03.06.2025, 13:36 ✶
O, już miałem wzywać specjalistę od czarodziejskich umysłów… A, chwila. Przecież to JA! Najwybitniejszy magipsychiatra w Anglii... Nie, co ja mówię! W całej Wielkiej Brytanii. A może i w Europie, jeśli akurat nie liczyć tych francuskich szarlatanów z ich teoriami o łagodnym oddychaniu przez różdżkę.
Spojrzałem powątpiewająco na Ambroise’a, bo przecież niemożliwym było, by aż tak się zmienił pod wpływem… piersi Geraldine. No nie. Nie mógł. Albo mógł? Historia zna przypadki, kiedy kobieta zmieniała faceta w jego gorszą wersję. Gorszą z punktu widzenia przyjaciół, oczywiście. Dla samego zainteresowanego to bywało nawet przyjemne. Na szczęście Ambroise żartował. Jeszcze miał jaja. Jeszcze był w nim ten niepoprawny łobuz z zamglonym spojrzeniem i złośliwym półuśmieszkiem. Zachował nie tylko swoją męską wulgarność, ale i poczucie humoru, więc mu wybaczałem. Szczególnie że dzięki niemu przypomniałem sobie o paprociach na czerwiec. Cudownie. Kompletnie wyleciały mi z głowy, podobnie jak moje świeżutkie, pachnące żywicą traumy z lasu. A teraz w mojej głowie były tylko piersi Geraldine i zgrabne kostki Cassandry. No cóż. Życie.
– Jaja sobie robię, ale serio, możemy wykurzyć Geraldine sprzed ogniska, mówiąc, że odczytam swoją pracę naukową o traumach od ognia… – zaproponowałem z kamienną twarzą. – Ojciec z wydawnictwem motywują mnie do tego bym napisał drobną publikację do końca miesiąca, ale ja napiszę i to, i rozszerzoną wersję w postaci książki, bo mi sugerują, że wydadzą poematy jakiegoś zapleśniałego wampira, wyobrażasz sobie?!
Pokręciłem w niedowierzaniu głową, ale machnąłem na to papierosem. Były ważniejsze tematy. Chociażby WYDARZENIE TYGODNIA, a może nawet WYDARZENIE SEZONU!!!
– Ale nie to teraz najważniejsze. Bo generalnie to mogę ZASUGEROWAĆ jej, że przeczytam coś naukowego, a ona nie wie, że nigdy was tym nie zanudzam, więc może się uda i zniknie gdzieś w kierunku wrzosów... albo domu. – Wzruszyłem ramionami i zaciągnąłem się papierosem. Z rozkoszą. Z błogością. Bo mogłem. I nikt mi nie przerwał. Nikt nie miał władzy nad papierosami. Byłem w bezpiecznej strefie.
– Ale wiesz co? Cieszy mnie, że masz trawę i grzybki. Jeśli coś zostanie, rezerwuję resztę dla tej sterty papieru od ojca. Bo przy takim materiale, takim wydarzeniu i takim nastroju… ja nie wiem, czy nie będę musiał pisać tego na kolanie, w trybie akademickim. Jak zwykle. – Roześmiałem się i wysunąłem się spod kołdry, jak wąż ze skóry albo nawet motyl z kokonu, żeby mieć pełen ogląd na Ambroise’a. I wtedy posłałem mu TO spojrzenie. Spojrzenie oceniające. Wgryzające się. Lustrująco-przebijające duszę i umysł Ambroise'a.
– Czyli co? W końcu ruszasz dupsko?! Tak ostatecznie? Będzie oficjalnie? – zapytałem z naciskiem, przypominając sobie tamten raz. Kiedy to Greengrass, jak ostatni amator z melodramatu, nagle się wycofał. Zwiał. Zniknął. NO DEBIL. Miałem wtedy ochotę strzelić go miotłą w łeb. Na szczęście nie miałem miotły pod ręką. Tym razem zamierzałem być gotów. – Bo po tym ostatnim występie to się zastanawiam, czy was nie ZAMKNĄĆ w schowku na miotły. Na przykład do czasu, aż Ger nie złoży Przysięgi Wieczystej, że MA pierścionek od ciebie na palcu. Idioto.
Uniosłem brew. Wcale nie żartowałem. Miałem skrzata na usługach. Mogłem zorganizować romantiko klimacik w tym schowku – światełka, serduszka, zapachowe świece, muzyczka z pozytywki, może nawet te migoczące motylki, co się kiedyś kupiło w Dolinie Godryka. Może nawet z brokatem. Zestaw Zaręczyny w szafie.
– To nie taki zły pomysł. To jest wręcz pomysł GENIALNY – oświadczyłem z miną wynalazcy, który właśnie stworzył eliksir nieśmiertelności. Strzepnąłem popiół do pozłacanej popielniczki i zaciągnąłem się głęboko, jakby to miało pomóc mi utrzymać trzeźwość w tym natłoku myśli.
Benjy był furiatem – w razie potrzeby by sięgnął po topór. Skrzaty były uparte – wykonałyby każdy rozkaz co do literki. Elias… Elias też dałby się przekupić w imię wyższego dobra. A Cornelius? On zrobiłby im playlistę na zaręczyny i dobrał oświetlenie. Ciocia Ula byłaby wniebowzięta, że nam się impreza kroi. Od lat czekała na mój ożenek. Jedno moje słowo i cała akcja byłaby gotowa. Prawdziwe Mission: Engagement. Zamknięci. Zmuszeni do działania. Na zawsze razem. Jak w bajce. Tylko z pierścionkiem i miotłami.
Spojrzałem powątpiewająco na Ambroise’a, bo przecież niemożliwym było, by aż tak się zmienił pod wpływem… piersi Geraldine. No nie. Nie mógł. Albo mógł? Historia zna przypadki, kiedy kobieta zmieniała faceta w jego gorszą wersję. Gorszą z punktu widzenia przyjaciół, oczywiście. Dla samego zainteresowanego to bywało nawet przyjemne. Na szczęście Ambroise żartował. Jeszcze miał jaja. Jeszcze był w nim ten niepoprawny łobuz z zamglonym spojrzeniem i złośliwym półuśmieszkiem. Zachował nie tylko swoją męską wulgarność, ale i poczucie humoru, więc mu wybaczałem. Szczególnie że dzięki niemu przypomniałem sobie o paprociach na czerwiec. Cudownie. Kompletnie wyleciały mi z głowy, podobnie jak moje świeżutkie, pachnące żywicą traumy z lasu. A teraz w mojej głowie były tylko piersi Geraldine i zgrabne kostki Cassandry. No cóż. Życie.
– Jaja sobie robię, ale serio, możemy wykurzyć Geraldine sprzed ogniska, mówiąc, że odczytam swoją pracę naukową o traumach od ognia… – zaproponowałem z kamienną twarzą. – Ojciec z wydawnictwem motywują mnie do tego bym napisał drobną publikację do końca miesiąca, ale ja napiszę i to, i rozszerzoną wersję w postaci książki, bo mi sugerują, że wydadzą poematy jakiegoś zapleśniałego wampira, wyobrażasz sobie?!
Pokręciłem w niedowierzaniu głową, ale machnąłem na to papierosem. Były ważniejsze tematy. Chociażby WYDARZENIE TYGODNIA, a może nawet WYDARZENIE SEZONU!!!
– Ale nie to teraz najważniejsze. Bo generalnie to mogę ZASUGEROWAĆ jej, że przeczytam coś naukowego, a ona nie wie, że nigdy was tym nie zanudzam, więc może się uda i zniknie gdzieś w kierunku wrzosów... albo domu. – Wzruszyłem ramionami i zaciągnąłem się papierosem. Z rozkoszą. Z błogością. Bo mogłem. I nikt mi nie przerwał. Nikt nie miał władzy nad papierosami. Byłem w bezpiecznej strefie.
– Ale wiesz co? Cieszy mnie, że masz trawę i grzybki. Jeśli coś zostanie, rezerwuję resztę dla tej sterty papieru od ojca. Bo przy takim materiale, takim wydarzeniu i takim nastroju… ja nie wiem, czy nie będę musiał pisać tego na kolanie, w trybie akademickim. Jak zwykle. – Roześmiałem się i wysunąłem się spod kołdry, jak wąż ze skóry albo nawet motyl z kokonu, żeby mieć pełen ogląd na Ambroise’a. I wtedy posłałem mu TO spojrzenie. Spojrzenie oceniające. Wgryzające się. Lustrująco-przebijające duszę i umysł Ambroise'a.
– Czyli co? W końcu ruszasz dupsko?! Tak ostatecznie? Będzie oficjalnie? – zapytałem z naciskiem, przypominając sobie tamten raz. Kiedy to Greengrass, jak ostatni amator z melodramatu, nagle się wycofał. Zwiał. Zniknął. NO DEBIL. Miałem wtedy ochotę strzelić go miotłą w łeb. Na szczęście nie miałem miotły pod ręką. Tym razem zamierzałem być gotów. – Bo po tym ostatnim występie to się zastanawiam, czy was nie ZAMKNĄĆ w schowku na miotły. Na przykład do czasu, aż Ger nie złoży Przysięgi Wieczystej, że MA pierścionek od ciebie na palcu. Idioto.
Uniosłem brew. Wcale nie żartowałem. Miałem skrzata na usługach. Mogłem zorganizować romantiko klimacik w tym schowku – światełka, serduszka, zapachowe świece, muzyczka z pozytywki, może nawet te migoczące motylki, co się kiedyś kupiło w Dolinie Godryka. Może nawet z brokatem. Zestaw Zaręczyny w szafie.
– To nie taki zły pomysł. To jest wręcz pomysł GENIALNY – oświadczyłem z miną wynalazcy, który właśnie stworzył eliksir nieśmiertelności. Strzepnąłem popiół do pozłacanej popielniczki i zaciągnąłem się głęboko, jakby to miało pomóc mi utrzymać trzeźwość w tym natłoku myśli.
Benjy był furiatem – w razie potrzeby by sięgnął po topór. Skrzaty były uparte – wykonałyby każdy rozkaz co do literki. Elias… Elias też dałby się przekupić w imię wyższego dobra. A Cornelius? On zrobiłby im playlistę na zaręczyny i dobrał oświetlenie. Ciocia Ula byłaby wniebowzięta, że nam się impreza kroi. Od lat czekała na mój ożenek. Jedno moje słowo i cała akcja byłaby gotowa. Prawdziwe Mission: Engagement. Zamknięci. Zmuszeni do działania. Na zawsze razem. Jak w bajce. Tylko z pierścionkiem i miotłami.