07.02.2023, 21:22 ✶
Malfoy był nad wyraz cierpliwym i spokojnym pacjentem. Po podaniu dłoni nie spoglądał ponaglająco, jedynie śledził spojrzeniem poczynania badacza, chociaż też bez większej ekscytacji wypisanej na twarzy. Blade lico pozostawało bez zmarszczek, gdy magiczne światło padało rownież na niego, wyglądał w półmroku i nienaturalności padających promieni, trochę jak teatralna maska, którą przywdziewał aktor, gdy pod jego stopami miały zaskrzypieć deski sceniczne. Mrużył delikatnie oczy, gdy światło padało na niego pod takim kątem, aby odrobinę razić. Nie był to dyskomfort, z którym nie umiał sobie poradzić, a nie chciał wybudzać Flinta z transu, w jaki wprowadził go temat sygnetu i prawdopodobieństwa ciążącej na nim klątwy.
- Pełnia zdrowia to kwestia finansów, natomiast, abym był w pełni wyspany i zrelaksowany to musielibyśmy się spotkać w innym życiu, Castielu - wymówił jego imię delikatnie, to doskonale układało się na języku, płynnie ukoronowało wypowiedź, jakby było wisienką na torcie, albo dopiero co kiełkującym na wiosnę pąkiem kwiatu. Pozwolił sobie zawrzec w tym zdaniu teatralny dramatyzm, który wskazywał, że wypowiedziana sentencja była oczywiście żartem. Uniósł delikatnie kącik ust, aby podkreślić ton tej wypowiedzi.
Śmierć żony dla każdego byłaby trudnym czasem. Dla Elliotta największym wysiłkiem wydawało się prezentowanie przed innymi jako mąż w żałobie, ale czy na pewno? Przez całe życie musiał udawać kogoś, kim nie jest. Reagować spokojem na sytuacje, przez które aż w nim wrzało. Skupiał się na sobie samym tak bardzo, że nie zauważał wygranej na loterii życia, gdy większość ludzi na świecie musiała mierzyć się z problemami, chociażby natury finansowej. Trudno było spojrzeć ponad granicę, poza którą nigdy się nie wyszło, współczuć tym, których sytuacji się nie rozumiało.
Pergamin, wraz z resztą potrzebnych przedmiotów, wygramolił się z regału oraz stojącego pod jednym ze stolików przy oknie kufra. Elliott szybkim skinieniem różdżki sprawił, że przedmioty były w zasięgu ręki drugiego blondyna. Bez słowa zlustrował kolejne poczynania swojego rozmówcy, dając mu możliwość do zebrania myśli. Poruszył się dopiero, gdy został o to poproszony. Wstał z fotela, pozwalając, aby szlafrok delikatnie zsunął mu się z ramienia odsłaniając materiał białej koszuli, gdy wyciągał rękę, aby spojrzenie zielonkawych oczu Flinta dostrzegło wszystkie potrzebne do sporządzenia notatek szczegóły.
- Ostatni raz był w Indiach trzy lata przed śmiercią, bardzo chciał zobaczyć co się zmieniło po tym, jak kraj nie był już kontrolowany przez Brytyjczyków - zamyślił się na chwilę, niebieskie oczy pociemniały, chociaż trudno było stwierdzić, czy było to spowodowane umykająca kulą światła, czy faktyczną zazdrością dotyczących podróży członka rodziny.
- Zostawił mi wszystkie pamiątki, ale też korespondencję, z której wynika, ze ten sygnet wpadł w jego posiadanie w 1899 roku. Wspomina jedynie czarodzieja, do którego ten sygnet należał wcześniej, o imieniu Inder. Był to prezent, nie zakup, z tego co rozumiem. Jak było naprawdę, trudno stwierdzić. Dziadek był zawsze dość tajemniczy jeżeli chodziło o prywatną stronę pobytu w Indiach - posłał Castielowi uśmiech zza zaciśniętych lekko warg, historie o podróżach dziadka zawsze były jego ulubionymi, sam chciałby mieć takie do opowiadania, a jedyne czym mógł się z rozmówcami dzielić to ewentualna ekspertyza na temat rocznego rozliczania podatków. Ognik zaintrygowania, który tlił się w spojrzeniu jasnych oczu zgasł, wracając do smutnej rzeczywistości; zakopanych pod perskimi dywanami dziecinnych marzeń. Zazdrościł Flintowi, że mógł się zajmować tym, co tak bardzo go ciekawiło, co sprawiało, że skrępowana wcześniej mimika jego twarzy teraz była rozluźniona, gdy mężczyzna dając pochłonąć się żywiołowi pracy oglądał sygnet.
- Wiem, że odwiedzał Bombay, Delhi, Lahore... - mruknął, bardziej do siebie - Ten sygnet jest na pewno z Punjabu, więc z Lahore. Oryginalność szafiru została potwierdzona dopiero w Londynie, dokument jest z roku 1905. Osoba badająca sygnet nie wykryła niczego specjalnego, poza właśnie jego pozytywnymi właściwościami - o których Elliott, widocznie, nie chciał wspominać - To też typowe indyjskie złoto, 22 karatowe, więc sam sygnet jest dość miękki, łatwo o zniekształcenia jeżeli za mocno się przyciśnie. Ma na sobie odcisk palca pradziadka, to na pewno - dopowiadał tak dużo szczegółów, jak tylko pamiętał.
Złapał Flinta za dłoń, zanim ten wrócił do pergaminu i odwrócił swoją rękę tak, aby jej wnętrze było zwrócone ku górze. Przyłożył palce drugiego mężczyzny do środka swojej dłoni.
- Drętwienie nie zaczyna się od palca, chociaż odrobinę też na niego nachodzi. Tutaj, w samym środku nic nie czuję - spojrzenie miał skupione na ich rękach, a nie na samym Castielu, przesunął jego palcami po swojej dłoni od środka, po mały palec - dochodzi aż tutaj, czuje ciepło twojej dłoni dopiero opuszkiem najmniejszego palca - wyjaśnił i dopiero wtedy odsunął palce od tych rozmówcy.
- Nie uciska, głowa bolała mnie ostatnio częściej, to fakt, musiałem brać więcej eliksirów, aby zasnąć... - zmarszczył lekko brwi, jakby powiedział coś, co nigdy nie miało zostać usłyszane, zaraz jednak kontynuował - Próbowałem ściągać go zaklęciem, próbowałem go rozluźnić, najpierw mechanicznie, potem też zaklęciem. Nie naciskałem za bardzo, bo nie chciałem go odkształcić. Nie próbowałem bardziej niszczących zaklęć, chociaż, w ostateczności, jeżeli nic innego nie będzie się dało zrobić, jestem skory spróbować. Lepiej wyleczyć rękę niż stracić czucie w całym ciele. Chociaż, w zimie to byłoby całkiem przydatne, nie czułbym chłodu - mruknął, żartobliwie, chociaż wykrzywił usta w raczej grymaśnym uśmiechu. Widać było, że wadziło mu pytanie się kogoś o pomoc, ale nie chciał tego przyznać na głos. Wolał wszystko załatwiać samemu, zwłaszcza sprawy tak delikatne.
Nie zmienił już miejsca siedzenia, pozostał na kanapie i przyjął drinka od drugiego blondyna. Stuknęli się w krótkim toaście.
- Za twoją pasję, z którą zawsze podchodzisz do zadań specjalnych - dodał od siebie i dopiero wtedy upił sporą ilość drinka. Po wszystkich myślach, jakie przesunęły mu się przez głowę, potrzebował odprężenia, a alkohol był na to najprostszym i najlepszym lekiem.
- Skoro już przy tym jesteśmy, zawsze chciałeś zostać klątwołamaczem? Rzadko mam możliwość widzieć w kimś tyle pasji, gdy pracuje. Fakt, zajmuje się podatkami, przy nich człowiek cieszy się tylko i wyłącznie w momencie zakończenia obliczenia i wstania od biurka - parsknął pod nosem, wywrócił lekko oczyma, jakby temat pracy był dla niego żmudny i okropny jak ciągnący się w nieskończoność występ nudnego komika.
- Pełnia zdrowia to kwestia finansów, natomiast, abym był w pełni wyspany i zrelaksowany to musielibyśmy się spotkać w innym życiu, Castielu - wymówił jego imię delikatnie, to doskonale układało się na języku, płynnie ukoronowało wypowiedź, jakby było wisienką na torcie, albo dopiero co kiełkującym na wiosnę pąkiem kwiatu. Pozwolił sobie zawrzec w tym zdaniu teatralny dramatyzm, który wskazywał, że wypowiedziana sentencja była oczywiście żartem. Uniósł delikatnie kącik ust, aby podkreślić ton tej wypowiedzi.
Śmierć żony dla każdego byłaby trudnym czasem. Dla Elliotta największym wysiłkiem wydawało się prezentowanie przed innymi jako mąż w żałobie, ale czy na pewno? Przez całe życie musiał udawać kogoś, kim nie jest. Reagować spokojem na sytuacje, przez które aż w nim wrzało. Skupiał się na sobie samym tak bardzo, że nie zauważał wygranej na loterii życia, gdy większość ludzi na świecie musiała mierzyć się z problemami, chociażby natury finansowej. Trudno było spojrzeć ponad granicę, poza którą nigdy się nie wyszło, współczuć tym, których sytuacji się nie rozumiało.
Pergamin, wraz z resztą potrzebnych przedmiotów, wygramolił się z regału oraz stojącego pod jednym ze stolików przy oknie kufra. Elliott szybkim skinieniem różdżki sprawił, że przedmioty były w zasięgu ręki drugiego blondyna. Bez słowa zlustrował kolejne poczynania swojego rozmówcy, dając mu możliwość do zebrania myśli. Poruszył się dopiero, gdy został o to poproszony. Wstał z fotela, pozwalając, aby szlafrok delikatnie zsunął mu się z ramienia odsłaniając materiał białej koszuli, gdy wyciągał rękę, aby spojrzenie zielonkawych oczu Flinta dostrzegło wszystkie potrzebne do sporządzenia notatek szczegóły.
- Ostatni raz był w Indiach trzy lata przed śmiercią, bardzo chciał zobaczyć co się zmieniło po tym, jak kraj nie był już kontrolowany przez Brytyjczyków - zamyślił się na chwilę, niebieskie oczy pociemniały, chociaż trudno było stwierdzić, czy było to spowodowane umykająca kulą światła, czy faktyczną zazdrością dotyczących podróży członka rodziny.
- Zostawił mi wszystkie pamiątki, ale też korespondencję, z której wynika, ze ten sygnet wpadł w jego posiadanie w 1899 roku. Wspomina jedynie czarodzieja, do którego ten sygnet należał wcześniej, o imieniu Inder. Był to prezent, nie zakup, z tego co rozumiem. Jak było naprawdę, trudno stwierdzić. Dziadek był zawsze dość tajemniczy jeżeli chodziło o prywatną stronę pobytu w Indiach - posłał Castielowi uśmiech zza zaciśniętych lekko warg, historie o podróżach dziadka zawsze były jego ulubionymi, sam chciałby mieć takie do opowiadania, a jedyne czym mógł się z rozmówcami dzielić to ewentualna ekspertyza na temat rocznego rozliczania podatków. Ognik zaintrygowania, który tlił się w spojrzeniu jasnych oczu zgasł, wracając do smutnej rzeczywistości; zakopanych pod perskimi dywanami dziecinnych marzeń. Zazdrościł Flintowi, że mógł się zajmować tym, co tak bardzo go ciekawiło, co sprawiało, że skrępowana wcześniej mimika jego twarzy teraz była rozluźniona, gdy mężczyzna dając pochłonąć się żywiołowi pracy oglądał sygnet.
- Wiem, że odwiedzał Bombay, Delhi, Lahore... - mruknął, bardziej do siebie - Ten sygnet jest na pewno z Punjabu, więc z Lahore. Oryginalność szafiru została potwierdzona dopiero w Londynie, dokument jest z roku 1905. Osoba badająca sygnet nie wykryła niczego specjalnego, poza właśnie jego pozytywnymi właściwościami - o których Elliott, widocznie, nie chciał wspominać - To też typowe indyjskie złoto, 22 karatowe, więc sam sygnet jest dość miękki, łatwo o zniekształcenia jeżeli za mocno się przyciśnie. Ma na sobie odcisk palca pradziadka, to na pewno - dopowiadał tak dużo szczegółów, jak tylko pamiętał.
Złapał Flinta za dłoń, zanim ten wrócił do pergaminu i odwrócił swoją rękę tak, aby jej wnętrze było zwrócone ku górze. Przyłożył palce drugiego mężczyzny do środka swojej dłoni.
- Drętwienie nie zaczyna się od palca, chociaż odrobinę też na niego nachodzi. Tutaj, w samym środku nic nie czuję - spojrzenie miał skupione na ich rękach, a nie na samym Castielu, przesunął jego palcami po swojej dłoni od środka, po mały palec - dochodzi aż tutaj, czuje ciepło twojej dłoni dopiero opuszkiem najmniejszego palca - wyjaśnił i dopiero wtedy odsunął palce od tych rozmówcy.
- Nie uciska, głowa bolała mnie ostatnio częściej, to fakt, musiałem brać więcej eliksirów, aby zasnąć... - zmarszczył lekko brwi, jakby powiedział coś, co nigdy nie miało zostać usłyszane, zaraz jednak kontynuował - Próbowałem ściągać go zaklęciem, próbowałem go rozluźnić, najpierw mechanicznie, potem też zaklęciem. Nie naciskałem za bardzo, bo nie chciałem go odkształcić. Nie próbowałem bardziej niszczących zaklęć, chociaż, w ostateczności, jeżeli nic innego nie będzie się dało zrobić, jestem skory spróbować. Lepiej wyleczyć rękę niż stracić czucie w całym ciele. Chociaż, w zimie to byłoby całkiem przydatne, nie czułbym chłodu - mruknął, żartobliwie, chociaż wykrzywił usta w raczej grymaśnym uśmiechu. Widać było, że wadziło mu pytanie się kogoś o pomoc, ale nie chciał tego przyznać na głos. Wolał wszystko załatwiać samemu, zwłaszcza sprawy tak delikatne.
Nie zmienił już miejsca siedzenia, pozostał na kanapie i przyjął drinka od drugiego blondyna. Stuknęli się w krótkim toaście.
- Za twoją pasję, z którą zawsze podchodzisz do zadań specjalnych - dodał od siebie i dopiero wtedy upił sporą ilość drinka. Po wszystkich myślach, jakie przesunęły mu się przez głowę, potrzebował odprężenia, a alkohol był na to najprostszym i najlepszym lekiem.
- Skoro już przy tym jesteśmy, zawsze chciałeś zostać klątwołamaczem? Rzadko mam możliwość widzieć w kimś tyle pasji, gdy pracuje. Fakt, zajmuje się podatkami, przy nich człowiek cieszy się tylko i wyłącznie w momencie zakończenia obliczenia i wstania od biurka - parsknął pod nosem, wywrócił lekko oczyma, jakby temat pracy był dla niego żmudny i okropny jak ciągnący się w nieskończoność występ nudnego komika.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦