05.06.2025, 15:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.06.2025, 17:16 przez Benjy Fenwick.)
Przez chwilę jeszcze tkwiłem w cieniu, zanim zdecydowałem się wyjść, widok na scenę przede mną tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że trafili dokładnie tam, gdzie trafiać nie powinni. Spojrzałem w górę - gałęzie drzew zlały się z nocnym niebem, ciemność była gęsta, nieruchoma i nienaturalna. Tu noc była czymś innym - gęstym i nienaruszalnym - a my byliśmy przez nią odcięci, do świtu ten teren nie pozwalał na przeniesienie się nigdzie, tak po prostu, a ja nie czułem potrzeby wnikać, dlaczego to tak działa... Albo raczej - dlaczego to tak nie działa - tak było i już, musieliśmy przeczekać. Ta część lasu rządziła się swoimi prawami - wiedziałem o tym aż za dobrze, bo już raz próbowałem się stąd teleportować. Wiedziałem, gdzie jesteśmy, znałem to miejsce lepiej, niż chciałem przyznać, i z całą pewnością wiedziałem, że błąkanie się tu nocą po prostu nie działa - ram się o tym przekonałem - raz, wystarczyło raz, żebym nigdy więcej nie popełnił tego błędu.
Bletchley przycupnęła przy pniu tuż obok mnie, tak blisko, że mógłbym dmuchnąć jej w kark. W innych okolicznościach pewnie bym to zrobił - gdybyśmy byli gdzieś indziej, w innych nastrojach, a ja nie musiałbym zachować pełnej czujności... Nie, teraz to nie miało znaczenia, a mimo to, zalążek tej myśli uniósł mi kącik ust.
Wyszedłem z cienia, w końcu, jak ktoś, kto po prostu już tu był, tylko właśnie postanowił się ujawnić.
Potter zawsze był głośny - jak zwykle dramatyzował, wołał o pomoc z takim przekonaniem, jakby świat się kończył, głośno, impulsywnie, z histerycznym rozedrganiem, które znałem aż za dobrze, i może właśnie dlatego, w tamtym momencie, kiedy wreszcie wynurzyłem się z cienia - gęstego, ciemnego jak atrament - nie odpowiedziałem mu od razu. Zatrzymałem się - pozwoliłem mu mówić, wylać z siebie tę całą histerię, bo moim przyjacielem, jasne, ale to nie znaczyło, że nie miałem ochoty zatkać mu ust jakąś zaklętą szmatą, zanim ściągnie tu na nas całą uwagę tej przeklętej części puszczy. Zaczął wyrzucać z siebie wszystko, cały potok emocji, paniki, niedowierzania, próbował mnie złapać za łokieć, pozwoliłem mu na to, ale tylko przez chwilę. Być może fizyczny kontakt miał rozwiać jego wątpliwości - albo najwyraźniej mnie uratować przed Prudence, o której odsunąłem się z nim o dwa kroki, z miną, jakby śmierdziała, bo... Trochę tak było - dym i jeżyny, to było nieatrakcyjne połączenie.
Romulus krzyczał z całą tą swoją dramatyczną, niepohamowaną intensywnością, która zwykle mnie bawiła, ale nie teraz, nie tutaj - tym razem czułem tylko, jak ciarki pełzną mi po karku, bo im dłużej na niego patrzyłem, tym bardziej byłem pewien, że nie miał zielonego pojęcia, gdzie bylśmy, ani, z czym igra.
- Lomek... - Zacząłem powoli, nie ruszając się ani o krok. - Jeszli chces dowodu, sze to ja, to… Twoja była, Bettany… Pamiętas Bettany, nie? Miała ten niepszyjemny zwyszaj nasywania twojego penisa… - Urwałem, chrząkając znacząco, spojrzałem mu w oczy, a potem jeszcze niżej, dla pełnego efektu. To jedno zdanie, chociaż niepełne, miało moc bomby atomowej - wiedziałem, że nic nie potwierdzi mojej tożsamości lepiej, niż wspomnienie, którego nikt inny nie powinien znać, a którego Romulus nie znosił bardziej niż czegokolwiek innego.
- Jeszteśmy w stalej częsi lasu. - Powiedziałem powoli, żeby oboje mogli to przyswoić. - I tak, wiem, gdzie dokładnie. Tu nie działa telepoltasja, pszynajmniej nocą, pszekonałem się o tym wiele lat temu, kiedy… No, mniejsza o to. - Spojrzałem na nich z góry, mierząc każdego chłodnym, stanowczym spojrzeniem. - Nie zamieszam szię stąd luszaś asz do świtu, wy tesz nie powinniście. Ja nigdzie nie idę, nie s dwojgiem ludzi. S jedną osobą, mosze bym splóbował, ale nie zamieszam lysykowaś. Ten las sząsi szię swoimi plawami, któle wy, swoją dlogą, złamaliszcie pewnie kilkadziesiąt lasy, sądząc po tym, jak szię zachowujesie. - Spojrzałem znacząco na Romulusa. - Ty jeszteś tak ostentacyjnie głośny, sze chyba cały las jusz wie, sze tu jeszteśmy. - Zwróciłem wzrok w stronę Prudence, która przycupnęła przy drzewie, nie ruszała się, była uważna, chociaż wyraźnie przeciążona. - A ty... Losumiem, sze nikt cię nie nauczył nie składaś klwawych ofial w miejscach, o któlych chuja wies?
Wyglądała, jakby to nie jej dotyczyło, jak gdyby jej umysł działał na zupełnie innym poziomie niż nasz - może i działał, ale nie zamierzałem się nad tym rozwodzić, nawet jeśli kusiło mnie, żeby powiedzieć coś więcej, zasygnalizować... Cokolwiek - nie zrobiłem tego, po prostu nie. Nie powiedziałem nic więcej, ani słowa więcej niż to, co musiała usłyszeć, nasza umowa była jasna - nie tu, nie teraz, nie przy nim, nie, to nie była ta rozmowa. Nigdy nie miała być.
- Lospalę ognisko, zabespieczę telen, potem moszecie szię kłóciś, glyś, zabijaś albo medytowaś, wszystko mi jedno, ale nie lusamy się sztąd ani o klok.
Koniec, kropka - nie było pola do dyskusji - mój głos był cichy, ale stanowczy.
- Ambloise ma twój pielścionek. -Powiedziałem tylko na dokładkę. - Spadł, kiedy polwał was świstoklik, stąd wiedzieliśmy mniej więcej, gdzie was szukaś. - Poinformowałem.
Zaraz potem spojrzałem na Romka, jeszcze raz, i dodałem, jakby od niechcenia, ale ton miałem śmiertelnie poważny.
- Lomulus. - Spojrzałem na niego znacząco. - To las numelologiszny.
Potrzebował czegoś, w co mógłby wierzyć - nawet jeśli to miało być idiotyczne, idiotyzmy czasem ratują ludzi - oznaczało to karmienie go łgarstwami.
- Stego lasu da szię wyjś tylko lewą nogą, gęsiego, i to dokładnie o siódmej siedem, lano albo wieszolem. Musi byś siódma siedem, bo jeszt nas tloje, a siódemka to liszba ochlonna, to nie mosze byś szósta. Szósta to wieloklotnoś tlójki, a tlójka jeszt tu pszeklęta. - Powiedziałem z taką powagą, że aż sam się sobie dziwiłem. - Na zegalku muszi byś siódma siedem, gdy wyjsiemy s tej częsi lasu, minuta wcześniej i, gówno, wszystko szię zapętla. Jasne?
Oczywiście to była bzdura, lecz na razie musiałem go czymś zająć, dać mu kierunek, nawet fałszywy. Uspokajanie go logicznymi argumentami nie działało, nigdy, ale pseudokonkret? Pseudokonkrety go rozbrajały. Wiedziałem, że to łyknie - już nie raz tak było - jak dzieciak, któremu podajesz historię tak absurdalną, że nie ma wyjścia, musi być prawdziwa.
- Mam wodę, tlochę helbaty, jedzenie. Ktoś coś potszebuje?
Ruszyłem się - bez emocji, bez paniki, ze zorganizowanym, opanowanym wyrazem twarzy i spokojem, który starałem się rozciągnąć na ich dwójkę - zsunąłem plecak z ramienia i już, klękając, zacząłem gmerać w kieszeniach. Nie dodawałem, że świt będzie za cztery godziny i dwadzieścia trzy minuty, nie mówiłem też, że to będą najdłuższe cztery godziny, jakie człowiek może przeżyć. Zresztą - to był ich problem, nie mój, ja nie zamierzałem być ich mediatorem - moim zadaniem było tylko dopilnować, żebyśmy wrócili do domu.
Bletchley przycupnęła przy pniu tuż obok mnie, tak blisko, że mógłbym dmuchnąć jej w kark. W innych okolicznościach pewnie bym to zrobił - gdybyśmy byli gdzieś indziej, w innych nastrojach, a ja nie musiałbym zachować pełnej czujności... Nie, teraz to nie miało znaczenia, a mimo to, zalążek tej myśli uniósł mi kącik ust.
Wyszedłem z cienia, w końcu, jak ktoś, kto po prostu już tu był, tylko właśnie postanowił się ujawnić.
Potter zawsze był głośny - jak zwykle dramatyzował, wołał o pomoc z takim przekonaniem, jakby świat się kończył, głośno, impulsywnie, z histerycznym rozedrganiem, które znałem aż za dobrze, i może właśnie dlatego, w tamtym momencie, kiedy wreszcie wynurzyłem się z cienia - gęstego, ciemnego jak atrament - nie odpowiedziałem mu od razu. Zatrzymałem się - pozwoliłem mu mówić, wylać z siebie tę całą histerię, bo moim przyjacielem, jasne, ale to nie znaczyło, że nie miałem ochoty zatkać mu ust jakąś zaklętą szmatą, zanim ściągnie tu na nas całą uwagę tej przeklętej części puszczy. Zaczął wyrzucać z siebie wszystko, cały potok emocji, paniki, niedowierzania, próbował mnie złapać za łokieć, pozwoliłem mu na to, ale tylko przez chwilę. Być może fizyczny kontakt miał rozwiać jego wątpliwości - albo najwyraźniej mnie uratować przed Prudence, o której odsunąłem się z nim o dwa kroki, z miną, jakby śmierdziała, bo... Trochę tak było - dym i jeżyny, to było nieatrakcyjne połączenie.
Romulus krzyczał z całą tą swoją dramatyczną, niepohamowaną intensywnością, która zwykle mnie bawiła, ale nie teraz, nie tutaj - tym razem czułem tylko, jak ciarki pełzną mi po karku, bo im dłużej na niego patrzyłem, tym bardziej byłem pewien, że nie miał zielonego pojęcia, gdzie bylśmy, ani, z czym igra.
- Lomek... - Zacząłem powoli, nie ruszając się ani o krok. - Jeszli chces dowodu, sze to ja, to… Twoja była, Bettany… Pamiętas Bettany, nie? Miała ten niepszyjemny zwyszaj nasywania twojego penisa… - Urwałem, chrząkając znacząco, spojrzałem mu w oczy, a potem jeszcze niżej, dla pełnego efektu. To jedno zdanie, chociaż niepełne, miało moc bomby atomowej - wiedziałem, że nic nie potwierdzi mojej tożsamości lepiej, niż wspomnienie, którego nikt inny nie powinien znać, a którego Romulus nie znosił bardziej niż czegokolwiek innego.
- Jeszteśmy w stalej częsi lasu. - Powiedziałem powoli, żeby oboje mogli to przyswoić. - I tak, wiem, gdzie dokładnie. Tu nie działa telepoltasja, pszynajmniej nocą, pszekonałem się o tym wiele lat temu, kiedy… No, mniejsza o to. - Spojrzałem na nich z góry, mierząc każdego chłodnym, stanowczym spojrzeniem. - Nie zamieszam szię stąd luszaś asz do świtu, wy tesz nie powinniście. Ja nigdzie nie idę, nie s dwojgiem ludzi. S jedną osobą, mosze bym splóbował, ale nie zamieszam lysykowaś. Ten las sząsi szię swoimi plawami, któle wy, swoją dlogą, złamaliszcie pewnie kilkadziesiąt lasy, sądząc po tym, jak szię zachowujesie. - Spojrzałem znacząco na Romulusa. - Ty jeszteś tak ostentacyjnie głośny, sze chyba cały las jusz wie, sze tu jeszteśmy. - Zwróciłem wzrok w stronę Prudence, która przycupnęła przy drzewie, nie ruszała się, była uważna, chociaż wyraźnie przeciążona. - A ty... Losumiem, sze nikt cię nie nauczył nie składaś klwawych ofial w miejscach, o któlych chuja wies?
Wyglądała, jakby to nie jej dotyczyło, jak gdyby jej umysł działał na zupełnie innym poziomie niż nasz - może i działał, ale nie zamierzałem się nad tym rozwodzić, nawet jeśli kusiło mnie, żeby powiedzieć coś więcej, zasygnalizować... Cokolwiek - nie zrobiłem tego, po prostu nie. Nie powiedziałem nic więcej, ani słowa więcej niż to, co musiała usłyszeć, nasza umowa była jasna - nie tu, nie teraz, nie przy nim, nie, to nie była ta rozmowa. Nigdy nie miała być.
- Lospalę ognisko, zabespieczę telen, potem moszecie szię kłóciś, glyś, zabijaś albo medytowaś, wszystko mi jedno, ale nie lusamy się sztąd ani o klok.
Koniec, kropka - nie było pola do dyskusji - mój głos był cichy, ale stanowczy.
- Ambloise ma twój pielścionek. -Powiedziałem tylko na dokładkę. - Spadł, kiedy polwał was świstoklik, stąd wiedzieliśmy mniej więcej, gdzie was szukaś. - Poinformowałem.
Zaraz potem spojrzałem na Romka, jeszcze raz, i dodałem, jakby od niechcenia, ale ton miałem śmiertelnie poważny.
- Lomulus. - Spojrzałem na niego znacząco. - To las numelologiszny.
Potrzebował czegoś, w co mógłby wierzyć - nawet jeśli to miało być idiotyczne, idiotyzmy czasem ratują ludzi - oznaczało to karmienie go łgarstwami.
- Stego lasu da szię wyjś tylko lewą nogą, gęsiego, i to dokładnie o siódmej siedem, lano albo wieszolem. Musi byś siódma siedem, bo jeszt nas tloje, a siódemka to liszba ochlonna, to nie mosze byś szósta. Szósta to wieloklotnoś tlójki, a tlójka jeszt tu pszeklęta. - Powiedziałem z taką powagą, że aż sam się sobie dziwiłem. - Na zegalku muszi byś siódma siedem, gdy wyjsiemy s tej częsi lasu, minuta wcześniej i, gówno, wszystko szię zapętla. Jasne?
Oczywiście to była bzdura, lecz na razie musiałem go czymś zająć, dać mu kierunek, nawet fałszywy. Uspokajanie go logicznymi argumentami nie działało, nigdy, ale pseudokonkret? Pseudokonkrety go rozbrajały. Wiedziałem, że to łyknie - już nie raz tak było - jak dzieciak, któremu podajesz historię tak absurdalną, że nie ma wyjścia, musi być prawdziwa.
- Mam wodę, tlochę helbaty, jedzenie. Ktoś coś potszebuje?
Ruszyłem się - bez emocji, bez paniki, ze zorganizowanym, opanowanym wyrazem twarzy i spokojem, który starałem się rozciągnąć na ich dwójkę - zsunąłem plecak z ramienia i już, klękając, zacząłem gmerać w kieszeniach. Nie dodawałem, że świt będzie za cztery godziny i dwadzieścia trzy minuty, nie mówiłem też, że to będą najdłuższe cztery godziny, jakie człowiek może przeżyć. Zresztą - to był ich problem, nie mój, ja nie zamierzałem być ich mediatorem - moim zadaniem było tylko dopilnować, żebyśmy wrócili do domu.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)