07.06.2025, 01:38 ✶
Akurat kończyłem ostatniego papierosa - zdecydowanie już nie czwartego tego dnia, jasne, że nie - kiedy Romek zaczął filozofować o efekcie motyla i przezorności, a ja, ledwo trzymając się na nogach z powodu kaca, niedoboru snu i ogólnego braku wiary w cokolwiek o trzynastej dziewięć, byłem gotów po prostu wywrócić oczami i umrzeć - tu i teraz, stojąc w pionie, ale nie... Nie dane mi było zezgonować w spokoju, bo Romulus był już w trybie: „Przemówię ci do rozsądku, nieudany eksperymencie społeczny.” - jak zwykle, nie miał w tym żadnych hamulców. Spojrzałem na Pottera spod przymrużonych powiek, mówił jak nawiedzony kaznodzieja z mugolskiego kanału kablówki, który zamiast głosić zbawienie, nawoływał do szacunku wobec godzin.
- Nie jesztem ignolantem. - Mruknąłem w jego stronę z niejaką urazą, choć głównie dlatego, że przypomniał mi, jaka jest pora dnia - za wczesna, powinienem spać. - Po plostu nie jesztem gotowy na twoją gadkę o efektach motyla. Motyle to pasoszyty, stołują szię na zwłokach, a tlagedii, to mosze bym uniknął, gdybym po plostu cię dziś nie zablał... - Mruknąłem, nie wyjmując jeszcze papierosa z ust, ale to nie była rozmowa, w której miałem szansę wygrać - Romek miał cały wszechświat po swojej stronie, grafik, i runiczny lejek. Ja miałem kaca - w sam raz na pogrzeb, nie na towarzystwo Romeczka i jego fryzury. On wyglądał, jak młody bóg - oczywiście twierdził, że to od soku, od lejka i od modłów do Jutrzenki, tak naprawdę po prostu miał więcej szczęścia w loterii genowej i więcej rozumu, żeby nie zadzierać ze światem - ja... Szkoda gadać, ale nie oszukujmy się - nie wierzyłem w jego lejek runiczny, teorię efektu motyla ani w to, że spożywanie domowego soku z mandragory zmieszanego z sokiem z owoców czarnego bzu pozwala zachować świeży wygląd twarzy po trzech dniach picia i dwóch godzinach snu, ale problem polegał na tym, że on wyglądał naprawdę dobrze. Ja - niekoniecznie.
Miałem już nawet gotową odpowiedź na jego tyradę o motylach i przezorności, ale wtedy wepchnął mnie w drzwi tej cukierni z takim impetem, jakby zaraz miał ogłosić nadejście mesjasza. Oczywiście - siebie. Ja za to ledwo odsunąłem się od futryny, której o mało nie pocałowałem z rozpędu, gdy mnie pchnął. Nie spodziewałem się tego - a już byłem pchnięty do przodu, przekroczyliśmy próg, zegarki wskazały godzinę zero, wszechświat nie eksplodował - co było pewnym zawodem - i znaleźliśmy się w środku. Była dokładnie trzynasta dziewięć - nie wcześniej, nie później - tak jak sobie nasz czarujący zegarmistrz zażyczył. Weszliśmy do środka, gdzie unosił się zapach cukru, cynamonu i czegoś, co niepokojąco przypominało spaleniznę. Romulus od razu poderwał się jak jakiś cholerny pelikan nad taflą wody, gotów nurkować za czekoladowo-miodową żabą. A potem się zaczęło - zaryczał, jakby właśnie usłyszał, że jego rodzinna linia zostaje pozbawiona dziedziczenia, albo, co gorsza, wykreślona ze skorowidzu. Następnie przywitał się tak, jakby rzeczywiście groziło nam jakieś nieziemskie nieszczęście, gdyby nie wypowiedział odpowiedniej formuły powitalnej. Potem było tylko gorzej - przywitał się z Eleonorą Figg, jak z królową balu, jakby był jednocześnie jej zaginionym chłopakiem i klientem z ważną kartą stałego bywalca, i zapewne planował zapisać ten moment w dzienniku osobistym - pomiędzy wpisem o lewoskrętnej wodzie a przepisem na sok z korzenia asfodelusa - flirt, monolog, uderzenia urokiem osobistym. Wzrok, który błądził po kobiecie tak swobodnie, jak gdyby Roman rzeczywiście szukał tych żab po całym jej ciele. Przez chwilę miałem ochotę wycofać się dyskretnie do świata nieżywych, gdzie nie istnieją ani pyły gwiezdne, ani deadline’y dla książek o magipsychiatrii, ani Romulus Peter Potter, samozwańczy cudotwórca, zaklinacz komet, profeta, poeta, mesjasz i specjalista od zasad życia towarzyskiego.
- Romek, nie gap szię, jakbyś miał zjeś właścicielkę lasem s szabami... - Rzuciłem pod nosem, nie odrywając wzroku od zawiasu drzwi, na którym było podejrzanie dużo popiołu. Nie czekałem na odpowiedź - wszedłem głębiej, przeciągając dłonią po framudze drzwi - nie, żeby tu waliło klątwą - przynajmniej nie od razu, ale...
Obróciłem się powoli w stronę kobiety, która - swoją drogą - miała rzeczywiście urocze nogi i biust, i buty (niekoniecznie w tej kolejności), ale nadal była osobą, do której przyszedłem rozpracować klątwę, a nie ją adorować. Poprawiłem ramiączko torby, która zsunęła mi się z barku, i wreszcie podniosłem wzrok na twarz kobiety. Eleonora, Nora, panna Figg, czy jak tam... To chyba musiała być ona, skoro nas powitała. Spojrzałem na osobę, która miała być Eleonorą Figg - wyglądała dokładnie tak, jak opisał ją Ambroise, czyli wcale, bo Ambroise zapomniał wspomnieć o czymkolwiek poza „jest moją przyjaciółką, weź jej pomóż.” Wtedy Romuś znów się odezwał... Rzucił jeszcze kilka słów - z błyskiem w oku, który sugerował, że świetnie się bawił moim kosztem, i tak, użył tego przeklętego „Benciu!”, jakbym miał trzy latka, trzy i pół.
Westchnąłem ciężko - nie teatralnie, po prostu fizycznie nie byłem w stanie dłużej tego w sobie trzymać. Nie uśmiechnąłem się, albo raczej - uśmiechnąłem się po swojemu, czyli wykrzywiłem usta w sposób przypominający grymas człowieka, który właśnie uzmysłowił sobie, że zostawił czajnik na gazie, mieszkanie otwarte, a poza tym zgubił różdżkę. W rzeczywistości stało się coś jeszcze gorszego - zabrałem Pottera. Chciałem, żeby się odciążył od myślenia o książce, myślałem, że może mu to pomoże, ale... Nie przewidziałem, że jego wersja odreagowywania to będzie tragikomedia w trzech aktach, zaczynająca się od „Benjy, spadną komety!”, a kończąca na „Czy te żaby są pod twoją sukienką? Nie, to nie moja drewniana różdżka w tej kieszeni...”
Zacisnąłem zęby, żeby nie burknąć, że się właśnie uśmiecham, tylko mam dokładnie taką twarz, jaką mi moje życie zapewniło, i byłbym od niego dużo sympatyczniejszy, znacznie bardziej przystojny i czarujący, gdyby - tak jak jemu - oszczędzono mi paru solidnych pierdolnięć, ale uznałem, iż szkoda energii. Romek był jak ten sok z selera i pokrzywy - rzekomo dobry, może i pełen pozytywów, ale jak ci się nie chce żyć, to nie przełkniesz tego z radością, nie tego dnia, nie o tej godzinie.
Nawet jakbym chciał się tak naprawdę, naprawdę, naprawdę uśmiechnąć, uśmiechem No. 5, to na kacu miewałem kłopot z przypomnieniem sobie, które mięśnie za to odpowiadają.
- Benjy, tak, Fenwick. Klątwołamacz. - Potwierdziłem lakonicznie, zerkając gdzieś ponad jej ramieniem, w kierunku półek z łakociami, które wyglądały jak wyrwane z marzeń rozpuszczonego bachora. Zawiesiłem wzrok na ladzie, gdzie stała miska z jakimiś różowymi piankami, zrobiło mi się jeszcze bardziej niedobrze. - Ambloise mówił, sze coś tu szię nie zgadza, sze to nie tylko sadza po poszase, to... Siedzi głębiej. Ostatnio działy szię tu… Szeszy. - Zasugerowałem cicho, żebyśmy przeszli do tematu, kierując wzrok ku sufitowi - w tym momencie zauważyłem, że z sufitu sączy się delikatna struga światła, w której unosi się ni to dym, ni to pył. Starałem się skupić - przecież miałem tu pracować. Nie znałem Eleonory Figg, ale znałem Ambroise’a na tyle, by wiedzieć, że jeśli polecał mi zająć się tą klątwą, to znaczyło, iż w grę wchodziło coś poważniejszego, niż zaklęcie psujące smak czekoladowych żab w miodzie, gwiezdnym pyle i soli.
Odwróciłem się znów do Eleonory, która przyglądała mi się z dziwnym połączeniem niepokoju i… Może ciekawości? Chciałem ją zapewnić, że jestem profesjonalistą i nie będę powtarzać czynów mojego kolegi, ale Romek znowu się wtrącił z czymś o „mroku” i „rytuałach”, jakbyśmy przyszli robić sabat, a nie diagnostykę klątwy.
- Lany, Lomek... - Mruknąłem pod nosem, zbyt zmęczony, żeby się nawet zirytować. Zawiesiłem spojrzenie na Norze - spokojnie, bez czaru. Nie wyciągałem ręki na przywitanie - nie z braku manier, po prostu miałem na niej ślady po ostatniej robocie, które jeszcze się nie zagoiły, a poza tym, gdybym podszedł bliżej, byłem pewien, iż zaczęłaby mi się bardziej przyglądać - wyłapałaby te lekkie poparzenia, blizny, a ja nie lubiłem, jak ktoś sympatyczny - ona na taką wyglądała - na nie patrzył z litością albo zaintrygowaniem. A patrzyli - zawsze. Czasami przyjaźnie, empatycznie, a czasami, jakby chcieli ocenić, czy nadaję się do bycia w „Magomedycznym Przeglądzie Objawów Niepożądanych po stykaniu się z Gównem.” Szczególnie, gdy zaczynaliśmy rozmawiać.
- Pszeplasam za niego. Wpadł do kociołka, kiedy był mały, nie zdobył supelmocy, za to ma pelmanentnie niedotleniony mózg. - Powiedziałem cicho do Eleonory, łapiąc jej spojrzenie i unosząc brew. - Zwykle plasuję sam. To… Ekspelyment... Społeszny... I nigdy więsej go nie powtószę. - Spojrzałem na niego, spojrzałem na nią, i jakoś się uśmiechnąłem - półgębkiem, jak człowiek, który nie ufa światu, ale lubi ładne kobiety. Potem rozejrzałem się po cukierni - róż, róż, wszędzie róż, ale pod spodem było coś innego, ciężkiego, zawieszonego w powietrzu jak dym po spalonym ognistym zaklęciu. - W kadzdym lasie… Pani? Panno? Figg. Eleonolo? - Zwróciłem się bezpośrednio do niej, całkiem grzecznie. -Muszę obejś to miejsce, zajsześ na zaplecze, obejsześ piwnicę, jeśli ją mas, i piętlo lub piętla, jeszeli naleszą do lokalu. Im mniej mnie ktoś bęsie zagadywał, tym szybciej szię z tym uwinę, ale najpielw potsebuję kilku infolmasji. Kiedy pielwszy las zauwaszyła pani... Zauwaszyłaś, sz coś tu… Nie gla?
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)