• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Klinika magicznych chorób i urazów v
1 2 Dalej »
[09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio

[09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#14
03.06.2025, 23:19  ✶  
- Bez przesady, Roman. Co jak co, ale numerologię traktuję niezmiernie poważnie - rzucił, starając się ignorować głębszy sens, jakiego bez wątpienia zaczęły nabierać te wszystkie wyliczenia.
Nie mogli panikować. Wystarczyło, że sytuacja i tak była dostatecznie fatalna. Dlatego Ambroise naprawdę usiłował zatrzymać karuzelę, na której rozpędził się Potter, nie chciał zajmować na niej dedykowanego mu siedziska. O ile jeszcze jakieś miał, po tym, co przyjaciel mu insynuował.
Że niby brukał znaczenie tak poważnych kwestii? Że niby ich nie szanował?
Nie miał zielonego pojęcia, skąd biorą się romulusowe insynuacje, jakoby nie brał sprawy na serio. Przecież numerologia była istotna. Niezmiennie ważna i znacząca. Pełniła niezaprzeczalną rolę w życiu każdego czarodzieja. Niezależnie od tego, czy ten miał dostatecznie otwarty umysł, by w nią wierzyć, czy też był zupełnym ignorantem o umyśle (ha tfu) konia bezrefleksyjnie patatającego przez padół życia.
Oczywiście, że Ambroise nie żartował sobie z tego wszystkiego. Nie bez powodu tak instynktownie i odruchowo zaczął karmić uszy Romka czymś na kształt numerologicznej mowy motywacyjnej.
Jakżeby mógł jednocześnie wypowiadać to tym tonem i sobie żartować. To były wstrętne pomówienia. Wyjątkowo paskudne zarzuty kogoś, kogo miał za swojego najlepszego przyjaciela, a kto najwyraźniej tego wieczoru przechodził jakąś niepokojącą transformację. Oby nie trwałą, bowiem to wydanie Pottera nie wydawało mu się tak właściwe jak zwyczajowa postawa przyjaciela.
Ten Romulus zachowywał się tak, jakby...
...jakby coś go opętało. A była trzecia. Trzecia trzydzieści trzy. Dziewiątego września. Tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku. Jedna dziewiątka. Jeden i dwa, czyli trzy. Ta siódemka mogła być tam dla niepoznaki. A może jednak nie? Może była tam właśnie zupełnie celowo? Dla Pottera, który jak sam ochoczo wspomniał, był numerologiczną ósemką? Osiem i siedem to było piętnaście. Jeden i pięć dawało sześć. Sześć było kolejną wielokrotnością trójki. Trójka była zła.
Zawsze była zła.
Choćby trójpodział władzy, który w ostatnich miesiącach już całkowicie się nie sprawdzał, bo tak po fakcie nigdy nie miał tego robić. Taki był plan, czyż nie? Dawać złudzenia a potem nagle wszystko rujnować. Doskonały plan, dzięki któremu Ministerstwo znajdowało się na skraju upadku.
To samo zdawało się również tyczyć Munga (w którym też były trzy grupy: dyrekcja, pacjenci i pracownicy) szczególnie dzisiaj, gdy raz po raz wychodziły na wierzch kolejne dowody na to, jak bardzo szpital był nieprzygotowany na okoliczność masowej tragedii. Nie dlatego, że nikt nie był w stanie tego przewidzieć, tylko przez to, że...
...ósmy września tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku. Osiem. Dziewięć. Jeden. Siedem. Dwa. Dziewięć i jeden. Osiem i dwa. Dwie dziesiątki i siódemka. Dwadzieścia siedem. Był środek nocy, gdy wszystko eskalowało. Nocy na dziewiątego. Dwadzieścia siedem na dziewięć dawało trzy...
...trójka. Trójka faktycznie zwiastowała nieszczęścia.
Rzecz jasna, raczej każdemu dosyć trudno byłoby założyć, że kiedykolwiek wydarzy się coś chociażby trochę przypominające wydarzenia, jakie faktycznie miały miejsce tej nocy. Skala pożarów ogarniających Londyn była olbrzymia, przytłaczająca w swojej intensywności. Jednakże fakty mówiły same za siebie. Szpital nie przeszedł próby czasu, wszystko zaczęło walić się po zaledwie kilku godzinach. Z pewnością trzech... ...tak, to już była reguła.
W tym momencie nie było tu już nawet cienia spokoju. Wszystko ogarnął chaos. Procedury dawno przestały obowiązywać. Nie było mowy o poprawnym przeprowadzaniu działań związanych z triażem. Każda ocena była dokonywana na podstawie zaledwie wyrywka informacji, bo przez brak rąk do pracy, na jednego pacjenta mieli żałośnie mało czasu.
A teraz jeszcze dodatkowo go tracili, bo trzecia (zła godzina) robiła z Romulusa to, co pełnia z wilkołakami. Zmieniała go. Prawie wył do szpitalnych lamp, świadomie rezygnując z roli lidera, czego zwykły Roman nie odrzuciłby tak lekką ręką. Przecież Roise go znał. Coś go ewidentnie opętało.
- No, kto by pomyślał, że tak łatwo pogardzisz rolą, która jest ci wręcz przyrodzona - wydobył z siebie najcięższe możliwe westchnienie, jednocześnie kątem oka obserwując reakcję przyjaciela.
Tak, testował go. Oczywiście, że go testował. Sprawdzał, jak bardzo to coś (panika? trauma? paranoja?) opętało mu kumpla.
- I to na rzecz Corneliusa - dodał tym samym tonem, wkładając w te słowa wyjątkowo dużo pozornej ignorancji, żeby być w stanie wywołać wewnętrzny sprzeciw w głębi duszy Romulusa.
A przynajmniej taką miał nadzieję. Chciał sprawić, że w przyjacielu wybuchnie inicjatywa silniejsza od płomieni szalejących tej nocy w Londynie. Jak dotychczas, Potter (rzecz jasna) miał w sobie żar, jednak bił nim nie w tym kierunku. Emanował nim pod postacią słowa. Oni zaś potrzebowali działać, nie gadać, działać. Szczególnie, gdy na horyzoncie pojawiła się jeszcze jedna szansa.
Ta, która wreszcie pchnęła Pottera do drogi. Kumpel Ambroisa zaczął torować sobie drogę w kierunku ich trzeciego towarzysza. Greengrass kiwnął głową, zamierzając ruszyć tuż za dupą Romulusa, korzystając z niego niczym z żywego tarana, kiedy...
...teraz to on poczuł szarpnięcie za brzeg rękawa, przenosząc wzrok w kierunku kogoś, kto postanowił go spacyfikować. Od razu tego pożałował. Niestety, jego niedawny cień (człowiek bliżej nieokreślonego wieku, z rozczochranymi włosami, zadziwiająco czystym ubraniem i przesadnie rozdygotanym głosem) najwyraźniej był odporny na jakiekolwiek formy autorytetu i właśnie wrócił z limbo, do którego Roise posłał go niespełna dziesięć minut przed natknięciem się na Romulusa.
- Panie uzdrowicielu, panie uzdrowicielu, bo ja - paplał wtedy mężczyzna, niczym zacięta katarynka.
Chodził za nim praktycznie krok w krok (tak jak bez wątpienia zaczynał to robić w tej chwili) usiłując nakłonić Greengrassa do przyjęcia go w trybie ekspresowym i na dowód odśrodkowych poparzeń drugiego stopnia prezentując swoje ramię, które było nie tylko nietknięte, ale wręcz zdumiewająco dobrze nawilżone jak na kogoś, kto rzekomo ledwo wydostał się z płonącego domu.
Teraz też wyglądał tak, jakby miał zamiar kontynuować. Wystarczył zaledwie jeden gest: wyciągnięcie zaróżowionej ręki w kierunku Ambroisa, żeby ten wiedział, do czego zmierzają.
- Pański nadgarstek jest czerwony, bo drapie go pan bez przerwy od dziesięciu minut. Nie od oparzenia. I nie, pańskie płuca się nie gotują - powiedział sucho, naprawdę starając się brzmieć tak, jakby w dalszym ciągu miał jeszcze cierpliwość do tego człowieka.
A nie miał. Naprawdę nie miał. Musiał pozbyć się tego typa. Raz a dobrze.
- Proszę usiąść - stwierdził wreszcie. - Na siedząco będzie łatwiej sprawdzić, czy pańskie tkanki nadal są elastyczne i czy rzeczywiście pan się nie ugotował - to była głupota, czysta głupota.
Ale działała.
Z miną człowieka, który właśnie nareszcie został potraktowany poważnie, mężczyzna zajął miejsce na krzesełku, które właśnie zwolniło się tuż obok miejsca, gdzie stał Ambroise. Moment później ponownie wbił wzrok w Greengrassa, praktycznie od razu rozchylając wargi. Nie trzeba było być jasnowidzem, żeby wiedzieć, że zaledwie pół sekundy, może mniej dzieliło go od kolejnego proszę pana, bo ja.
Usiłując powstrzymać się przed wzięciem głębokiego wdechu i jeszcze cięższym westchnieniem, Roise pochylił się niezaprzeczalnym okazem zdrowia biednym poszkodowanym bohaterem (on prawie zginął, bo ratował gołębie sąsiadki!), mrużąc przy tym oczy i kiwając głową. Spojrzał mężczyźnie prosto w oczy, mając nadzieję, że wygląda tak, jakby miał zaraz przeprowadzić bardzo skrupulatne badanie. No, przynajmniej na tyle, na ile pozwalała sytuacja i brak dostępu do jakiegokolwiek osprzętu medycznego. Czysta improwizacja. Fachowa procedura wizualnej kontroli stanu zdrowia.
Abstrahując od tego, że tak czy inaczej nie wcisnąłby w kolejkę akurat tego człowieka, bo doskonale wiedział, że nic mu nie jest. To była jedynie hipochondria, paranoja i potrzeba znalezienia się w samym centrum uwagi. Nie faktyczna konieczność pomocy uzdrowiciela.
Zamiast podjęcia próby wyjaśnienia tego temu człowiekowi (nie był Romulusem, nie spełniał się jako magipsychiatra) postanowił jednak przeznaczyć te cholerne dwie minuty na wizualne badanie pacjenta, chwilę po tym przechodząc do ustnego podsumowania.
- Pana puls jest miarowy, oddech nie jest przyspieszony, pańskie źrenice reagują normalnie, skóra nie wykazuje ani oznak przekrwienia, ani poparzenia. W dotyku jest lekko cieplejsza niż zwykle... ...jak skóra każdego człowieka, który znajduje się w zatłoczonym budynku - poinformował jak najbardziej profesjonalnym, opanowanym tonem głosu, starając się, żeby jego opinia była dostatecznie fachowa.
Choć tak po prawdzie mówiąc, szczerze wątpił w to, żeby takie nie inne rozwiązanie przyniosło coś na dłuższą metę. Jasne, mógł na moment wprowadzić mężczyznę w stan zamyślenia, jednak raczej nad zmianą strategii, nie nad tym, czy rzeczywiście nie warto byłoby zachować się rozsądnie i już sobie darować.
- Ale ja - no oczywiście, oczywiście, że typ musiał wyrzucić z siebie te dwa słowa.
Ambroise kolejny raz niemal westchnął ciężko, usiłując kryć oznaki rozdrażnienia.
- Nie skończyłem, proszę mi nie przerywać. Nie ma pan gorączki, nie ma pan żadnych ran. Kaszel jest wymuszony. Nadwyręży pan sobie struny głosowe, jeśli będzie pan kontynuował - stwierdził w momencie, w którym pacjent szykował się do wyrzucenia z siebie kontynuacji monologu na temat swoich domniemanych obrażeń i okropnego stanu zdrowia.
Wykorzystał chwilę, żeby wyprostować się do pionu, przyjmując pozycję gotową do odejścia. Niech go Merlin uchowa przed zostaniem tu minutę dłużej. Cztery, trzy, dwa, jeden...
- Ale ja - noż kurwa.

Foliowa czapka (I) - Romulus jednak trochę mnie przekonał. Leczenie (III) - na hipochondryka.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2915), Cornelius Lestrange (2585), Pan Losu (376), Prudence Fenwick (1867), Romulus Potter (1605)




Wiadomości w tym wątku
[09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 30.05.2025, 19:50
RE: [09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio - przez Cornelius Lestrange - 31.05.2025, 14:56
RE: [09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio - przez Romulus Potter - 01.06.2025, 18:07
RE: [09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio - przez Prudence Fenwick - 02.06.2025, 14:57
RE: [09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 02.06.2025, 19:48
RE: [09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio - przez Pan Losu - 02.06.2025, 19:48
RE: [09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio - przez Cornelius Lestrange - 03.06.2025, 00:00
RE: [09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio - przez Pan Losu - 03.06.2025, 00:00
RE: [09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio - przez Romulus Potter - 03.06.2025, 15:06
RE: [09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio - przez Pan Losu - 03.06.2025, 15:06
RE: [09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio - przez Pan Losu - 03.06.2025, 15:06
RE: [09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio - przez Prudence Fenwick - 03.06.2025, 20:39
RE: [09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio - przez Pan Losu - 03.06.2025, 20:39
RE: [09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 03.06.2025, 23:19
RE: [09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio - przez Cornelius Lestrange - 05.06.2025, 00:11
RE: [09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio - przez Romulus Potter - 06.06.2025, 13:14
RE: [09.09.1972] 3:33 || Roise, Romy, Prue, Corio - przez Prudence Fenwick - 08.06.2025, 22:33

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa