03.06.2025, 17:36 ✶
Było zdecydowanie coś cynicznego w fotografowaniu ludzi bohatersko gaszących pożar. Gdyby to jeszcze było spontaniczne, dałoby się to z łatwością uzasadnić. Tyle, że Henry'emu obiecano pieniądze. Tak, jakby wszystko było zaplanowane, pod publiczkę. Może ta propaganda miała służyć ostatecznie dobrym celom, kto wie. Tyle, że nie zmieniało to faktu, że altruistyczny akt pomocy zamieniał się w coś performatywnego, niemal sztucznego. A Lockhart, zdając sobie z tego doskonale sprawę, godził się na to. Najzwyczajniej w świecie. Oszukiwałby samego siebie, gdyby uznawał Proroka Codziennego za gazetę neutralną i obiektywną. Czy miało więc znaczenie, dla kogo te zdjęcia robił, skoro nie byli to śmierciożercy ani żadni inni wyznawcy idei czystokrwistej supremacji?
Ubieganie się o względy Henry'ego przez tych dwóch podstarzałych czystków, kłócących się jak stare dobre małżeństwo, stanowiło farsę, którą chłopak obserwował jakby z dystansu. Mógłby zniknąć, a ci i tak by się o coś kłócili. Ciekawe, czy po takich awanturach Selwyn i Shafiq powracali do siebie? Z pewnością dało się wyczuć między nimi napięcie. Żaden był z Henry'ego aurowidz, ale każdy z choć odrobiną rozumu, potrafił zauważyć, że było między nimi coś. Niezidentyfikowanego, dziwnego, skandalizującego. Przyjaźń stojąca gdzieś na skraju zerwania i czegoś więcej.
Żadna praca nie hańbi. Nawet fotografowanie gaszących pożar szych z Ministerstwa, dla których Henry bez aparatu byłby absolutnie nikim. Może wyjątek stanowił Jonathan Selwyn, ale tylko dlatego, że chłopak znał Hannibala i wiedział, że co po niektóre czystokrwiste rody nie były tak złe, jak inne. Longbottoma dobrze nie kojarzył, choć wiedział, że jego ród również był całkiem postępowy. Inaczej było z Shafiqiem. Coś w jego manieryzmach i sposobie mówienia przypominało Henry'emu, że istnieli ludzie, którzy żyli w warunkach takiego zbytku, o jakim mu się nie śniło. Arystokraci tego świata, którym rzeczywistość przypominała o sobie dopiero, gdy płomienie trawiły miasto. Te wszystkie propozycje prestiżowych wernisaży, niestworzonych cudów, były dla Lockharta kompletnie nietrafione. Nie chciał osiągnąć sukcesu przez patronat jakiegoś bogatego typa. Mimo wszystko, marzył o tym, by kiedyś móc nazywać się niezależnym dziennikarzem.
Kasa więc absolutnie wystarczyła. Henry już tej nocy był tak zmęczony, że mógł tak naprawdę zgodzić się na każdy tego typu deal, byle potem móc wrócić do domu i odpocząć. Pieniądze zaś zawsze były mile widziane, szczególnie w obliczu ryzyka tego, że jego mieszkanie strawił ogień. Nawet nie miał czasu tego sprawdzić. Przeklęty Prorok...
Dlatego, kiedy Selwyn rzucił się na pomoc, już bez większych emocji (ileż on dziś płonących domów widział?) zaczął robić zdjęcia. Zupełnie, jakby był to jakiś ślub czy sesja zdjęciowa do gazety. Dobrał kąt, wykadrował dobrze obraz i nawet udało mu się złapać całkiem niezłą ostrość. Cóż za apatia... To właśnie ta noc robiła z człowiekiem.
Ubieganie się o względy Henry'ego przez tych dwóch podstarzałych czystków, kłócących się jak stare dobre małżeństwo, stanowiło farsę, którą chłopak obserwował jakby z dystansu. Mógłby zniknąć, a ci i tak by się o coś kłócili. Ciekawe, czy po takich awanturach Selwyn i Shafiq powracali do siebie? Z pewnością dało się wyczuć między nimi napięcie. Żaden był z Henry'ego aurowidz, ale każdy z choć odrobiną rozumu, potrafił zauważyć, że było między nimi coś. Niezidentyfikowanego, dziwnego, skandalizującego. Przyjaźń stojąca gdzieś na skraju zerwania i czegoś więcej.
Żadna praca nie hańbi. Nawet fotografowanie gaszących pożar szych z Ministerstwa, dla których Henry bez aparatu byłby absolutnie nikim. Może wyjątek stanowił Jonathan Selwyn, ale tylko dlatego, że chłopak znał Hannibala i wiedział, że co po niektóre czystokrwiste rody nie były tak złe, jak inne. Longbottoma dobrze nie kojarzył, choć wiedział, że jego ród również był całkiem postępowy. Inaczej było z Shafiqiem. Coś w jego manieryzmach i sposobie mówienia przypominało Henry'emu, że istnieli ludzie, którzy żyli w warunkach takiego zbytku, o jakim mu się nie śniło. Arystokraci tego świata, którym rzeczywistość przypominała o sobie dopiero, gdy płomienie trawiły miasto. Te wszystkie propozycje prestiżowych wernisaży, niestworzonych cudów, były dla Lockharta kompletnie nietrafione. Nie chciał osiągnąć sukcesu przez patronat jakiegoś bogatego typa. Mimo wszystko, marzył o tym, by kiedyś móc nazywać się niezależnym dziennikarzem.
Kasa więc absolutnie wystarczyła. Henry już tej nocy był tak zmęczony, że mógł tak naprawdę zgodzić się na każdy tego typu deal, byle potem móc wrócić do domu i odpocząć. Pieniądze zaś zawsze były mile widziane, szczególnie w obliczu ryzyka tego, że jego mieszkanie strawił ogień. Nawet nie miał czasu tego sprawdzić. Przeklęty Prorok...
Dlatego, kiedy Selwyn rzucił się na pomoc, już bez większych emocji (ileż on dziś płonących domów widział?) zaczął robić zdjęcia. Zupełnie, jakby był to jakiś ślub czy sesja zdjęciowa do gazety. Dobrał kąt, wykadrował dobrze obraz i nawet udało mu się złapać całkiem niezłą ostrość. Cóż za apatia... To właśnie ta noc robiła z człowiekiem.