06.06.2025, 22:07 ✶
– Jesteś sceptyczny, bo źle na to patrzysz. Pomyśl, ile tragedii mógłbyś uniknąć w swoim życiu, gdybyś był choć odrobinę przezorny? Może to nie komety. Może nie one nam zagrażały, ale coś mogło. Wiesz, efekt motyla. A wejście tu o tej porze mogło powstrzymać resztę – stwierdziłem, gotów wygłosić dłuższe przemówienie na ten temat, ale Benjy właściwie mnie obrażał. A właściwie, obrażał mój sok.
Ignorant na całego! Gdyby nie sok, wyglądałbym teraz pewnie tak jak on. A tak... prezentowałem się wręcz wyśmienicie. Zapewne pomogło też poranne przelewanie wody przez mój runiczny lejek. Jak nic oczyszczał ją z tego zaklątwionego badziewia. Byłem zdrów jak ryba, a nawet bardziej!
– Nie mogę mieć kaca. Nie mogę być niedospany. Nie mogę wyglądać nagannie – wyliczyłem z naciskiem i się spięło, bo czas przyspieszył. Już gonił, więc zaniemówiłem nie tylko przez zegarek, przez pchanie Benka do przodu, ale też przez jego kolejną ignorancję, tym razem objawiającą się nieznajomością mojego przecudownego gwiezdnego pyłu i… BRAKIEM CZEKOLADOWYCH ŻAB?!
Aż sam zapomniałem się przywitać, choć uznałem to wcześniej za niezwykle ważne.
– JAK TO ŻADNYCH ŻAB?! – podniosłem głos, oburzony, wpatrując się w jego twarz i dopiero teraz dostrzegając róż. Róż, róż, róż. No tak. Dużo różu. Trochę sadzy. Było brudno, ale to pewnie przez pożary...
Ale to i tak nie najważniejsze, bo właśnie weszliśmy do środka. Była trzynasta zero dziewięć. Zapewne Nora, właścicielka, właśnie mówiła nam dzień dobry, witając się z nami w bardzo… takiej fajnej sukience. I wcale nie gorszych, a nawet lepszych butach. Nie mogłem się powstrzymać i przemknąłem wzrokiem ze trzy razy wzdłuż jej nóg.
Zreflektowałem się po czasie i ukłoniłem się nieznacznie.
– Dzień dobry! – zawołałem, rozkładając ręce, jakbym witał się ze światowej sławy gwiazdą rocka. Ale nie, to było coś więcej. Piękna, przecudowna kobieta, która potrafiła robić wyjątkowe żaby dla wyjątkowego faceta. – Romulus Peter Potter, dla ciebie Romek – przedstawiłem się natychmiast, pokonując tych kilka kroków, które nas dzieliły, by przytulić ją do siebie... albo siebie do niej. Była zaskakująco niska jak na tak WIELKĄ KOBIETĘ, ale tak już bywało. Po prostu stała w kolejce po kulinarny kunszt, a nie jakieś prozaizmy typu wzrost.
Ach, te uda...
Dobrze. Co ja tu...
– To Benjy. Jesteśmy tu od Roise’a… W sensie – Ambroise’a, w sprawie klątwy. Ale nie odmówimy, jeśli zapodziały ci się gdzieś pod sukienką czekoladowe żaby w miodzie, posypane przez przypadek – albo i całkiem umyślnie – solą himalajską i gwiezdnym pyłem? – zapytałem, prostując się. Dzięki temu mogłem też z bliska zlustrować jej biust i ogólnie każdy skrawek ciała, jakbym rzeczywiście szukał tych żab. Trochę szukałem. Trochę podziwiałem.
– Cóż, ja tu jestem dla uroku osobistego, a Benjy odprawi swoje mroczne rytuały, żeby kawiarnia wróciła do normalności – przyznałem, robiąc krok w bok, by miała też widok na naszego Ser Pano Ignoranto. – Benciu, uśmiechnij się do pani – rzuciłem z diabelskim błyskiem w oku.
Ignorant na całego! Gdyby nie sok, wyglądałbym teraz pewnie tak jak on. A tak... prezentowałem się wręcz wyśmienicie. Zapewne pomogło też poranne przelewanie wody przez mój runiczny lejek. Jak nic oczyszczał ją z tego zaklątwionego badziewia. Byłem zdrów jak ryba, a nawet bardziej!
– Nie mogę mieć kaca. Nie mogę być niedospany. Nie mogę wyglądać nagannie – wyliczyłem z naciskiem i się spięło, bo czas przyspieszył. Już gonił, więc zaniemówiłem nie tylko przez zegarek, przez pchanie Benka do przodu, ale też przez jego kolejną ignorancję, tym razem objawiającą się nieznajomością mojego przecudownego gwiezdnego pyłu i… BRAKIEM CZEKOLADOWYCH ŻAB?!
Aż sam zapomniałem się przywitać, choć uznałem to wcześniej za niezwykle ważne.
– JAK TO ŻADNYCH ŻAB?! – podniosłem głos, oburzony, wpatrując się w jego twarz i dopiero teraz dostrzegając róż. Róż, róż, róż. No tak. Dużo różu. Trochę sadzy. Było brudno, ale to pewnie przez pożary...
Ale to i tak nie najważniejsze, bo właśnie weszliśmy do środka. Była trzynasta zero dziewięć. Zapewne Nora, właścicielka, właśnie mówiła nam dzień dobry, witając się z nami w bardzo… takiej fajnej sukience. I wcale nie gorszych, a nawet lepszych butach. Nie mogłem się powstrzymać i przemknąłem wzrokiem ze trzy razy wzdłuż jej nóg.
Zreflektowałem się po czasie i ukłoniłem się nieznacznie.
– Dzień dobry! – zawołałem, rozkładając ręce, jakbym witał się ze światowej sławy gwiazdą rocka. Ale nie, to było coś więcej. Piękna, przecudowna kobieta, która potrafiła robić wyjątkowe żaby dla wyjątkowego faceta. – Romulus Peter Potter, dla ciebie Romek – przedstawiłem się natychmiast, pokonując tych kilka kroków, które nas dzieliły, by przytulić ją do siebie... albo siebie do niej. Była zaskakująco niska jak na tak WIELKĄ KOBIETĘ, ale tak już bywało. Po prostu stała w kolejce po kulinarny kunszt, a nie jakieś prozaizmy typu wzrost.
Ach, te uda...
Dobrze. Co ja tu...
– To Benjy. Jesteśmy tu od Roise’a… W sensie – Ambroise’a, w sprawie klątwy. Ale nie odmówimy, jeśli zapodziały ci się gdzieś pod sukienką czekoladowe żaby w miodzie, posypane przez przypadek – albo i całkiem umyślnie – solą himalajską i gwiezdnym pyłem? – zapytałem, prostując się. Dzięki temu mogłem też z bliska zlustrować jej biust i ogólnie każdy skrawek ciała, jakbym rzeczywiście szukał tych żab. Trochę szukałem. Trochę podziwiałem.
– Cóż, ja tu jestem dla uroku osobistego, a Benjy odprawi swoje mroczne rytuały, żeby kawiarnia wróciła do normalności – przyznałem, robiąc krok w bok, by miała też widok na naszego Ser Pano Ignoranto. – Benciu, uśmiechnij się do pani – rzuciłem z diabelskim błyskiem w oku.