgnęła się, umykając obserwacji jasnowidza. Jej drewniana maska — ta prawdziwa, kryjąca sekrety jej rąk — posłużyła za rozpałkę ogni, w których rodziły się eliksiry stojące teraz pomiędzy nimi. Falująca i nieostra tożsamość wiedźmy skryła się tej nocy zaszyta po kątach chaty, czekając cierpliwie, aż jej właścicielka zdejmie obcą maskę i wróci do siebie.
Joke’s on you.
— Nie znam run. — Rozchyliła pokrwawionymi palcami krawędzie jego szaty, aby wyłonić spod nich ranę. Zdrapać tę warstwę cienia i wyłuskać z niego życie, które próbował kryć pod brudem szat. — Nigdy nie musiałam się ich uczyć, bo mówię językami starszymi niż runy.
Pierwszymi językami, które zaistniały w chaosie — nim jeszcze wyłoniła się z niego pierwsza zasada i nim oddzieliła się magia. Słowami, które królowały, nim pierwszemu mężczyźnie wyrósł język. Tym reliktem praczasów, gdy w ustach mężczyzny był tylko niewykształcony kikut, a dysponować mógł tylko oczami, którymi obserwował księżyc obradzający niebo w pierwsze gwiazdy. Obok niego wówczas pierwsza kobieta nuciła z drzewami pieśń, na którą on pozostawał głuchy, i jedynie smakując drżenie jej warg, mógł poznawać ten prastary śpiew.
— Nie widzę śladów czarnej magii. — Hela pochyliła się z uwagą nieco bliżej ku jego ramieniu; tak, że zapach krwi wziął górę nad wszechobecnymi popiołami. — Mogę sobie poradzić.
Wyłowiła spomiędzy flaszeczek jedną z prostszych mikstur — dezynfekującą rany i rozpraszającą resztki magii pozostałe po raniącym zaklęciu, aby ta nie zakłócała działania właściwego eliksiru.
— Szczypie.
Odkorkowała flaszeczkę i wysączyła część jej zawartości na ranę, zbierając spływający w dół ramienia nadmiar czystym skrawkiem gazy, aby nie przemoczył do reszty dołu śmierciożerczego rękawa.
dotknij trawy