05.06.2025, 15:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.06.2025, 15:09 przez Romulus Potter.)
Dobrze, przez Ambroise’a coś mi się tam rozświetliło w głowie. Tyle że… to była stara sprawa. Dawno zakopana, przysypana kurzem i nieużywanymi wspomnieniami. Kiedy ja ostatnio wspominałem o swoim agencie? Kompletnie mnie to zdezorientowało. Opis jego postury niezwykle pomógł. Czasami wołałem na niego Skrzacie. Chyba za tym nie przepadał.
– Aaa… tego agenta! – przypomniałem sobie z teatralnym westchnieniem. – To go dawno zwolniłem. Zaburzał mi estetykę. No i, między nami mówiąc, nie był aż taki idealny, jak mi się wydawało na początku. – Machnąłem ręką, jakby chciał odgonić wspomnienie, które pachniało porażką i źle dobraną czcionką na wizytówce.
Szkoda mi było tylko tego pełnego dramatyzmu monologu Ambroise’a, który poświęcił na tę istotę swoje emocje. No, ale pozwoliłem mu się uzewnętrznić. Niech ma. Może mu się lepiej zrobiło? Może to, co mu tam na kichach zalegało, musiało po prostu wyjść? Czy to słowami, czy pierdem? Nie wnikam. Emocje są jak wino. Lepiej, jak wyjdą, niż jak mają sfermentować i eksplodować w nieodpowiednim momencie.
– I ja wcale tak nie brzmię – dorzuciłem ostrzegawczo, jakbym faktycznie miał w sobie jakąkolwiek zdolność do bycia groźnym wobec Roise’a. Chociaż... kto wie? Lepiej niech mnie nie testuje. Nosiłem przy sobie wahadełko i zamierzałem to robić ZAWSZE. Po akcji z Prudence nawet spałem z nim pod poduszką. Nie wiedziałem, co mi może strzelić do głowy w czasie hipnozy, ale jedno było pewne: to będzie coś oryginalnego. Potencjalnie nielegalnego. I prawdopodobnie nieodwracalnego.
A z nogami? Halo! Ja przecież miałem asystentkę! Przepiękna kobieta. Też z nią spałem.
Owszem, moje plany względem Geraldine mogły się wydawać... brutalne. Ale to wszystko wynikało z faktu, że ona też miała w sobie sporo przemocy. Była jak porcelanowa lalka z nożem w zębach – nigdy nie wiesz, czy się uśmiecha, czy szykuje do ataku. Zresztą, oboje byli siebie warci. Brałem pod uwagę ten idiotyzm mojego przyjaciela sprzed kilku lat, którego nie chciałem po prostu rozumieć, mimo że doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, skąd on wynikał. Czy też wypływał. NO. DEBIL.
Ale nie zawsze.
– Chwila... Chcesz PRZENIEŚĆ jezioro nad ognisko? To tak się da?! – zapytałem, nagle ożywiony. Chciałem w tym uczestniczyć. Tak bardzo, że aż mi się w środku zagotowało z ekscytacji. Czy to było legalne? Pewnie nie. Ale chuj. I tak chciałem to zrobić. Ba, chciałem to zobaczyć. Bardziej niż Geraldine swoje cholerne bobry.
– Kurde, za taką akcję to mógłbym ci tu zwieść całą setkę bobrów. Magi, sragi, jakich chcesz! – dodałem z szeroko otwartymi oczami. Ożywił się we mnie ten stary huncwot, ten, co kiedyś obgryzał pióra i śmiał się w twarz prefektom. Ten, co działał, zanim pomyślał. Czy to było mądre? Nie. Ale to było trzeba. Po prostu. TRZEBA BYŁO.
– Skrzat nam ogarnie bobry – powiedziałem z pełnym przekonaniem, jakby to był plan strategiczny godny całej Rady Magii. – Tylko wpierw posprząta moją sypialnię. Nie bój żaby, wyrobi się. A my zaraz lecimy, tylko zjem śniadanie.
Czekałem już tylko na swoje francuskie croissanty. Z masłem. I czekoladą. I najlepiej jeszcze z odrobiną triumfu w smaku.
– Aaa… tego agenta! – przypomniałem sobie z teatralnym westchnieniem. – To go dawno zwolniłem. Zaburzał mi estetykę. No i, między nami mówiąc, nie był aż taki idealny, jak mi się wydawało na początku. – Machnąłem ręką, jakby chciał odgonić wspomnienie, które pachniało porażką i źle dobraną czcionką na wizytówce.
Szkoda mi było tylko tego pełnego dramatyzmu monologu Ambroise’a, który poświęcił na tę istotę swoje emocje. No, ale pozwoliłem mu się uzewnętrznić. Niech ma. Może mu się lepiej zrobiło? Może to, co mu tam na kichach zalegało, musiało po prostu wyjść? Czy to słowami, czy pierdem? Nie wnikam. Emocje są jak wino. Lepiej, jak wyjdą, niż jak mają sfermentować i eksplodować w nieodpowiednim momencie.
– I ja wcale tak nie brzmię – dorzuciłem ostrzegawczo, jakbym faktycznie miał w sobie jakąkolwiek zdolność do bycia groźnym wobec Roise’a. Chociaż... kto wie? Lepiej niech mnie nie testuje. Nosiłem przy sobie wahadełko i zamierzałem to robić ZAWSZE. Po akcji z Prudence nawet spałem z nim pod poduszką. Nie wiedziałem, co mi może strzelić do głowy w czasie hipnozy, ale jedno było pewne: to będzie coś oryginalnego. Potencjalnie nielegalnego. I prawdopodobnie nieodwracalnego.
A z nogami? Halo! Ja przecież miałem asystentkę! Przepiękna kobieta. Też z nią spałem.
Owszem, moje plany względem Geraldine mogły się wydawać... brutalne. Ale to wszystko wynikało z faktu, że ona też miała w sobie sporo przemocy. Była jak porcelanowa lalka z nożem w zębach – nigdy nie wiesz, czy się uśmiecha, czy szykuje do ataku. Zresztą, oboje byli siebie warci. Brałem pod uwagę ten idiotyzm mojego przyjaciela sprzed kilku lat, którego nie chciałem po prostu rozumieć, mimo że doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, skąd on wynikał. Czy też wypływał. NO. DEBIL.
Ale nie zawsze.
– Chwila... Chcesz PRZENIEŚĆ jezioro nad ognisko? To tak się da?! – zapytałem, nagle ożywiony. Chciałem w tym uczestniczyć. Tak bardzo, że aż mi się w środku zagotowało z ekscytacji. Czy to było legalne? Pewnie nie. Ale chuj. I tak chciałem to zrobić. Ba, chciałem to zobaczyć. Bardziej niż Geraldine swoje cholerne bobry.
– Kurde, za taką akcję to mógłbym ci tu zwieść całą setkę bobrów. Magi, sragi, jakich chcesz! – dodałem z szeroko otwartymi oczami. Ożywił się we mnie ten stary huncwot, ten, co kiedyś obgryzał pióra i śmiał się w twarz prefektom. Ten, co działał, zanim pomyślał. Czy to było mądre? Nie. Ale to było trzeba. Po prostu. TRZEBA BYŁO.
– Skrzat nam ogarnie bobry – powiedziałem z pełnym przekonaniem, jakby to był plan strategiczny godny całej Rady Magii. – Tylko wpierw posprząta moją sypialnię. Nie bój żaby, wyrobi się. A my zaraz lecimy, tylko zjem śniadanie.
Czekałem już tylko na swoje francuskie croissanty. Z masłem. I czekoladą. I najlepiej jeszcze z odrobiną triumfu w smaku.