04.06.2025, 22:15 ✶
– Pewnie, moja obecność działa na ciebie jak płachta na byka – mruknąłem już bardziej do siebie niż do niej. Trochę niezrozumiany, może trochę zraniony. Bo przecież ja naprawdę chciałem tylko przyjaźni. A w zamian dostałem niedoszłą morderczynię.
Nie spodziewałem się tego po niej. Zwłaszcza nie tej pewności. Tego uporu. Uporu… którego szczerze nie znosiłem. Był jak uporczywy chwast. Wyrwiesz? Odrasta. Wpełza pod skórę i udaje, że to coś pięknego, że niby rozwój osobisty, a w rzeczywistości tylko wrzód na nerwach.
– Słabe to jest. Sama jesteś jak paskudny robal – rzuciłem z pogardą, już się do niej nie odwracając. W sumie nie zasługiwała teraz na więcej uwagi niż przypadkowy pająk w namiocie.
Zająłem się czymś ważniejszym – sobą. Zamierzałem przygotować sobie iście królewskie, leśne posłanie. Miałem różdżkę. Nie swoją, ale świeży nabytek, i wyglądało na to, że jako tako się dogadywaliśmy. Literki wirujące wokół Prudence może i nie były sztuką wysoką, ale sygnał wysyłały jasny. I jeszcze nie zniknęły. Reasumując: działało.
– Damy radę, co? – rzuciłem półgębkiem do różdżki, bo skoro z jedynymi ludźmi w tym lesie rozmowy nie wychodzą, to może z drewienkiem coś z tego będzie?
No więc posłanko. Wygodne, strategicznie umiejscowione i estetyczne – wiadomo. Może nawet dorzucimy liściastą kołderkę? Albo dwie? Jak się rozszaleję, to i z paproci zrobię zagłówek.
– Miłego niezbliżania się do mnie! – rzuciłem przez ramię z gorzką satysfakcją, niemal jak życzenie dobrej nocy, choć ton zupełnie temu przeczył.
Potem nachyliłem się, zerkając na mech, ziemię i liście, jakbym wybierał miejsce pod królewskie łoże. Moje posłanie musiało być wygodne, dostosowane do moich plecków. Delikatnych, przyzwyczajonych do najlepszych materacy świata, idealnej sprężystości i absolutnego braku paprochów. A tu? Cóż... Sam środek lasu. Katorga. Prawdziwa tortura dla kogoś tak wyrafinowanego jak ja. Ale nie miałem wyboru. Musiałem improwizować. Wyciągnąłem różdżkę – nie swoją, ale już prawie się dogadywaliśmy, a przynajmniej tak mi się wydawało – i zamierzałem machnąć pierwsze zaklęcie, gdy…
…wszystko poszło się... Ach!
Zamarłem. Palce zacisnęły się na drewnie różdżki, a serce zabiło mocniej. Bo usłyszałem głos. Nie ten, co mnie prześladował w koszmarach. Nie głos Prudence. Inny. Ale znajomy. Ten śmiech. Ten cholerny śmiech wydobywał się z mojej piersi.
Nieświadomie wycelowałem różdżką w stronę, z której dochodził głos, jakbym instynktownie szykował się do ataku. Ale to nie był atak. To był czysty, nieprzetworzony szok. Niedowierzanie. Jakby ktoś zerwał zasłonę rzeczywistości i postanowił pokazać mi alternatywną wersję snu. Czy ja znowu śniłem?!
– Benek?! – wyrwało mi się. Głos mi zadrżał. – Benek, to naprawdę ty?! Czy… czy to znowu jakiś pieprzony majak?! – zapytałem, wpatrując się w niego z niedowierzaniem... ale przecież akcent się zgadzał. Te seplenione słowa, podszyte francuszczyzną... Znałem je aż za dobrze. Miałem trzymać się z daleka od Prudence, ale tym razem przymknąłem na to oko. Przecież przede mną stał mój zbawiciel!
– Jak tu się dostałeś?! Utknąłem tu z tą krową. Poranna gazeta była świstoklikiem, a ten las… ten las jest kompletnie szalony. I ona też, całkiem postrzelona. ODSUŃ SIĘ OD NIEJ – dodałem ostrzegawczo, łapiąc go za łokieć, żeby choć trochę odciągnąć od roześmianej Prudence. Miałem wrażenie, że z każdą minutą zbliżała się do jakiegoś granicznego punktu obłędu. Psychopatyzm level expert.
– Jak najbardziej jestem istotą rozumną i potrzebuję ratunku! Jak tu dotarłeś?! Gdzie jest świat?! Gdzie dom?! POTRZEBUJĘ WRÓCIĆ DO DOMU!!! – głos mi zadrżał, najpierw próbowałem mówić spokojnie, ale z każdym słowem emocje brały górę. Panika wkradała się do krwi. – NIE MAM ZAMIARU ROZMAWIAĆ! Mów mi natychmiast, gdzie mam iść. GDZIE MAM IŚĆ, ŻEBY DOTRZEĆ NA MIEJSCE?!
Za długo, zdecydowanie za długo znajdowałem się w tym lesie. To źle na mnie działało. Nie chciałem już tu być. Pragnąłem wrócić do domu, do domu cioci Uli, do mojej kołderki i skrzata, który zrobi mi gorącą czekoladę na dobry sen.
Nie spodziewałem się tego po niej. Zwłaszcza nie tej pewności. Tego uporu. Uporu… którego szczerze nie znosiłem. Był jak uporczywy chwast. Wyrwiesz? Odrasta. Wpełza pod skórę i udaje, że to coś pięknego, że niby rozwój osobisty, a w rzeczywistości tylko wrzód na nerwach.
– Słabe to jest. Sama jesteś jak paskudny robal – rzuciłem z pogardą, już się do niej nie odwracając. W sumie nie zasługiwała teraz na więcej uwagi niż przypadkowy pająk w namiocie.
Zająłem się czymś ważniejszym – sobą. Zamierzałem przygotować sobie iście królewskie, leśne posłanie. Miałem różdżkę. Nie swoją, ale świeży nabytek, i wyglądało na to, że jako tako się dogadywaliśmy. Literki wirujące wokół Prudence może i nie były sztuką wysoką, ale sygnał wysyłały jasny. I jeszcze nie zniknęły. Reasumując: działało.
– Damy radę, co? – rzuciłem półgębkiem do różdżki, bo skoro z jedynymi ludźmi w tym lesie rozmowy nie wychodzą, to może z drewienkiem coś z tego będzie?
No więc posłanko. Wygodne, strategicznie umiejscowione i estetyczne – wiadomo. Może nawet dorzucimy liściastą kołderkę? Albo dwie? Jak się rozszaleję, to i z paproci zrobię zagłówek.
– Miłego niezbliżania się do mnie! – rzuciłem przez ramię z gorzką satysfakcją, niemal jak życzenie dobrej nocy, choć ton zupełnie temu przeczył.
Potem nachyliłem się, zerkając na mech, ziemię i liście, jakbym wybierał miejsce pod królewskie łoże. Moje posłanie musiało być wygodne, dostosowane do moich plecków. Delikatnych, przyzwyczajonych do najlepszych materacy świata, idealnej sprężystości i absolutnego braku paprochów. A tu? Cóż... Sam środek lasu. Katorga. Prawdziwa tortura dla kogoś tak wyrafinowanego jak ja. Ale nie miałem wyboru. Musiałem improwizować. Wyciągnąłem różdżkę – nie swoją, ale już prawie się dogadywaliśmy, a przynajmniej tak mi się wydawało – i zamierzałem machnąć pierwsze zaklęcie, gdy…
…wszystko poszło się... Ach!
Zamarłem. Palce zacisnęły się na drewnie różdżki, a serce zabiło mocniej. Bo usłyszałem głos. Nie ten, co mnie prześladował w koszmarach. Nie głos Prudence. Inny. Ale znajomy. Ten śmiech. Ten cholerny śmiech wydobywał się z mojej piersi.
Nieświadomie wycelowałem różdżką w stronę, z której dochodził głos, jakbym instynktownie szykował się do ataku. Ale to nie był atak. To był czysty, nieprzetworzony szok. Niedowierzanie. Jakby ktoś zerwał zasłonę rzeczywistości i postanowił pokazać mi alternatywną wersję snu. Czy ja znowu śniłem?!
– Benek?! – wyrwało mi się. Głos mi zadrżał. – Benek, to naprawdę ty?! Czy… czy to znowu jakiś pieprzony majak?! – zapytałem, wpatrując się w niego z niedowierzaniem... ale przecież akcent się zgadzał. Te seplenione słowa, podszyte francuszczyzną... Znałem je aż za dobrze. Miałem trzymać się z daleka od Prudence, ale tym razem przymknąłem na to oko. Przecież przede mną stał mój zbawiciel!
– Jak tu się dostałeś?! Utknąłem tu z tą krową. Poranna gazeta była świstoklikiem, a ten las… ten las jest kompletnie szalony. I ona też, całkiem postrzelona. ODSUŃ SIĘ OD NIEJ – dodałem ostrzegawczo, łapiąc go za łokieć, żeby choć trochę odciągnąć od roześmianej Prudence. Miałem wrażenie, że z każdą minutą zbliżała się do jakiegoś granicznego punktu obłędu. Psychopatyzm level expert.
– Jak najbardziej jestem istotą rozumną i potrzebuję ratunku! Jak tu dotarłeś?! Gdzie jest świat?! Gdzie dom?! POTRZEBUJĘ WRÓCIĆ DO DOMU!!! – głos mi zadrżał, najpierw próbowałem mówić spokojnie, ale z każdym słowem emocje brały górę. Panika wkradała się do krwi. – NIE MAM ZAMIARU ROZMAWIAĆ! Mów mi natychmiast, gdzie mam iść. GDZIE MAM IŚĆ, ŻEBY DOTRZEĆ NA MIEJSCE?!
Za długo, zdecydowanie za długo znajdowałem się w tym lesie. To źle na mnie działało. Nie chciałem już tu być. Pragnąłem wrócić do domu, do domu cioci Uli, do mojej kołderki i skrzata, który zrobi mi gorącą czekoladę na dobry sen.