05.06.2025, 02:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.06.2025, 02:57 przez Benjy Fenwick.)
Nie chciało mi się żyć - to była moja pierwsza myśl, gdy Romulus zaczął trajkotać o kometach, wzorach i eksplodujących wszechświatach, a ja właśnie zgniatałem filtr trzeciego papierosa na chodniku, wciskając go podeszwą w jakąś smugę starej gumy do żucia. Cholerna trzynasta zero dziewięć, trzynastego września... Trzynasta - środek dnia, a ja czułem się, jakby była piąta rano, w dodatku piątek po czwartej z rzędu nocnej eskapadzie. Wcale nie chciałem się z nikim spotykać - ani z Eleonorą Figg, której nazwisko znałem tylko z wizytówki przyczepionej do listu Ambroise’a, ani z żadną inną czarownicą, która miała nieszczęście mieszkać w miejscu, na jakim pojawiła się klątwa - gdybym mógł, zostałbym pod kocem jeszcze przynajmniej trzy godziny, ale obiecałem Ambroise’owi, a jak się coś obieca Ambroise’owi, to się potem człowiek musi się z tym tłuc, zwłaszcza wtedy, gdy brzmi to jak: „Benjy, stary, tylko rzucisz okiem, tak profilaktycznie, to moja przyjaciółka.” No to rzucałem, miałem rzucić, ale żeby nie robić tego zupełnie sam, wziąłem ze sobą Pottera. Rosie poprosił, a ja miałem to cholerne zboczenie - dotrzymywać słowa. Nawet jeśli oznaczało to stanie pod drzwiami cudzej cukierni z kacem i teoretykiem katastrof magicznych w roli kompana. Może Roman nie znał się na klątwach, ale ja nie miałem nic wspólnego z traumą, a jakoś przez kilka godzin, będąc w Exmoor, wysłuchiwałem jego opowieści o tym, jak to wewnętrzny chaos magicznego dziecka rezonuje z polem podświadomego lęku opiekuna, albo o czymś równie niepokojącym.
Teraz jednak stałem i patrzyłem na jego profil, oświetlony mdłym światłem pochmurnego wrześniowego popołudnia, podczas gdy on wyliczał, czy spadnie na nas kometa, gdy za bardzo się zbliżymy do progu klubokawiarni. Byłem zbyt niewyspany, żeby się śmiać, ale to nie znaczy, że nie próbowałem się nie śmiać. Zaciągnąłem się papierosem - tak głęboko, że przez chwilę aż mnie zatkało, a potem wypuściłem dym nosem - chciałem go użyć, jako tarczy przed absurdalną ilością słów, które Romulus wypuszczał z siebie w sposób równie niepohamowany, co Fabian po zjedzeniu zbyt dużych ilości cukru, i gdybym nie widział podobieństwa Corneliusa do syna, bez wahania powiedziałbym, że to dzieciak Romulusa. Romek stał obok mnie - czysty, wypielęgnowany, wyprasowany, z błyskiem w oku jak u dzieciaka, któremu ktoś obiecał lizaka na koniec wizyty u uzdrowiciela. Ja za to czułem się jak zużyty pergamin, albo jak zmięta chusteczka do nosa. Miałem ochotę wytknąć Potterowi, że wystroił się nie tylko, jak szczur na otwarcie kanału, ale jak szczur, który miał przy tym pierdolnąć oficjalną przemowę i zrobić zbyt wiele zdjęć z wstęgą. Oczywiście, że tego nie zrobiłem. Lubiłem jego styl i gadanie w sposób, którego wolałem nie analizować. Było… Inne, beztroskie, zawieszone gdzieś między absurdalnością foliarza a dziecięcym entuzjazmem, który pasował do rzeczywistości tak, jak śpiewający kot nebelung do sali sądowej Wizengamotu.
Oparłem się o ścianę obok drzwi cukierni, próbując nie zasnąć na stojąco. Trzynasta, trzynasta zero jeden… Może nie byłem ekspertem od psychomagii, ale byłem dość pewien, że żadna kometa nie orbituje wokół konkretnej godziny we wrześniu, a mimo to, przystanąłem, krzyżując ramiona na piersi, i patrzyłem na drzwi cukierni. Nie wyglądały groźnie - ot, zwykłe drewno, może lekko skrzypiące, może z delikatną poświatą jakiegoś taniego zabezpieczenia, które miało odstraszać łobuzów, ale możliwe, że mi się wydawało, bo z niewyspania mazało mi się przed oczami. Właściwie mogłem jeszcze spać - nie - powinienem spać. Mogłem tu wejść, załatwić sprawę, wyjść, zamiast czekać, aż wybije dziewięć po trzynastej... Wróciłbym do domu, może bym już spał, odsypiałbym kaca po ognisku.
Romulus gadał... O kometach, wzorach, ocalonym życiu. Mój mózg ledwo przetwarzał rzeczywistość, filtrując z jego monologu słowa kluczowe: „dziękuj za życie”, „czekoladowe żaby”, „deadline”. „Ocalone życie” - gówno prawda. Trajkotał już od jakichś piętnastu minut, a ja, z niedopałkiem między palcami, próbowałem nie umrzeć stojąc - trudna sprawa - a to tylko dlatego, że Ambroise poprosił. No i może dlatego, że Romek wyglądał jak zagubione psisko - jedno z tych rasowych, co to są dobrze wychowane, więc postanawiasz zabrać je na spacer, żeby mogły się rozruszać. Był człowiekiem kultury, jak sam lubił o sobie mówić, trochę za często, miałem wrażenie, że głosił to tak często tylko po to, żeby ukryć, że ostatnią nieswoją książkę przeczytał w Hogwarcie, bo dostał szlaban.
Spojrzałem na niego, lekko przekrzywiając głowę, bo tylko tyle było mnie stać w moim obecnym stanie. Miał swój uśmiech No. 5 i lekko kiwał się na piętach - cholernie stylowy gest, aż dziw, że jeszcze nikt nie kazał mu pozować na okładkę „Magów i Mitów”, bo nie - to nie mogłaby być „Czarownica”, nie po tym, co wygłaszał.
- Lomek... - Burknąłem, zaciągając się szlugiem i strzepując popiół na bruk. - Jeszeli zginę pszes pszedwszesne wejsie do cukielni, pszeplasam, do klubokawialni, uznam, sze był to najbalsiej elegancki koniec mojego szałosnego szywota, na jaki mogłem szię pisaś. To bęsie, kulwa, osiągnięcie. Poza tym, jakbyś nie zauwaszył, to kolejny wszesień w moim szyciu, a ciągle szyję, co jeszt, bioląs pod uwagę twoje teolie, małym cudem albo zupełnym zapszeczeniem tego, co gadas. - Spojrzałem na niego powoli, unosząc brwi - nie dlatego, że mówił coś absurdalnego, przywykłem, po prostu podziwiałem, z jaką pasją i patosem potrafił mówić o teoriach końca świata i ich związkach z cukierniami, będąc jednocześnie człowiekiem, który ponoć zajmuje się leczeniem ludzkiego umysłu.
- Jeszteś tu dokładnie jak dziwka. - Przyznałem, wzdychając ciężko, i mocniej oparłem się o mur obok drzwi, próbując utrzymać otwarte oczy, bo powieki wciąż mi opadały. - A deadline. - Mruknąłem do Romulusa, który znowu zaczął nawijać. - Tak, słyszałem, kilka lasy, nawet od skszatki Ulsuli, któla lano infolmowała mnie, szebym nie pił twojego soku na polanny detoks, bo masz wenę i nie moszesz mieś kaca... Albo, sze masz slaczkę, więc musis piś sok, bo po kawie cała łazienka bęsie do spszątania, nie pamiętam. - Spojrzałem na zegarek, gdy Romulus wstrzymał oddech, zaciągnąłem się ostatni raz, zanim cisnąłem niedopałek na chodnik - byłem na czwartym... Albo piątym - nie liczyłem - zresztą nie był to dzień do liczenia czegokolwiek poza minutami do powrotu do łóżka. - Do końca miesiąca, ta? - Powtórzyłem, dmuchając dymem w powietrze. - A to jusz dzisiaj tszynastego, nie? Cudownie. Wies, sze masz jescze całe dwa tygodnie na panikę? Mosze ty sobie jeszcze wpisz, skolo masz czas, sze do końca miesiąca masz tesz pszestaś piepszyś tszy po tszy?
Była trzynasta zero osiem - chyba - spojrzałem na zegarek. 13:08:24 - jeszcze trzydzieści kilka sekund - przeniosłem wzrok na Romka... Odliczał... Serio, ruszał ustami jak dzieciak uczący się wierszyka, któremu obiecano nagrodę w postaci słodyczy. Tylko, że nie przewidział jednego - odpowiedź na jego pytanie była głupia. Bo brzmiała: „Nie, Romek, nie uprzedziłem jej, bo jej, do cholery, nie znam, i jestem tu tylko dlatego, że obiecałem Ambroise’owi. Poza tym mam kaca, a wziąłem cię ze sobą nie na czekoladowe żaby, tylko dlatego, że miałeś twarz człowieka, któremu trzeba dać coś do roboty. Nie wiem, co się ze mną dzieje, chyba nie umiem już odmawiać.”
- Jesteś pewien, sze nie musis jescze las splawdziś tych wsolów? - Rzuciłem przez zęby, kiedy drzwi już się uchylały, a ja czułem jego dłoń między moimi łopatkami. - Bo wies, co jak wszechświat naplawdę ekszploduje, jeśli to bęsie tszynasta dziewięś, gdy tam wejsiemy? - Odwróciłem się jeszcze przez ramię i powiedziałem. - Nie, nie upszedziłem jej, sze bęsies. Nie wiem, kto to... Nie wiem, czy ma szaby, i nie wiem, co to, do cholely, jeszt gwiesdny pył. - Chociaż miałem ochotę powiedzieć: „To nie jest wycieczka do spa, Romek - to klątwa. Ambroise mówił, że zalega tu coś paskudnego - nie, że mamy się zapowiadać na herbatkę i żabki.”, ale już mnie popychał w stronę drzwi.
Nie uprzedziłem jej - oczywiście, że nie - skąd miałem, kurwa, wiedzieć, że mam kogoś uprzedzać o żabach posypanych gwiezdnym pyłem? Znałem Roise’a, znałem sprawę z klątwą i znałem mniej więcej okolicę, ale właścicielki tej cukierni nie znałem wcale, i jakoś nie miałem w planie zaczynać naszej znajomości od składania specjalnych życzeń - nie byłem tym typem specjalisty, który wymagał wyjątkowego traktowania. Jeśli Romy czekał na swoje żaby, to miałem niepokojące przeczucie, że dziś dostanie co najwyżej karmelową krówkę.
- No, to wchosimy. - Powiedziałem, prostując się i stawiając stopę na progu dokładnie w chwili, gdy zegarek wskazał 13:09... Nie eksplodowaliśmy, komety nie spadły, a ja, przez tę krótką sekundę, zanim drzwi skrzypnęły i otwarły się, naprawdę uwierzyłem, że może - tylko może - Romulus Potter uratował mi życie. Weszliśmy - punktualnie trzynasta dziewięć - trzwi zaskrzypiały, a mnie owionął zapach cukru, cynamonu i czegoś, co w pierwszym odruchu uznałem za czekoladę, ale zaraz potem zmieniłem zdanie, bo rozpoznałem w nim subtelną nutę... Różu. Tak - „różu”, nie „róży” - cukiernia pachniała różem, nie eliksirami, nie klątwą, która czasem zostawiała zapach siarki, nie złowrogim urokiem, nie jak pył. Pachniała jak wspomnienie jakiejś ciotki, której nigdy się nie odwiedzało, bo całowała cię różową, różaną, trudno zmywalną pomadką w czoło i pytała o ocenę z transmutacji, a zaraz potem pokazywała ci zdjęcia wszystkich swoich dwudziestu dwóch kotów.
Obróciłem się do Romka.
- Szadnych szab. - Powiedziałem cicho i grobowo, jakby to była zapowiedź tragedii. - Nie wiem, Pottel, ja tam bym mosze postawił jednak na seks.
Przed nami - słodkie piekło, którego mieliśmy nie dotykać przed czasem, za nami - kometa, która się nie zjawiła, ale cholera, jeszcze wszystko mogło się zdarzyć...
!Strach przed imieniem
Teraz jednak stałem i patrzyłem na jego profil, oświetlony mdłym światłem pochmurnego wrześniowego popołudnia, podczas gdy on wyliczał, czy spadnie na nas kometa, gdy za bardzo się zbliżymy do progu klubokawiarni. Byłem zbyt niewyspany, żeby się śmiać, ale to nie znaczy, że nie próbowałem się nie śmiać. Zaciągnąłem się papierosem - tak głęboko, że przez chwilę aż mnie zatkało, a potem wypuściłem dym nosem - chciałem go użyć, jako tarczy przed absurdalną ilością słów, które Romulus wypuszczał z siebie w sposób równie niepohamowany, co Fabian po zjedzeniu zbyt dużych ilości cukru, i gdybym nie widział podobieństwa Corneliusa do syna, bez wahania powiedziałbym, że to dzieciak Romulusa. Romek stał obok mnie - czysty, wypielęgnowany, wyprasowany, z błyskiem w oku jak u dzieciaka, któremu ktoś obiecał lizaka na koniec wizyty u uzdrowiciela. Ja za to czułem się jak zużyty pergamin, albo jak zmięta chusteczka do nosa. Miałem ochotę wytknąć Potterowi, że wystroił się nie tylko, jak szczur na otwarcie kanału, ale jak szczur, który miał przy tym pierdolnąć oficjalną przemowę i zrobić zbyt wiele zdjęć z wstęgą. Oczywiście, że tego nie zrobiłem. Lubiłem jego styl i gadanie w sposób, którego wolałem nie analizować. Było… Inne, beztroskie, zawieszone gdzieś między absurdalnością foliarza a dziecięcym entuzjazmem, który pasował do rzeczywistości tak, jak śpiewający kot nebelung do sali sądowej Wizengamotu.
Oparłem się o ścianę obok drzwi cukierni, próbując nie zasnąć na stojąco. Trzynasta, trzynasta zero jeden… Może nie byłem ekspertem od psychomagii, ale byłem dość pewien, że żadna kometa nie orbituje wokół konkretnej godziny we wrześniu, a mimo to, przystanąłem, krzyżując ramiona na piersi, i patrzyłem na drzwi cukierni. Nie wyglądały groźnie - ot, zwykłe drewno, może lekko skrzypiące, może z delikatną poświatą jakiegoś taniego zabezpieczenia, które miało odstraszać łobuzów, ale możliwe, że mi się wydawało, bo z niewyspania mazało mi się przed oczami. Właściwie mogłem jeszcze spać - nie - powinienem spać. Mogłem tu wejść, załatwić sprawę, wyjść, zamiast czekać, aż wybije dziewięć po trzynastej... Wróciłbym do domu, może bym już spał, odsypiałbym kaca po ognisku.
Romulus gadał... O kometach, wzorach, ocalonym życiu. Mój mózg ledwo przetwarzał rzeczywistość, filtrując z jego monologu słowa kluczowe: „dziękuj za życie”, „czekoladowe żaby”, „deadline”. „Ocalone życie” - gówno prawda. Trajkotał już od jakichś piętnastu minut, a ja, z niedopałkiem między palcami, próbowałem nie umrzeć stojąc - trudna sprawa - a to tylko dlatego, że Ambroise poprosił. No i może dlatego, że Romek wyglądał jak zagubione psisko - jedno z tych rasowych, co to są dobrze wychowane, więc postanawiasz zabrać je na spacer, żeby mogły się rozruszać. Był człowiekiem kultury, jak sam lubił o sobie mówić, trochę za często, miałem wrażenie, że głosił to tak często tylko po to, żeby ukryć, że ostatnią nieswoją książkę przeczytał w Hogwarcie, bo dostał szlaban.
Spojrzałem na niego, lekko przekrzywiając głowę, bo tylko tyle było mnie stać w moim obecnym stanie. Miał swój uśmiech No. 5 i lekko kiwał się na piętach - cholernie stylowy gest, aż dziw, że jeszcze nikt nie kazał mu pozować na okładkę „Magów i Mitów”, bo nie - to nie mogłaby być „Czarownica”, nie po tym, co wygłaszał.
- Lomek... - Burknąłem, zaciągając się szlugiem i strzepując popiół na bruk. - Jeszeli zginę pszes pszedwszesne wejsie do cukielni, pszeplasam, do klubokawialni, uznam, sze był to najbalsiej elegancki koniec mojego szałosnego szywota, na jaki mogłem szię pisaś. To bęsie, kulwa, osiągnięcie. Poza tym, jakbyś nie zauwaszył, to kolejny wszesień w moim szyciu, a ciągle szyję, co jeszt, bioląs pod uwagę twoje teolie, małym cudem albo zupełnym zapszeczeniem tego, co gadas. - Spojrzałem na niego powoli, unosząc brwi - nie dlatego, że mówił coś absurdalnego, przywykłem, po prostu podziwiałem, z jaką pasją i patosem potrafił mówić o teoriach końca świata i ich związkach z cukierniami, będąc jednocześnie człowiekiem, który ponoć zajmuje się leczeniem ludzkiego umysłu.
- Jeszteś tu dokładnie jak dziwka. - Przyznałem, wzdychając ciężko, i mocniej oparłem się o mur obok drzwi, próbując utrzymać otwarte oczy, bo powieki wciąż mi opadały. - A deadline. - Mruknąłem do Romulusa, który znowu zaczął nawijać. - Tak, słyszałem, kilka lasy, nawet od skszatki Ulsuli, któla lano infolmowała mnie, szebym nie pił twojego soku na polanny detoks, bo masz wenę i nie moszesz mieś kaca... Albo, sze masz slaczkę, więc musis piś sok, bo po kawie cała łazienka bęsie do spszątania, nie pamiętam. - Spojrzałem na zegarek, gdy Romulus wstrzymał oddech, zaciągnąłem się ostatni raz, zanim cisnąłem niedopałek na chodnik - byłem na czwartym... Albo piątym - nie liczyłem - zresztą nie był to dzień do liczenia czegokolwiek poza minutami do powrotu do łóżka. - Do końca miesiąca, ta? - Powtórzyłem, dmuchając dymem w powietrze. - A to jusz dzisiaj tszynastego, nie? Cudownie. Wies, sze masz jescze całe dwa tygodnie na panikę? Mosze ty sobie jeszcze wpisz, skolo masz czas, sze do końca miesiąca masz tesz pszestaś piepszyś tszy po tszy?
Była trzynasta zero osiem - chyba - spojrzałem na zegarek. 13:08:24 - jeszcze trzydzieści kilka sekund - przeniosłem wzrok na Romka... Odliczał... Serio, ruszał ustami jak dzieciak uczący się wierszyka, któremu obiecano nagrodę w postaci słodyczy. Tylko, że nie przewidział jednego - odpowiedź na jego pytanie była głupia. Bo brzmiała: „Nie, Romek, nie uprzedziłem jej, bo jej, do cholery, nie znam, i jestem tu tylko dlatego, że obiecałem Ambroise’owi. Poza tym mam kaca, a wziąłem cię ze sobą nie na czekoladowe żaby, tylko dlatego, że miałeś twarz człowieka, któremu trzeba dać coś do roboty. Nie wiem, co się ze mną dzieje, chyba nie umiem już odmawiać.”
- Jesteś pewien, sze nie musis jescze las splawdziś tych wsolów? - Rzuciłem przez zęby, kiedy drzwi już się uchylały, a ja czułem jego dłoń między moimi łopatkami. - Bo wies, co jak wszechświat naplawdę ekszploduje, jeśli to bęsie tszynasta dziewięś, gdy tam wejsiemy? - Odwróciłem się jeszcze przez ramię i powiedziałem. - Nie, nie upszedziłem jej, sze bęsies. Nie wiem, kto to... Nie wiem, czy ma szaby, i nie wiem, co to, do cholely, jeszt gwiesdny pył. - Chociaż miałem ochotę powiedzieć: „To nie jest wycieczka do spa, Romek - to klątwa. Ambroise mówił, że zalega tu coś paskudnego - nie, że mamy się zapowiadać na herbatkę i żabki.”, ale już mnie popychał w stronę drzwi.
Nie uprzedziłem jej - oczywiście, że nie - skąd miałem, kurwa, wiedzieć, że mam kogoś uprzedzać o żabach posypanych gwiezdnym pyłem? Znałem Roise’a, znałem sprawę z klątwą i znałem mniej więcej okolicę, ale właścicielki tej cukierni nie znałem wcale, i jakoś nie miałem w planie zaczynać naszej znajomości od składania specjalnych życzeń - nie byłem tym typem specjalisty, który wymagał wyjątkowego traktowania. Jeśli Romy czekał na swoje żaby, to miałem niepokojące przeczucie, że dziś dostanie co najwyżej karmelową krówkę.
- No, to wchosimy. - Powiedziałem, prostując się i stawiając stopę na progu dokładnie w chwili, gdy zegarek wskazał 13:09... Nie eksplodowaliśmy, komety nie spadły, a ja, przez tę krótką sekundę, zanim drzwi skrzypnęły i otwarły się, naprawdę uwierzyłem, że może - tylko może - Romulus Potter uratował mi życie. Weszliśmy - punktualnie trzynasta dziewięć - trzwi zaskrzypiały, a mnie owionął zapach cukru, cynamonu i czegoś, co w pierwszym odruchu uznałem za czekoladę, ale zaraz potem zmieniłem zdanie, bo rozpoznałem w nim subtelną nutę... Różu. Tak - „różu”, nie „róży” - cukiernia pachniała różem, nie eliksirami, nie klątwą, która czasem zostawiała zapach siarki, nie złowrogim urokiem, nie jak pył. Pachniała jak wspomnienie jakiejś ciotki, której nigdy się nie odwiedzało, bo całowała cię różową, różaną, trudno zmywalną pomadką w czoło i pytała o ocenę z transmutacji, a zaraz potem pokazywała ci zdjęcia wszystkich swoich dwudziestu dwóch kotów.
Obróciłem się do Romka.
- Szadnych szab. - Powiedziałem cicho i grobowo, jakby to była zapowiedź tragedii. - Nie wiem, Pottel, ja tam bym mosze postawił jednak na seks.
Przed nami - słodkie piekło, którego mieliśmy nie dotykać przed czasem, za nami - kometa, która się nie zjawiła, ale cholera, jeszcze wszystko mogło się zdarzyć...
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)