07.06.2025, 17:43 ✶
– Jeśli wszyscy będą zajęci, to ja podam ci eliksiry. Miałem trzyletnie studia połączone ze stażem z magimedycyny, później przeskoczyłem na magipsychiatrię, ale... Wiesz, z tym jest jak z lataniem na miotle. Się nie zapomina albo odrobinę trzeba sobie przypomnieć – odparłem lekko, z tym swoim charakterystycznym tonem, który mógłby uchodzić za nonszalancki, gdyby nie to, że naprawdę wiedziałem, co robię. Spokojny jak stary kot na parapecie, który już widział i słyszał wszystko, ale jeszcze udaje, że coś go rusza.
– Poważnie mówię. Dam radę. A jeśli nie, to zrobię ci pokaz rozszczepienia pamięci tak precyzyjny, że zapomnisz, że się bałaś – dodałem z uśmiechem, który miał być rozbrajający, ale zapewne bardziej przypominał ten typowy romkowy: pół-żart, pół-groźba, ćwierć-magiczny flirt. A tak serio, to nie miała się co bać. Ja bym się ze sobą nie bał... A może jednak...?
– O, i tak mi mów. Fartuch da się załatwić. Nullum problema – stwierdziłem z szerokim uśmiechem, rozkładając ręce teatralnie, jakby fartuchy spadały z nieba na moje skinienie. A może spadały, kto wie? Miałem swoje sposoby. Zresztą, każdy kto znał ciotkę Ulkę, wiedział, że w jej kredensie można było znaleźć wszystko – od eliksiru postu, po zapas fartuchów z monogramem i kieszenią na różdżkę. Rzecz jasna, w starych pastelach Mungowych. Te aktualne wiedziałem po prostu gdzie wiszą.
Ten błysk w oku? Był. Zdecydowanie był. Taki piekielnie seksowny, jakby promień słońca odbił się od czegoś niepokojąco nielegalnego, ale mimo wszystko pięknego. To był cały ja. Cała moja osobowość, nie tyle wleczona za mną jak płaszcz, ale wyprzedzająca mnie o krok, o sekundę, o mrugnięcie. Jakby moja obecność w pomieszczeniu – czy gdziekolwiek – sama w sobie była terapeutyczna. Albo drażniąca. Często jedno i drugie.
Potem, naturalnie, poczarowałem. Pomagiczkowałem. Trochę zaklęć tu, trochę tam. Na koniec, jak wisienka na torcie, skradłem kobiecie serce, a przynajmniej skrawek jej uwagi, troską o zwierzaki. No super. Jak tak dalej pójdzie, to otworzę filię Lecznicy Dusz tylko dla kotów, a pacjentki będą przynosiły mi ciasto i długie listy z podziękowaniami.
– Taki też był zamiar. Bo przecież kobiety lecą na facetów z kotami – zaśmiałem się, robiąc przy tym niewinny gest ręką, który wcale nie był taki niewinny. Oczywiście, artykuły magipsychiatryczne mówiły coś zupełnie odwrotnego, że mężczyźni z kotami są postrzegani jako nadmiernie udomowieni, zbyt miękcy, za bardzo... dostępni emocjonalnie. No i co z tego? Wychodziłem miękko, ale z pazurem. Jak kot właśnie.
– Miękkich i czułych, niech będzie – dodałem półgębkiem, wykrzywiając się jakby od niechcenia. Bo w gruncie rzeczy… która by tam nie chciała czułego faceta obok?
– Poważnie mówię. Dam radę. A jeśli nie, to zrobię ci pokaz rozszczepienia pamięci tak precyzyjny, że zapomnisz, że się bałaś – dodałem z uśmiechem, który miał być rozbrajający, ale zapewne bardziej przypominał ten typowy romkowy: pół-żart, pół-groźba, ćwierć-magiczny flirt. A tak serio, to nie miała się co bać. Ja bym się ze sobą nie bał... A może jednak...?
– O, i tak mi mów. Fartuch da się załatwić. Nullum problema – stwierdziłem z szerokim uśmiechem, rozkładając ręce teatralnie, jakby fartuchy spadały z nieba na moje skinienie. A może spadały, kto wie? Miałem swoje sposoby. Zresztą, każdy kto znał ciotkę Ulkę, wiedział, że w jej kredensie można było znaleźć wszystko – od eliksiru postu, po zapas fartuchów z monogramem i kieszenią na różdżkę. Rzecz jasna, w starych pastelach Mungowych. Te aktualne wiedziałem po prostu gdzie wiszą.
Ten błysk w oku? Był. Zdecydowanie był. Taki piekielnie seksowny, jakby promień słońca odbił się od czegoś niepokojąco nielegalnego, ale mimo wszystko pięknego. To był cały ja. Cała moja osobowość, nie tyle wleczona za mną jak płaszcz, ale wyprzedzająca mnie o krok, o sekundę, o mrugnięcie. Jakby moja obecność w pomieszczeniu – czy gdziekolwiek – sama w sobie była terapeutyczna. Albo drażniąca. Często jedno i drugie.
Potem, naturalnie, poczarowałem. Pomagiczkowałem. Trochę zaklęć tu, trochę tam. Na koniec, jak wisienka na torcie, skradłem kobiecie serce, a przynajmniej skrawek jej uwagi, troską o zwierzaki. No super. Jak tak dalej pójdzie, to otworzę filię Lecznicy Dusz tylko dla kotów, a pacjentki będą przynosiły mi ciasto i długie listy z podziękowaniami.
– Taki też był zamiar. Bo przecież kobiety lecą na facetów z kotami – zaśmiałem się, robiąc przy tym niewinny gest ręką, który wcale nie był taki niewinny. Oczywiście, artykuły magipsychiatryczne mówiły coś zupełnie odwrotnego, że mężczyźni z kotami są postrzegani jako nadmiernie udomowieni, zbyt miękcy, za bardzo... dostępni emocjonalnie. No i co z tego? Wychodziłem miękko, ale z pazurem. Jak kot właśnie.
– Miękkich i czułych, niech będzie – dodałem półgębkiem, wykrzywiając się jakby od niechcenia. Bo w gruncie rzeczy… która by tam nie chciała czułego faceta obok?