04.06.2025, 14:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.06.2025, 14:39 przez Baldwin Malfoy.)
To była… niezwykła noc.
Inspirująca. Zachwycająca. Przerażająca. Jedna na tysiąc i jeszcze więcej.
Pozostawiała po sobie wyrwę i drżenie serca na samą myśl, że mogło stać się coś innego. Gwałt. Bunt. Cierpienie wylewające się na ulicę; Zapach czarnej magii w powietrzu. Kochał to. Żył dla takich chwil. Choć szczerze powiedziawszy miał głęboko wyjebane na to po co w ogóle wszczęto ten pożar. Po co śmierciożercy wymyślali sobie ideologie zamiast po prostu przyznać, że lubią to robić. On też lubił patrzeć jak świat płonie, a nie potrzebował do tego patetycznych argumentów o czyszczeniu świata z brudnej, szlamiastej krwi. Ziarno w końcu same oddzieli się od plew.
Kiedy w końcu wszyscy mniej i bardziej proszeni goście opuścili jego dom - było ledwo przed świtem. Nie pamiętał momentu, gdy wepchnięto go pod zimny prysznic, żeby odrobinę wytrzeźwiał; kiedy wreszcie zasnął; pamiętał za to pobudkę - bolesne ukłucie w nasadzie złamanego nosa, paskudny kac i wspomnienie zamordowanego brygadzisty, które utkwiło jak piasek pod powiekami.
Było przed południem, cóż za nieboska pora, gdy wreszcie zwlókł się z łóżka, obsypany przez Fridę całusami na do widzenia i z oficjalną przysięgą (taką na mały paluszek, więc nie ma przebacz), że przyjdzie do niej później. Ani się obejrzał jak Scarlett zgarnęła ghoulkę pod pachę i obie zniknęły. I pewnie leżałby i dogorywał po nocy jeszcze trochę, gdyby nie nagłe stukanie do drzwi. Opcje były trzy - szarlatani z Munga, którzy przypadkowo dowiedzieli się, że od wdychanego popiołu cały czas kaszle tym czarnym paskudztwem, konsultantki tego dziwacznego biznesu z eliksirami i kosmetykami (Avenu? Avonu? Avanu? Coś w tym stylu) albo świadkowie Jehowy, którzy uznali pożary za znak od tego swojego Boga i wyruszyli na ratowanie świata. Nie był pewien, która grupa
Nie był pewien, która grupa zawodowa wkurwiała go z tej trójcy najbardziej.
Mógł też udawać, że go nie ma. Nie żyje. Baldwin Malfoy umarł i nie wróci. Znaczy wróci - koło wieczora. Abonent tymczasowo niedostępny. Kiedy stukanie nie ustało (co za kurwa uciążliwa konsultantka!) wreszcie powlókł się do drzwi, szurając nogami o podłogę, żeby wszyscy wiedzieli jak mu źle (nieważne, że nikogo poza nim nie było w domu, a Rozalinda o wiele bardziej była zainteresowana rozsypanymi na stole krakersami).
- Nie chcę żadnych chujoświeczek na prez...- Z jakże subtelnym “dzień dobry, zapraszam wypierdalać” otworzył drzwi. Zamilkł. Przeleciał spojrzeniem po dobrze sobie znanej personie, która ani szarlatanem, ani avoniarą ani nawet świadkiem Jehowy nie była. - Yo, Hanni! - Otworzył nieco szerzej drzwi, powodując przy okazji solidny przeciąg. Drzwi od łazienki trzasnęły, ale Baldwin to zignorował, najwyraźniej zbyt zmęczony żeby się przejmować takimi drobiazgami. W dodatku coś ciężkiego spadło z hukiem na podłogę.- Wchodź!
Winowajcy tego całego rumoru nie trzeba było długo szukać. Gdy tylko Hannibal wszedł do środka, mógł zauważyć, że wielkie okno w głównym pomieszczeniu, czule określanego mianem jadalnio-kuchnio-salono-pracowni (a mniej czule nazywane zwykłą “graciarnią”) było kompletnie wybite. Ciężkie jasne zasłony, a może raczej to co z nich zostało, leżały ułożone w stosik przy parapecie. Ucierpiały futryny, żeliwne okucia, ściana z oknem niewątpliwie do odmalowania. Ale poza tym, było czysto. No poza paroma przewróconymi płótnami, na które Baldwin spojrzał przez ramię z głośnym westchnieniem.
Ale nie oszukujmy się. Porządek w domu z pewnością nie był w nawet najmniejszym stopniu zasługą Baldwina, a raczej urzędującej tu jak na włościach panny Mulciber.
Sam pan Malfoy wyglądał… No może gdyby nie opatrunek nasączony ciemnym eliksirem na ewidentnie potłuczonym nosie, niedospaniu, które jak kac odbijało się na zwykle przyjemnej dla oka twarzy chłopaka… To nie byłoby aż tak źle. Ot stała sobie w progu taka kupka nieszczęścia, ubrana w spodnie od piżamy i sprany podkoszulek. Ale w przeciwieństwie do Selwyna był względnie czysty, Rozalinda siedziała mu wygodnie na ramieniu, skubiąc serowego krakersa. Przechyliła szczurzy łeb, przyglądając się przybyszowi wręcz wyczekująco. Kiedy zrozumiała, że żadnego smacznego prezentu raczej nie będzie fuknęła sobie cicho pod szczurzym nosem, machając gniewnie ogonem, tylko po to żeby zaraz zeskoczyć na podłogę i zniknąć za kanapą.
- Chcesz kawy? Scarlett zrobiła też jajecznicę, mogę odgrzać.- Zaoferował, przeciągając się leniwie, jakby wcale stan kolegi go nie zaniepokoił. Pewnie sam by się nie mył po takiej nocy, gdyby go siłą i groźbą nie wpakowali pod prysznic.
Każdy miał prawo do dnia trolla!
Inspirująca. Zachwycająca. Przerażająca. Jedna na tysiąc i jeszcze więcej.
Pozostawiała po sobie wyrwę i drżenie serca na samą myśl, że mogło stać się coś innego. Gwałt. Bunt. Cierpienie wylewające się na ulicę; Zapach czarnej magii w powietrzu. Kochał to. Żył dla takich chwil. Choć szczerze powiedziawszy miał głęboko wyjebane na to po co w ogóle wszczęto ten pożar. Po co śmierciożercy wymyślali sobie ideologie zamiast po prostu przyznać, że lubią to robić. On też lubił patrzeć jak świat płonie, a nie potrzebował do tego patetycznych argumentów o czyszczeniu świata z brudnej, szlamiastej krwi. Ziarno w końcu same oddzieli się od plew.
Kiedy w końcu wszyscy mniej i bardziej proszeni goście opuścili jego dom - było ledwo przed świtem. Nie pamiętał momentu, gdy wepchnięto go pod zimny prysznic, żeby odrobinę wytrzeźwiał; kiedy wreszcie zasnął; pamiętał za to pobudkę - bolesne ukłucie w nasadzie złamanego nosa, paskudny kac i wspomnienie zamordowanego brygadzisty, które utkwiło jak piasek pod powiekami.
Było przed południem, cóż za nieboska pora, gdy wreszcie zwlókł się z łóżka, obsypany przez Fridę całusami na do widzenia i z oficjalną przysięgą (taką na mały paluszek, więc nie ma przebacz), że przyjdzie do niej później. Ani się obejrzał jak Scarlett zgarnęła ghoulkę pod pachę i obie zniknęły. I pewnie leżałby i dogorywał po nocy jeszcze trochę, gdyby nie nagłe stukanie do drzwi. Opcje były trzy - szarlatani z Munga, którzy przypadkowo dowiedzieli się, że od wdychanego popiołu cały czas kaszle tym czarnym paskudztwem, konsultantki tego dziwacznego biznesu z eliksirami i kosmetykami (Avenu? Avonu? Avanu? Coś w tym stylu) albo świadkowie Jehowy, którzy uznali pożary za znak od tego swojego Boga i wyruszyli na ratowanie świata. Nie był pewien, która grupa
Nie był pewien, która grupa zawodowa wkurwiała go z tej trójcy najbardziej.
Mógł też udawać, że go nie ma. Nie żyje. Baldwin Malfoy umarł i nie wróci. Znaczy wróci - koło wieczora. Abonent tymczasowo niedostępny. Kiedy stukanie nie ustało (co za kurwa uciążliwa konsultantka!) wreszcie powlókł się do drzwi, szurając nogami o podłogę, żeby wszyscy wiedzieli jak mu źle (nieważne, że nikogo poza nim nie było w domu, a Rozalinda o wiele bardziej była zainteresowana rozsypanymi na stole krakersami).
- Nie chcę żadnych chujoświeczek na prez...- Z jakże subtelnym “dzień dobry, zapraszam wypierdalać” otworzył drzwi. Zamilkł. Przeleciał spojrzeniem po dobrze sobie znanej personie, która ani szarlatanem, ani avoniarą ani nawet świadkiem Jehowy nie była. - Yo, Hanni! - Otworzył nieco szerzej drzwi, powodując przy okazji solidny przeciąg. Drzwi od łazienki trzasnęły, ale Baldwin to zignorował, najwyraźniej zbyt zmęczony żeby się przejmować takimi drobiazgami. W dodatku coś ciężkiego spadło z hukiem na podłogę.- Wchodź!
Winowajcy tego całego rumoru nie trzeba było długo szukać. Gdy tylko Hannibal wszedł do środka, mógł zauważyć, że wielkie okno w głównym pomieszczeniu, czule określanego mianem jadalnio-kuchnio-salono-pracowni (a mniej czule nazywane zwykłą “graciarnią”) było kompletnie wybite. Ciężkie jasne zasłony, a może raczej to co z nich zostało, leżały ułożone w stosik przy parapecie. Ucierpiały futryny, żeliwne okucia, ściana z oknem niewątpliwie do odmalowania. Ale poza tym, było czysto. No poza paroma przewróconymi płótnami, na które Baldwin spojrzał przez ramię z głośnym westchnieniem.
Ale nie oszukujmy się. Porządek w domu z pewnością nie był w nawet najmniejszym stopniu zasługą Baldwina, a raczej urzędującej tu jak na włościach panny Mulciber.
Sam pan Malfoy wyglądał… No może gdyby nie opatrunek nasączony ciemnym eliksirem na ewidentnie potłuczonym nosie, niedospaniu, które jak kac odbijało się na zwykle przyjemnej dla oka twarzy chłopaka… To nie byłoby aż tak źle. Ot stała sobie w progu taka kupka nieszczęścia, ubrana w spodnie od piżamy i sprany podkoszulek. Ale w przeciwieństwie do Selwyna był względnie czysty, Rozalinda siedziała mu wygodnie na ramieniu, skubiąc serowego krakersa. Przechyliła szczurzy łeb, przyglądając się przybyszowi wręcz wyczekująco. Kiedy zrozumiała, że żadnego smacznego prezentu raczej nie będzie fuknęła sobie cicho pod szczurzym nosem, machając gniewnie ogonem, tylko po to żeby zaraz zeskoczyć na podłogę i zniknąć za kanapą.
- Chcesz kawy? Scarlett zrobiła też jajecznicę, mogę odgrzać.- Zaoferował, przeciągając się leniwie, jakby wcale stan kolegi go nie zaniepokoił. Pewnie sam by się nie mył po takiej nocy, gdyby go siłą i groźbą nie wpakowali pod prysznic.
Każdy miał prawo do dnia trolla!