05.06.2025, 23:27 ✶
Pokiwała powoli głową, przyglądając mu się uważnie. Widziała, jak drgał kącik jego ust, kiedy wracała do środka i machinalnie spojrzała na pudełko ze świeczkami. Czyżby zapomniała o…? Nie była do końca pewna, czy okaz, otrzymany w prezencie od byłego męża pocztą został przez nią ukryty w pudle, czy może jednak zostawiła go na pastwę gapiów w pudełku ze świecami. Po chwili jednak uznała, że nie będzie się przejmować — odsunęła zmartwienia na bok. W końcu czy ktoś jeszcze w Londynie nie widział na oczy kutasoświeczki? Szczerze w to wątpiła.
Złożyła na pół podarowaną kartkę i schowała ją zaraz do spodni, nie chcąc jej zgubić. Zaraz jednak wyjęła ją z kieszeni, aby ułożyć na zakurzonym przez popiół blacie kontuaru, gdzie przytrzymała wiadomość ametystowym przyciskiem do papierów.
Nie chciała mówić już nic więcej w chwili ich pożegnania. Nie chciała myśleć, że może to być ostatni raz kiedy się zobaczą. Nie, powiedziała sobie twardo w myślach, ściskając policzek brata jeszcze raz, przestań pieprzyć.
On w lato uratował ją. Teraz ona musiała siedzieć i patrzeć, jak inni ryzykują życia, gdy ona poświęcała się przyjmowaniu cywili — podnoszeniu morale, gdy dzieci chlipały w kącie, a dorośli w nerwach nie wiedzieli w co włożyć ręce. Pamiętała słowa Morpheusa, który próbował uspokoić ją dokładnie w tym samym antykwariacie.
Oczywiście, że nie umrzesz. Nie pozwolę na to, nawet jeżeli miałbym przestawić dla ciebie czas i załamać czasoprzestrzeń.
Zawsze wiedziała, że zrobiłaby dla niego dokładnie to samo.
Dlatego wypadła z kamienicy ledwie minutę po tym, jak Longbottom zniknął, trzaskając drzwiami i wprawiając dzwonek przy futrynie w ruch. Ktoś krzyczał na ulicy, niebezpiecznie blisko i okropnie głośno. Wiedziała, że to nie on, ale nie mogła się powstrzymać. Wybiegła z antykwariatu i wpadła na szwagra, chwytając go mocno za ramię i czując na policzkach i włosach kolejne płatki popiołu.
Spojrzała na niego, patrząc czy nic mu nie jest. Na całe szczęście nie wyglądał inaczej niż te kilka chwil temu.
— Nie waż się umierać mi na progu, smarku — powiedziała trochę zbyt lekko, trochę nieodpowiednio wyciągając jego przezwisko z czasów, kiedy był jeszcze małym dzieciakiem.
Złożyła na pół podarowaną kartkę i schowała ją zaraz do spodni, nie chcąc jej zgubić. Zaraz jednak wyjęła ją z kieszeni, aby ułożyć na zakurzonym przez popiół blacie kontuaru, gdzie przytrzymała wiadomość ametystowym przyciskiem do papierów.
Nie chciała mówić już nic więcej w chwili ich pożegnania. Nie chciała myśleć, że może to być ostatni raz kiedy się zobaczą. Nie, powiedziała sobie twardo w myślach, ściskając policzek brata jeszcze raz, przestań pieprzyć.
On w lato uratował ją. Teraz ona musiała siedzieć i patrzeć, jak inni ryzykują życia, gdy ona poświęcała się przyjmowaniu cywili — podnoszeniu morale, gdy dzieci chlipały w kącie, a dorośli w nerwach nie wiedzieli w co włożyć ręce. Pamiętała słowa Morpheusa, który próbował uspokoić ją dokładnie w tym samym antykwariacie.
Oczywiście, że nie umrzesz. Nie pozwolę na to, nawet jeżeli miałbym przestawić dla ciebie czas i załamać czasoprzestrzeń.
Zawsze wiedziała, że zrobiłaby dla niego dokładnie to samo.
Dlatego wypadła z kamienicy ledwie minutę po tym, jak Longbottom zniknął, trzaskając drzwiami i wprawiając dzwonek przy futrynie w ruch. Ktoś krzyczał na ulicy, niebezpiecznie blisko i okropnie głośno. Wiedziała, że to nie on, ale nie mogła się powstrzymać. Wybiegła z antykwariatu i wpadła na szwagra, chwytając go mocno za ramię i czując na policzkach i włosach kolejne płatki popiołu.
Spojrzała na niego, patrząc czy nic mu nie jest. Na całe szczęście nie wyglądał inaczej niż te kilka chwil temu.
— Nie waż się umierać mi na progu, smarku — powiedziała trochę zbyt lekko, trochę nieodpowiednio wyciągając jego przezwisko z czasów, kiedy był jeszcze małym dzieciakiem.
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you