04.06.2025, 19:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.06.2025, 22:11 przez Anthony Shafiq.)
Shafiq - oblany farbą, nieco chaotyczny, gubiący co chwila angielski na rzecz dowolnego innego nowożytnego języka był daleki od swojej "salonowej" czy może bardziej trzeba byłoby napisać - jedynej swojej słusznej wersji. Trzymał się z tyłu. Pilnował, aby ich mały pochód się nie rozwarstwiał, rozglądał się za ewentualnymi napastnikami lub kolejnymi cywilami do "wchłonięcia".
Szedł na końcu, ale nie umykały mu detale działań jego przyjaciół i gdzieś w głębi, bardzo głębi swojego serca pomyślał próżnie, jak bardzo cieszy się z dostępu do zdjęć. Jak bardzo cieszy się, że będzie mógł zobaczyć nie tylko te, które finalnie trafią do prasy. Okoliczności były mizerne, ale... jakkolwiek to nie zabrzmiałoby karykaturalnie w obliczu ulicy rozjarzonej legionem płomieni... były i jasne strony całej sytuacji.
No i Tessa. Może dałaby mu zwilżyć usta dobrze przyrządzoną herbatą? Może dałaby mu zwilżyć gardło swoją Brandy.
– Mama plose ja już nie mam sił, nogi mnie bolą... – Głos z poziomu chodnika zdawał się być niecierpliwy, płaczliwy. Mała dziewczynka próbowała namówić umęczoną kobietę, żeby ta wzięła ją na ręce. Wyglądała podobnie do tej, której dał dmuchanego dzika na Lammas. Może nawet to była ta sama? Shafiq nie był tak dobry w rozpoznawaniu dzieci. I ich zapamiętywaniu. Matka dziewczynki kiwała głową, próbując jej jakkolwiek wytłumaczyć sytuację. Jej pozycja była bardzo kiepska, bo widać że w pośpiechu zgarnęła kilka toreb i worków z dobytkiem, które teraz pieczołowicie ze sobą nosiła.
Pozostałe dusze nie rwały się do pomocy. Anthony też początkowo chciał porzucić temat, udać że tego nie widział nie słyszał. Ostatecznie jednak...
– Ja to wezmę, proszę wziąć córkę, to... to dobrze Wam zrobi, jesteśmy już niedaleko. – zapewnił, choć nie widział jeszcze znajomego obejścia przyjaciółki. Zaraz potem zaś wziął część rzeczy i spróbował najcięższą z toreb zmusić magią translokacji do lewitowania przed nimi.
Szedł na końcu, ale nie umykały mu detale działań jego przyjaciół i gdzieś w głębi, bardzo głębi swojego serca pomyślał próżnie, jak bardzo cieszy się z dostępu do zdjęć. Jak bardzo cieszy się, że będzie mógł zobaczyć nie tylko te, które finalnie trafią do prasy. Okoliczności były mizerne, ale... jakkolwiek to nie zabrzmiałoby karykaturalnie w obliczu ulicy rozjarzonej legionem płomieni... były i jasne strony całej sytuacji.
No i Tessa. Może dałaby mu zwilżyć usta dobrze przyrządzoną herbatą? Może dałaby mu zwilżyć gardło swoją Brandy.
– Mama plose ja już nie mam sił, nogi mnie bolą... – Głos z poziomu chodnika zdawał się być niecierpliwy, płaczliwy. Mała dziewczynka próbowała namówić umęczoną kobietę, żeby ta wzięła ją na ręce. Wyglądała podobnie do tej, której dał dmuchanego dzika na Lammas. Może nawet to była ta sama? Shafiq nie był tak dobry w rozpoznawaniu dzieci. I ich zapamiętywaniu. Matka dziewczynki kiwała głową, próbując jej jakkolwiek wytłumaczyć sytuację. Jej pozycja była bardzo kiepska, bo widać że w pośpiechu zgarnęła kilka toreb i worków z dobytkiem, które teraz pieczołowicie ze sobą nosiła.
Pozostałe dusze nie rwały się do pomocy. Anthony też początkowo chciał porzucić temat, udać że tego nie widział nie słyszał. Ostatecznie jednak...
– Ja to wezmę, proszę wziąć córkę, to... to dobrze Wam zrobi, jesteśmy już niedaleko. – zapewnił, choć nie widział jeszcze znajomego obejścia przyjaciółki. Zaraz potem zaś wziął część rzeczy i spróbował najcięższą z toreb zmusić magią translokacji do lewitowania przed nimi.
Translokacja II, telekinezowanie torby przed sobą
Rzut N 1d100 - 12
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Trochę został w tyle siłując się z zaklęciem, mechając obrażoną różdżką z włóknem ze smoczego serca, które pozostawało głuche na tak trywialne zadania. W końcu zrezygnowany westchnął i z głuchym sapnięciem zarzucił ją na siebie. Nie miał pojęcia jak kobiecina dawała sobie z tym radę, musiała być jakąś kulturystką. Próbował trochę nadgonić, ale ciężar go dociążał, podobnie jak jego szorujące bruk magicznych dzielnic morale