04.06.2025, 21:36 ✶
Nawet jeśli jeszcze chwilę temu, próba rzucenia gruzem częściowo się nie powiodła, to wyczarowanie płomieni poszło mu już całkiem zgrabnie. Pierwsza kula ognia trafiła w stosy listów, a zaraz za nią pomknęła druga, nieco słabsza - sterty papieru nie potrzebowały jednak wiele, by zająć się płomieniami, a te z kolei radośnie przeskakiwały dalej i dalej. Ich gaszenie natomiast, nie było aktualnie niczyim priorytetem, bo cokolwiek zrobił za plecami Leviathana Louvain, skutecznie przeraziło wszelkich maruderów. Los miał rację, byli szaleńcami w czarnych pelerynach i nikt nie miał już ochoty stawać im na drodze, w obawie że skończy dokładnie tak samo jak wcześniejsi odważni. Rowle nie widział jednak niczego zdrożnego w tym stwierdzeniu, czy uwłaczającemu jego godności. Musieli być chociaż odrobinę szaleni, by stanąć za Czarnym Panem i tej nocy terroryzować Londyn - inaczej tego nazwać nie można było, a on sam nie musiał zapychać się niepotrzebnymi, ładnie brzmiącymi frazesami by uspokoić sumienie. Ten strach, który dzisiaj siali był potrzebny i wręcz niezbędny. Potem natomiast musieli go kultywować i dbać o niego, już nieco mniej agresywnie ale równie dobitnie, powoli zawłaszczając sobie coraz więcej wpływów.
Odwrócił się od płomieni, w które zwyczajnie przez chwilę zanadto się zapatrzył. Zawsze zazdrościł nieco matce, której te w ogóle się nie imały, jakby została stworzona konkretnie do tego, by znaleźć swoje miejsce w rodzinie Rowle, gdzie ten szalał tak samo w nich, jak i stworzeniach które sobie tak ukochali.
Kiwnął głową w stronę Louvaina, nie odzywając się wcale, tak samo też nie poświęcając przesadnie dużo czasu na przyglądanie się jego ofiarom. Ważne, że miał rację - nie mogli sobie pozwolić na kolejne potknięcie i złapanie pościgu, dlatego powinni się zbierać. Jeszcze tylko jeden kominek, którym zajął się Louvain i opuścili Sowi Urząd Pocztowy. Frontowymi drzwiami, jak na szaleńców w maskach przystało.
Odwrócił się od płomieni, w które zwyczajnie przez chwilę zanadto się zapatrzył. Zawsze zazdrościł nieco matce, której te w ogóle się nie imały, jakby została stworzona konkretnie do tego, by znaleźć swoje miejsce w rodzinie Rowle, gdzie ten szalał tak samo w nich, jak i stworzeniach które sobie tak ukochali.
Kiwnął głową w stronę Louvaina, nie odzywając się wcale, tak samo też nie poświęcając przesadnie dużo czasu na przyglądanie się jego ofiarom. Ważne, że miał rację - nie mogli sobie pozwolić na kolejne potknięcie i złapanie pościgu, dlatego powinni się zbierać. Jeszcze tylko jeden kominek, którym zajął się Louvain i opuścili Sowi Urząd Pocztowy. Frontowymi drzwiami, jak na szaleńców w maskach przystało.
Koniec sesji
We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast