03.06.2025, 13:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.06.2025, 13:49 przez Anthony Shafiq.)
Anthony'ego pożerał ból, którego nie dało się dotknąć, nie sposób było go opatrzyć ani ukoić zaklęciem. Nie był tego do końca tego, odwracając w swojej codzienności twarz od cierpienia, choć przecież współistnieli razem, spleceni jak korzenie drzew rosnących w spopielonych ruinach teraźniejszości. To nie był ból krzyku ani łez, ale cichy, rozchodzący się pod żebrami ucisk, niczym popiół po pożarze. Niewidoczny dla oka, a jednak obecny w każdej myśli, w impulsywnie podejmowanych decyzjach, w zbyt długim spojrzeniu, w niedowierzaniu, że jego dłużnicy postanawiają iść za nim mimo wszystko. Jego ciało nie nosiło śladów ran, poza tą wylanym kubłem magicznej farby i kilkoma stłuczeniami, a jednak każdy ruch sprawiał wrażenie, jakby trwał w zasłonie dymu i ciasnych zależności, którą widział tylko on.
Czasami udawało mu się wierzyć, że ćma, która wlatuje w ogień, jest w stanie go zgasić.
Czasami.
– One nigdy nie były ze sobą połączone. Cierpienie jest kwintesencją życia, nie zwycięstwa. A i tak, ku szlachetności prowadzi to cierpienie, któremu nadajemy sens. Tak aby mogło się stać zwykłym odczuwaniem bólu.– Odpowiedział, powstrzymując język by nie wypowiedział tego w łacińskich myślach spisanych przed laty we własnym zaczarowanym pamiętniku. Czy wiedział skąd czuje to co czuje? Czy w ogóle miał to tego prawo? Ktoś zapewne sprawnie by mógł wypunktować mu brak opanowania i nadwrażliwość, która w końcu wyjrzała na światło londyńskiej pożogi. Nie był Morpheusem, jego brat owszem umarł, ale nie w trwającej od dwóch lat wojnie. Nie nosił brzemienia profetyzmu, jego miłość nie trwała bolesnych dwudziestu lat milczenia, a kwitła niedawno - w perspektywie Somni - zawiązanego romansu.
A jednak cierpiał stanem, którego nie umiał nazwać, zidentyfikować, zracjonalizować. Bo jego miasto płonęło. Bo on też otoczony był wieloma osobami, których los był niepewny teraz. Bo czuł w swej potrzebie kontroli i absurdalnego poczucia odpowiedzialności za bieżący bieg polityki koszmarną odpowiedzialność za obecną sytuację.
Krew na rękach
Rzucił okiem na poczernioną skórę, mankiety, poczuł zasychającą na twarzy śmierdzącą maź. Był winny. Choć nie piastował urzędu sędziego Wizengamotu wydał już wyrok, choć cały czas czekał na wymiar kary. Za karę jednak ktoś mógłby uznać to co działo się obecnie. Delikatnie przygryzł wargę w nerwowym geście i od razu go pożałował. Chemiczno-magiczny posmak pozostał na podniebieniu, pomimo wszędobylskiego dymu. Powstrzymał jednak odruch wymiotny, zatrzymując się ledwie na moment, by zmusić ciało do posłuszeństwa. Musiał się wziąć w garść,
– Och tak – odpowiedział tylko w odpowiedzi na oba fakty. Erik... Nora... Jonathan... zabezpieczanie ważnej rzeczy. Tak. Clemens. Quintessa? Przełknął ślinę. Wykluczenie było paskudną zmorą i wiedział o tym błędzie poznawczym, który teraz szarpał jego trzewiami. Nader dziecinnym, żeby nie powiedzieć infantylnym. Wykluczony z grona. Nie dość dobry. Operujący zbyt małymi możliwościami. Za słaby. Wątły. Porcelanowy.
A przecież to ceramiczne wiertła były jednymi z najwytrzymalszych na świecie.
Rozproszył się w zadaniu, rozproszył się w przytłaczającym odczuciu alienacji.
Niepotrzebny.
Może rzeczywiście powinien wrócić do Ministerstwa? W końcu już przeżył swoją wielką przygodę, wyszedł i szlamowata zgraja wyładowała na nim swój gniew na zastaną w Londynie sytuację. Oczywiście, był pewien że tego nie zrobi chociażby z powodu Morpheusa. Łypnął na niego okiem, oceniając na ile skorupa będąca jego przyjacielem była tego dnia bardziej żywa czy martwa. Podobnie jenak jak w lecie, gdy ścierali się z magicznymi roślinami, miał wrażenie, że wyzwanie hartuje go, a brawura krewi Longbottomów czasem z nawiązką przykrywa geniusz Slughornów.
Jaką krew miał on?
Gryzipiórka i hieny cmentarnej.
Prawda była taka, że gdyby nie Morpheus nie byłoby go tutaj. Gdyby nie jego przyjaciele, upierający się że pozostaną w Londynie, dawno przeprowadziłby się do Hiszpanii.
Chciał coś powiedzieć, rozładować napięcie, ale głos uwiązł mu w gardle. Pisał więc. Notował, choć z pewnością dostrzegał mniej niż Longbottom, który się w tym specjalizował. Więcej energii mimo wszystko poświęcał pilnowania ich pleców. Może nawet celowo nie trzymał różdżki by wydawać się bardziej bezbronnym. By móc zareagować, gdy ktoś spisze go na straty tak, jak zrobili to jego bliscy. Tak jak zrobił to Jonathan.
– Nie jestem pewien czy nie powinniśmy iść w drugą stronę, tak żeby zobaczyć czy Quintessa jest w mieście, czy utknęła w dolinie. Widziałem Blethleya wcześniej, tyle dobrego że czarna zasłona nie uniemożliwia teleportacji. Ale kominki... te zostały zablokowane. – Zmuszał się, by skupić się na zadaniu. By obmyślać kolejne kroki, a nie patrzeć smutno w dal... za siebie. Zmuszał się by nadać swojemu cierpieniu sens. Wtedy byłoby tylko zwykłym odczuwaniem bólu.
Czasami udawało mu się wierzyć, że ćma, która wlatuje w ogień, jest w stanie go zgasić.
Czasami.
– One nigdy nie były ze sobą połączone. Cierpienie jest kwintesencją życia, nie zwycięstwa. A i tak, ku szlachetności prowadzi to cierpienie, któremu nadajemy sens. Tak aby mogło się stać zwykłym odczuwaniem bólu.– Odpowiedział, powstrzymując język by nie wypowiedział tego w łacińskich myślach spisanych przed laty we własnym zaczarowanym pamiętniku. Czy wiedział skąd czuje to co czuje? Czy w ogóle miał to tego prawo? Ktoś zapewne sprawnie by mógł wypunktować mu brak opanowania i nadwrażliwość, która w końcu wyjrzała na światło londyńskiej pożogi. Nie był Morpheusem, jego brat owszem umarł, ale nie w trwającej od dwóch lat wojnie. Nie nosił brzemienia profetyzmu, jego miłość nie trwała bolesnych dwudziestu lat milczenia, a kwitła niedawno - w perspektywie Somni - zawiązanego romansu.
A jednak cierpiał stanem, którego nie umiał nazwać, zidentyfikować, zracjonalizować. Bo jego miasto płonęło. Bo on też otoczony był wieloma osobami, których los był niepewny teraz. Bo czuł w swej potrzebie kontroli i absurdalnego poczucia odpowiedzialności za bieżący bieg polityki koszmarną odpowiedzialność za obecną sytuację.
Krew na rękach
Rzucił okiem na poczernioną skórę, mankiety, poczuł zasychającą na twarzy śmierdzącą maź. Był winny. Choć nie piastował urzędu sędziego Wizengamotu wydał już wyrok, choć cały czas czekał na wymiar kary. Za karę jednak ktoś mógłby uznać to co działo się obecnie. Delikatnie przygryzł wargę w nerwowym geście i od razu go pożałował. Chemiczno-magiczny posmak pozostał na podniebieniu, pomimo wszędobylskiego dymu. Powstrzymał jednak odruch wymiotny, zatrzymując się ledwie na moment, by zmusić ciało do posłuszeństwa. Musiał się wziąć w garść,
– Och tak – odpowiedział tylko w odpowiedzi na oba fakty. Erik... Nora... Jonathan... zabezpieczanie ważnej rzeczy. Tak. Clemens. Quintessa? Przełknął ślinę. Wykluczenie było paskudną zmorą i wiedział o tym błędzie poznawczym, który teraz szarpał jego trzewiami. Nader dziecinnym, żeby nie powiedzieć infantylnym. Wykluczony z grona. Nie dość dobry. Operujący zbyt małymi możliwościami. Za słaby. Wątły. Porcelanowy.
A przecież to ceramiczne wiertła były jednymi z najwytrzymalszych na świecie.
Rozproszył się w zadaniu, rozproszył się w przytłaczającym odczuciu alienacji.
Niepotrzebny.
Może rzeczywiście powinien wrócić do Ministerstwa? W końcu już przeżył swoją wielką przygodę, wyszedł i szlamowata zgraja wyładowała na nim swój gniew na zastaną w Londynie sytuację. Oczywiście, był pewien że tego nie zrobi chociażby z powodu Morpheusa. Łypnął na niego okiem, oceniając na ile skorupa będąca jego przyjacielem była tego dnia bardziej żywa czy martwa. Podobnie jenak jak w lecie, gdy ścierali się z magicznymi roślinami, miał wrażenie, że wyzwanie hartuje go, a brawura krewi Longbottomów czasem z nawiązką przykrywa geniusz Slughornów.
Jaką krew miał on?
Gryzipiórka i hieny cmentarnej.
Prawda była taka, że gdyby nie Morpheus nie byłoby go tutaj. Gdyby nie jego przyjaciele, upierający się że pozostaną w Londynie, dawno przeprowadziłby się do Hiszpanii.
Chciał coś powiedzieć, rozładować napięcie, ale głos uwiązł mu w gardle. Pisał więc. Notował, choć z pewnością dostrzegał mniej niż Longbottom, który się w tym specjalizował. Więcej energii mimo wszystko poświęcał pilnowania ich pleców. Może nawet celowo nie trzymał różdżki by wydawać się bardziej bezbronnym. By móc zareagować, gdy ktoś spisze go na straty tak, jak zrobili to jego bliscy. Tak jak zrobił to Jonathan.
– Nie jestem pewien czy nie powinniśmy iść w drugą stronę, tak żeby zobaczyć czy Quintessa jest w mieście, czy utknęła w dolinie. Widziałem Blethleya wcześniej, tyle dobrego że czarna zasłona nie uniemożliwia teleportacji. Ale kominki... te zostały zablokowane. – Zmuszał się, by skupić się na zadaniu. By obmyślać kolejne kroki, a nie patrzeć smutno w dal... za siebie. Zmuszał się by nadać swojemu cierpieniu sens. Wtedy byłoby tylko zwykłym odczuwaniem bólu.