04.06.2025, 22:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.06.2025, 22:25 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
No, nie wierzył w to, co właśnie opuściło usta Romulusa. Przez chwilę myślał, że to musiało być przesłyszenie. Bez dwóch zdań. Po prostu się przesłyszał. Ale nie, miał wyśmienicie dobry słuch. Roman naprawdę to powiedział. Lekką ręką, bez chwili zastanowienia, bez wahania informował, że cały misterny plan mógł pójść w pizdu...
...bo jednak nie miał agenta.
No kurwa.
- Mówiłeś, że masz agenta - zmrużył oczy, ponownie przenosząc wzrok na Pottera i posyłając mu jedno z tych spojrzeń. - Kiedy ja albo ojciec mówimy, że trzeba to załatwić, mój agent nie pyta, tylko znika, Roise. A potem problem też znika, Roise, takie są przywileje bogactwa, Roise. Ludzie mają problemy. Ja mam agenta, Roise. Niby to agent ojca, ale w praktyce mój osobisty skrzat do zadań niemożliwych, Roise. Jeśli coś da się kupić, on to kupi. Jeśli nie, też to kupi. To mój najlepszy agent, Roise. Mój agent? Była już o nim mowa? On nie czeka na moje instrukcje. Spokojnie, nie musisz rozumieć, jak to działa, Roise. On wie, że jestem ważniejszy niż kodeks, procedura i twoje święte oburzenie, Roise. Zezwolenia, pozwolenia, wizy, bilety, dziewczyny, zacieranie śladów? Mam jednego agenta, Roise, mam od tego swojego człowieka. Agent ojca? Nie. To już mój agent. Ojciec tylko go opłaca, Roise, no, weź się zastanów, jaka to wygoda, Roise. Agent, Roise, agent, ludzka wersja skrzata. Szczególnie, że jest niski, okrągły i niezbyt urodziwy, ale nie musi być za ładny, byleby nie zaburzał mi estetyki, w której zachowanie tyle wkłada, bo jest moim agentem, Roise, moim agentem od zadań specjalnych - jak na jego ucho, całkiem nieźle wychodziło mu naśladowanie bananowego, samochwałczego tonu głosu kumpla, którego Potter używał niemal za każdym razem, gdy wyciągał (teraz to już chyba rzekome) istnienie swojego agenta.
Czyli często. Wyjątkowo często. Praktycznie przy każdej możliwej okazji, jaka nadarzała się, żeby o tym wspomnieć. A teraz nagle okazywało się, że to nie tak?
Spojrzał na Romulusa, jeszcze bardziej mrużąc oczy i świdrując go spojrzeniem. Sam nie do końca wiedział, co chciał tym osiągnąć, jednak w tej chwili był coraz bliższy złapania kokonu z Romulusa i zrzucenia go z materaca na ziemię.
Po tych wszystkich historiach, jakie przedstawiała ta łajza, mogłoby się zdawać, że mityczny agent Pottera dzięki temu wyskoczy spod łóżka. Albo się stamtąd wyturla. Najpewniej w ostatniej chwili, podkładając poduszkę pod plecy swojego mistrza, aby ten przypadkiem nie uszkodził sobie swojego wyjątkowo giętkiego kręgosłupa moralnego.
Tak po prawdzie, to przestał słuchać gadki kumpla dokładnie w tym samym momencie, w którym padły słowa nie mam. To na nich się skupił. A jeszcze nawet nic nie palił, żeby tak bardzo odbiegać myślami. Choć może? Podejrzliwie przyzezował na to, co trzymał w palcach.
Wyglądało jak tytoń. Smakowało jak tytoń. Ale w gruncie rzeczy, cholera wiedziała. Cholera, łajza i kanalia. Człowiek, który podawał się za jego przyjaciela. I który nie tyle go okłamywał, bo Roise gdzieś tam mimo wszystko wyłapał jeszcze mógłbym je załatwić, owszem. Co po prostu nie chciał dać mu tego wsparcia.
Być może ten umiarkowanie nieatrakcyjny, ale mimo wszystko względnie estetyczny agent to była w istocie jakaś długonoga dziunia. Agentka. Tak po prawdzie, ani trochę nie zdziwiłoby to Ambroisa. Bardzo prawdopodobne byłoby, gdyby Roman wręcz zażądał od ojca kogoś, kto miał nogi do nieba i cycki w rozmiarze większym niż głowa.
- Mam proste rozwiązanie, Romek. Takie, które nie wymaga nokautowania ani straszenia. Poza tym, już widzę, jak Geraldine wierzy w to, że nagle zaczął interesować cię los Astarotha, mhm - a tu mu jechał taki miniaturowy powóz ciągnięty przez tycie testrale. - Poza tym, nie zapominaj, że ja to ja. Mogę macać cycki Geraldine, kiedy mi się żywnie podoba - oznajmił bez mrugnięcia okiem, nie czując ani krzty zażenowania z powodu wypowiedzenia tej uniwersalnej prawdy. - Chcę ją oczarować, nie otumanić. Ma być zachwycona, nie leżeć nieprzytomna na podłodze. Ja też mam wyjść z tego w jednym kawałku. A Ursula mnie zajebie, jeśli bobry zjedzą jej kanapę - zaczerpnął głęboki wdech, kręcąc głową i cmokając raz czy dwa. - Mają być bobry, ale na plaży. Zrobimy im tam jakąś zagrodę. Ognisko przeniesiemy w okolice jeziora. Albo odwrotnie - stwierdził, poważnie rozważając obie opcje. - Jeśli nie jesteś w stanie załatwić magicznych, niech będą zwykłe. Jeżeli nie trzy, niech będą dwa, ale mają być bobry. Geraldine zawsze marzyła o bobrach - dziś to marzenie miało się spełnić.
I chuj. Kropka.
...bo jednak nie miał agenta.
No kurwa.
- Mówiłeś, że masz agenta - zmrużył oczy, ponownie przenosząc wzrok na Pottera i posyłając mu jedno z tych spojrzeń. - Kiedy ja albo ojciec mówimy, że trzeba to załatwić, mój agent nie pyta, tylko znika, Roise. A potem problem też znika, Roise, takie są przywileje bogactwa, Roise. Ludzie mają problemy. Ja mam agenta, Roise. Niby to agent ojca, ale w praktyce mój osobisty skrzat do zadań niemożliwych, Roise. Jeśli coś da się kupić, on to kupi. Jeśli nie, też to kupi. To mój najlepszy agent, Roise. Mój agent? Była już o nim mowa? On nie czeka na moje instrukcje. Spokojnie, nie musisz rozumieć, jak to działa, Roise. On wie, że jestem ważniejszy niż kodeks, procedura i twoje święte oburzenie, Roise. Zezwolenia, pozwolenia, wizy, bilety, dziewczyny, zacieranie śladów? Mam jednego agenta, Roise, mam od tego swojego człowieka. Agent ojca? Nie. To już mój agent. Ojciec tylko go opłaca, Roise, no, weź się zastanów, jaka to wygoda, Roise. Agent, Roise, agent, ludzka wersja skrzata. Szczególnie, że jest niski, okrągły i niezbyt urodziwy, ale nie musi być za ładny, byleby nie zaburzał mi estetyki, w której zachowanie tyle wkłada, bo jest moim agentem, Roise, moim agentem od zadań specjalnych - jak na jego ucho, całkiem nieźle wychodziło mu naśladowanie bananowego, samochwałczego tonu głosu kumpla, którego Potter używał niemal za każdym razem, gdy wyciągał (teraz to już chyba rzekome) istnienie swojego agenta.
Czyli często. Wyjątkowo często. Praktycznie przy każdej możliwej okazji, jaka nadarzała się, żeby o tym wspomnieć. A teraz nagle okazywało się, że to nie tak?
Spojrzał na Romulusa, jeszcze bardziej mrużąc oczy i świdrując go spojrzeniem. Sam nie do końca wiedział, co chciał tym osiągnąć, jednak w tej chwili był coraz bliższy złapania kokonu z Romulusa i zrzucenia go z materaca na ziemię.
Po tych wszystkich historiach, jakie przedstawiała ta łajza, mogłoby się zdawać, że mityczny agent Pottera dzięki temu wyskoczy spod łóżka. Albo się stamtąd wyturla. Najpewniej w ostatniej chwili, podkładając poduszkę pod plecy swojego mistrza, aby ten przypadkiem nie uszkodził sobie swojego wyjątkowo giętkiego kręgosłupa moralnego.
Tak po prawdzie, to przestał słuchać gadki kumpla dokładnie w tym samym momencie, w którym padły słowa nie mam. To na nich się skupił. A jeszcze nawet nic nie palił, żeby tak bardzo odbiegać myślami. Choć może? Podejrzliwie przyzezował na to, co trzymał w palcach.
Wyglądało jak tytoń. Smakowało jak tytoń. Ale w gruncie rzeczy, cholera wiedziała. Cholera, łajza i kanalia. Człowiek, który podawał się za jego przyjaciela. I który nie tyle go okłamywał, bo Roise gdzieś tam mimo wszystko wyłapał jeszcze mógłbym je załatwić, owszem. Co po prostu nie chciał dać mu tego wsparcia.
Być może ten umiarkowanie nieatrakcyjny, ale mimo wszystko względnie estetyczny agent to była w istocie jakaś długonoga dziunia. Agentka. Tak po prawdzie, ani trochę nie zdziwiłoby to Ambroisa. Bardzo prawdopodobne byłoby, gdyby Roman wręcz zażądał od ojca kogoś, kto miał nogi do nieba i cycki w rozmiarze większym niż głowa.
- Mam proste rozwiązanie, Romek. Takie, które nie wymaga nokautowania ani straszenia. Poza tym, już widzę, jak Geraldine wierzy w to, że nagle zaczął interesować cię los Astarotha, mhm - a tu mu jechał taki miniaturowy powóz ciągnięty przez tycie testrale. - Poza tym, nie zapominaj, że ja to ja. Mogę macać cycki Geraldine, kiedy mi się żywnie podoba - oznajmił bez mrugnięcia okiem, nie czując ani krzty zażenowania z powodu wypowiedzenia tej uniwersalnej prawdy. - Chcę ją oczarować, nie otumanić. Ma być zachwycona, nie leżeć nieprzytomna na podłodze. Ja też mam wyjść z tego w jednym kawałku. A Ursula mnie zajebie, jeśli bobry zjedzą jej kanapę - zaczerpnął głęboki wdech, kręcąc głową i cmokając raz czy dwa. - Mają być bobry, ale na plaży. Zrobimy im tam jakąś zagrodę. Ognisko przeniesiemy w okolice jeziora. Albo odwrotnie - stwierdził, poważnie rozważając obie opcje. - Jeśli nie jesteś w stanie załatwić magicznych, niech będą zwykłe. Jeżeli nie trzy, niech będą dwa, ale mają być bobry. Geraldine zawsze marzyła o bobrach - dziś to marzenie miało się spełnić.
I chuj. Kropka.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down