Wsłuchiwał się w melodię słów, katalogując osobno sposób, w jaki tembr głosu Vasilija dojrzał, jak akustyka roznosiła słowa w przestrzeni kolejnych pomieszczeń, jak układała się mimika i emocje towarzyszące jasnowidzowi w tym monologu, przebijające przez maskę kalkulacji jak parzące promienie słońca. W osobnej kategorii informacji zapisane zostały same słowa, mówiące o takiej wspaniałej wizji, pełnej jasności i przynależności. Czuł się tak daleko od wszystkich i wszystkiego na tym świecie, że wieszcz poruszył w nim jakąś nutę. Pragnął, jak każdy, poczucia przynależności i już dawno pogodził się, że nigdy tak naprawdę nie będzie jej mieć dłużej niż przez chwilę w bardzo rzadkich okazjach. W domu Longbottomów nikt mu dostatecznie nie ufał, dziwakowi z podziemi Departamentu Tajemnic, Anthony i Jonathan kręcili swoje sprawy w OMSHM-ie, dla Zakonu Feniksa był zbyt skupiony ministerstwie, a w samym Departamencie Tajemnic każdy był zdany tylko na siebie. Łamało go to, ale już przyzwyczaił się do ciemności.
Z dala od polityki? Cyniczna strona Morpheusa, ta, która spędziła lata w Departamencie Praw Czarodziejów, gdy Dolohov układał swoje pierwsze plany, u boku sędzia Wizengamotu, miała ochotę wyszczerzyć się w wilczym uśmiechu. Vasilij mógł być niebotycznie bogaty, tak jak duża część ewentualnych sponsorów, ale jest granicą, która postawi każdy, a w dobie tak intensywnej potyczki poglądów na salonach, nie dało się być apolitycznym.
— W momencie ogłoszenia zasad rekrutacji i kadry, określisz swoje polityczne stanowisko. Nie muszę ci tego mówić, ale jesteś wpływowym czarodziejem, twoje decyzje mają znaczenie — oznajmił mu cicho Morpheus. — A nadzieja to niebezpieczna rzecz.
Nie chciał, aby cokolwiek stało się Vasilijowi. Chciał, aby zrobił swój instytut, paradował z jego herbem i mościł swoje miejsce na międzynarodowej arenie profesorskiej. Nawet jeżeli głównym odczuciem, jakie miał obecnie Longbottom, był głód. Nie fizyczny, ale mentalny. Wykwalifikowana kadra. Granty. Zapytaj mnie, zapytaj mnie, dam ci wszystko. Zapytaj mnie, zapytaj. Dusił to uczucie w sobie, drżący palec zatrzymywał się i ponownie drgał. Z niektórych rzeczy się nie wyrastało.
Im dłużej patrzył na ogień świecy, tym bardziej upewniał się w tym, że Vasilij po prostu przedstawi mu najwspanialszą rzecz świata, a następnie zamknie mu ją przed nosem, zanosząc się swoim pięknym, słonecznym śmiechem. Poczucie niepewności i niestałego gruntu destabilizowało Morpheusa. Znów zapomniał mrugać, zrobił to mechanicznie, gdy rogówka zaczęła go piec.
Usiadł.
Popatrzył na jedzenie. Bardzo znajome jedzenie. Komfortowe, spełniające specyficzne wymagania żywieniowe ich obojga. Serce podeszło mu do gardła. Może to w końcu ostateczne pożegnanie, piękna trucizna... Zaczynał mieć paranoję większą, niż to przewiduje jego umowa w Departamencie Tajemnic, napędzaną nie tylko jego obsesją, ale również obawami Brenny, rozmową z Dumbledorem. Nie, Vasilij by tego nie zrobił. Z drugiej strony, mógł przecież wszystko zmyślić. Piękna pułapka czarnej wdowy.
Nagle sięgnął przez stół, zupełnie niespodziewanie. Jego ręka skróciła dystans między nimi, po to aby dwa palce zacisnęły się na knocie, gasząc płomyk świecy z pełną premedytacją. Wtedy dopiero zdjął rękawiczki, odłożył je do jednej z wielu kieszeni swojej szaty. I popatrzył na Vasilija trzecim okiem.
Dawno temu, gdy dopiero dorastali, łatwo było zauważyć, kiedy Morpheus używał swojego daru. Jego wzrok stawał się nieobecny, prawie mleczny, zamrażał się w bezruchu. Lata mijały, dziwna obcość znikała z ciała, pozostawiając po sobie jedynie to nieobecne spojrzenie. Jednak jakiś czas temu, bardzo niedawno, może dwa tygodnie, Morpheus zauważył po raz pierwszy, że tego nie ma. Wzrok pozostał klarowny, normalny.
Wykaz intencji (III): na Vakela, co on knuje
Sukces!