06.06.2025, 13:14 ✶
Ta, traumę to na pewno jakąś miałem. szok również, ale co z tego, skoro co jakiś czas słyszałem głosy? Nie zamierzałem się tym dzielić z Ambroisem. Już i tak miał mnie za wariata. Co by to było, gdybym mu jeszcze powiedział, że dym unoszący się nad Londynem lata za mną i szepcze mi do ucha? Nie, wcale nie sprośne rzeczy. Raczej zawinienia...
No, uznałby, że całkiem mi odwaliło. Wolałem już świrować żartem, niż na poważnie. Ot, drobne zatajenie prawdy dla dobra własnego samopoczucia, a przede wszystkim zdrowia psychicznego. To ostatnie było szczególnie istotne. W końcu byłem magipsychiatrą. Takie stawiałem sobie zalecenia. Byłem więc usprawiedliwiony.
– O, jak ty mnie znasz, Greengrass. Najwyraźniej jesteś specjalistą od czarodziejskich umysłów – skwitowałem jego przytyki. Może... Może faktycznie powinienem liderować? Ale to nie miało sensu. Po co nam koroner jako specjalista? Chyba nie chcemy oceniać przyczyn zgonów, żeby uratować świat?
– A tak serio, to poświęcenie z mojej strony. Ty też czasem mógłbyś podkulić ogon dla większego dobra – podsumowałem, znajdując wygodniejsze wyjście z tej sytuacji. To nie była trauma ani osobiste problemy. To moje bohaterskie czyny pchały mnie do takich decyzji. Tak, właśnie tak. Zamierzałem się tego trzymać. – Tak, i to na rzecz Corneliusa – dodałem, choć prawda była taka, że to JA miałem WIĘKSZĄ wiedzę od Corneliusa. Dlatego to on powinien się zająć dowodzeniem, a ja – myśleniem.
Uśmiechnąłem się, gdy Ambroise’a zaczepił jakiś natręt. Przynajmniej nie mógł mi się odgryźć. Niestety, mnie też jakiś typ wyłapał. Wyglądaliśmy zbyt inteligentnie jak na ten tłum. I byliśmy wysocy. Za łatwo było nas wychwycić.
Wysłuchałem tego nieznajomego mi mężczyznę z poważną miną, z niezbyt poważnymi futrzakami na ramionach, po czym zarzuciłem sobie Pana Puszka na kark. Obejrzałem rękę natręta, dotknąłem, pomacałem jego palącą dłoń. Zdawało się, że nic mu nie dolega. Spojrzałem mu w oczy, dotknąłem czoła, potem karku, na koniec znowu dłoni.
Cóż, postanowiłem być dupkiem. Nie wiem, czy rzeczywiście coś mu było, czy nie. Powierzchowne badanie niczego nie wykazało i nie pokrywało się z zeznaniami. Zresztą, z tego co widziałem, byli tu poważniej poszkodowani niż on. A on wyglądał na zwykłego hipochondryka, więc...
Phi. Szkoda, że nie słyszałem myśli Ambroise’a. Ale jako magipsychiatra w trzy sekundy i tak bym hipochondrii nie wyleczył. To taka obsesja, że potrzebowałbym kilku solidnych sesji. Pozostawała więc improwizacja. No i moja wrodzona śmiałość do kłamania, choć sam nie znosiłem być okłamywany. Ale to wszystko w ramach wyższego dobra, panie władzo Romulusie Czujny.
– Faktycznie, ma pan rację – stwierdziłem, puszczając jego rękę. – Niestety, jak pan widzi, panuje totalny chaos. Wszystkie wanny mamy zajęte, ale może pan sobie pomóc w warunkach domowych. Lodowata kąpiel. Najlepiej z lodem himalajskim, ale jeśli pan nie ma, może być zwykły. Zanim pan wejdzie do balii, proszę wziąć pięć listków melisy i stworzyć z nich odwrócony pentagram na powierzchni wody. Zamieszać. Trzy razy w prawo, następnie trzy razy w lewo, a na koniec ponownie trzy razy w prawo. Wejść do wody i kontrolować temperaturę swojego ciała. Powinna spadać już w pierwszej godzinie. Siedzieć do skutku – powtórzyłem mu cały proces, żeby zapamiętał. – Pamięta pan? To doskonale – dodałem, klepiąc go po ramieniu na otuchę. – Uda się panu. Ja w pana wierzę. Proszę siedzieć w tej lodowatej wodzie DO SKUTKU – powtórzyłem jeszcze raz, po czym pożegnałem się z nim i spojrzałem na Ambroise’a, który nadal się motał ze swoim pacjentem. A przecież mieliśmy świat do ratowania!
Zamierzałem mu pomóc dokładnie tak samo: wysłuchać, ocenić sytuację, rzucić parę poważnych stwierdzeń, a na koniec zalecić kąpiel z lodem i melisą. Dałem też obojgu interesantom wizytówki. Niech zapiszą się do Lecznicy Dusz na rozmowę. Ze zniżką.
– Wszystko z tobą w porządku, Ambroise? Wychodzisz z wprawy – zauważyłem kpiąco, łapiąc go za łokieć i ciągnąc w stronę Corneliusa. Ratowanie świata nie mogło czekać. Pan Puszek chybotał mi się na ramieniu, wbijając pazury, żeby się utrzymać, ale byłem do tego przyzwyczajony.
– CORNELIUSIE! – zawołałem jeszcze raz, jakby nie mógł nas przecież wypatrzyć w tym tłumie. My byliśmy najwyższymi przystojniakami świata, a Pan Puszek stał się najwyższym kotem świata. Hehe.
| foliowa czapka, leczenie, kłamstwo
No, uznałby, że całkiem mi odwaliło. Wolałem już świrować żartem, niż na poważnie. Ot, drobne zatajenie prawdy dla dobra własnego samopoczucia, a przede wszystkim zdrowia psychicznego. To ostatnie było szczególnie istotne. W końcu byłem magipsychiatrą. Takie stawiałem sobie zalecenia. Byłem więc usprawiedliwiony.
– O, jak ty mnie znasz, Greengrass. Najwyraźniej jesteś specjalistą od czarodziejskich umysłów – skwitowałem jego przytyki. Może... Może faktycznie powinienem liderować? Ale to nie miało sensu. Po co nam koroner jako specjalista? Chyba nie chcemy oceniać przyczyn zgonów, żeby uratować świat?
– A tak serio, to poświęcenie z mojej strony. Ty też czasem mógłbyś podkulić ogon dla większego dobra – podsumowałem, znajdując wygodniejsze wyjście z tej sytuacji. To nie była trauma ani osobiste problemy. To moje bohaterskie czyny pchały mnie do takich decyzji. Tak, właśnie tak. Zamierzałem się tego trzymać. – Tak, i to na rzecz Corneliusa – dodałem, choć prawda była taka, że to JA miałem WIĘKSZĄ wiedzę od Corneliusa. Dlatego to on powinien się zająć dowodzeniem, a ja – myśleniem.
Uśmiechnąłem się, gdy Ambroise’a zaczepił jakiś natręt. Przynajmniej nie mógł mi się odgryźć. Niestety, mnie też jakiś typ wyłapał. Wyglądaliśmy zbyt inteligentnie jak na ten tłum. I byliśmy wysocy. Za łatwo było nas wychwycić.
Wysłuchałem tego nieznajomego mi mężczyznę z poważną miną, z niezbyt poważnymi futrzakami na ramionach, po czym zarzuciłem sobie Pana Puszka na kark. Obejrzałem rękę natręta, dotknąłem, pomacałem jego palącą dłoń. Zdawało się, że nic mu nie dolega. Spojrzałem mu w oczy, dotknąłem czoła, potem karku, na koniec znowu dłoni.
Cóż, postanowiłem być dupkiem. Nie wiem, czy rzeczywiście coś mu było, czy nie. Powierzchowne badanie niczego nie wykazało i nie pokrywało się z zeznaniami. Zresztą, z tego co widziałem, byli tu poważniej poszkodowani niż on. A on wyglądał na zwykłego hipochondryka, więc...
Phi. Szkoda, że nie słyszałem myśli Ambroise’a. Ale jako magipsychiatra w trzy sekundy i tak bym hipochondrii nie wyleczył. To taka obsesja, że potrzebowałbym kilku solidnych sesji. Pozostawała więc improwizacja. No i moja wrodzona śmiałość do kłamania, choć sam nie znosiłem być okłamywany. Ale to wszystko w ramach wyższego dobra, panie władzo Romulusie Czujny.
– Faktycznie, ma pan rację – stwierdziłem, puszczając jego rękę. – Niestety, jak pan widzi, panuje totalny chaos. Wszystkie wanny mamy zajęte, ale może pan sobie pomóc w warunkach domowych. Lodowata kąpiel. Najlepiej z lodem himalajskim, ale jeśli pan nie ma, może być zwykły. Zanim pan wejdzie do balii, proszę wziąć pięć listków melisy i stworzyć z nich odwrócony pentagram na powierzchni wody. Zamieszać. Trzy razy w prawo, następnie trzy razy w lewo, a na koniec ponownie trzy razy w prawo. Wejść do wody i kontrolować temperaturę swojego ciała. Powinna spadać już w pierwszej godzinie. Siedzieć do skutku – powtórzyłem mu cały proces, żeby zapamiętał. – Pamięta pan? To doskonale – dodałem, klepiąc go po ramieniu na otuchę. – Uda się panu. Ja w pana wierzę. Proszę siedzieć w tej lodowatej wodzie DO SKUTKU – powtórzyłem jeszcze raz, po czym pożegnałem się z nim i spojrzałem na Ambroise’a, który nadal się motał ze swoim pacjentem. A przecież mieliśmy świat do ratowania!
Zamierzałem mu pomóc dokładnie tak samo: wysłuchać, ocenić sytuację, rzucić parę poważnych stwierdzeń, a na koniec zalecić kąpiel z lodem i melisą. Dałem też obojgu interesantom wizytówki. Niech zapiszą się do Lecznicy Dusz na rozmowę. Ze zniżką.
– Wszystko z tobą w porządku, Ambroise? Wychodzisz z wprawy – zauważyłem kpiąco, łapiąc go za łokieć i ciągnąc w stronę Corneliusa. Ratowanie świata nie mogło czekać. Pan Puszek chybotał mi się na ramieniu, wbijając pazury, żeby się utrzymać, ale byłem do tego przyzwyczajony.
– CORNELIUSIE! – zawołałem jeszcze raz, jakby nie mógł nas przecież wypatrzyć w tym tłumie. My byliśmy najwyższymi przystojniakami świata, a Pan Puszek stał się najwyższym kotem świata. Hehe.
| foliowa czapka, leczenie, kłamstwo