07.06.2025, 22:31 ✶
Dolohov pokręcił głową.
– Codziennie określam moje polityczne stanowisko. Rodząc się w konkretnej rodzinie, pisząc artykuły do konkretnych gazet, współpracując z konkretnymi osobami i odmawiając innym, pokazując się w określonych miejscach z różnymi ludźmi... Ale w tym rzecz, Morpheusie – ja określam moje polityczne stanowisko. Nienawidzi się dyrektora Hogwartu, a nie samego Hogwartu i uczących się tam dzieciaków. I robiłem już w życiu większe rzeczy, niż przykrywanie własnymi skandalami, że próbuję pod szklanym dachem zbudować utopię, w której młody gej z tego durnego, podziemnego miasta pełnego zła będzie mógł pierwszy raz w życiu dotknąć książki danej mu jako prezent, a nie takiej, którą musiał komuś ukraść.
A później zrobił coś, co robił bardzo rzadko – zamilkł.
Milczenie nie miało nic wspólnego z tym, co kotłowało się w jego wnętrzu. Tak, działo się tam wiele – w dodatku ogrom tych emocji był ze sobą wzajemnie sprzecznych, ale radził sobie w takich sytuacjach nie raz. Milczał, bo obserwował. Usiadł na krześle dedykowanym sobie. Przy sałatce, której pewnie nie tknie, ale będzie jak zawsze udawał, że była tutaj po coś więcej niż dla ozdoby. Wyciągnął z kieszeni marynarki swoją papierośnicę i odpalając jedną z fajek... analizował to, co Morpheus wyczyniał ze świeczką stojącą pomiędzy nimi. Pomyślał: był tak samo dziwny, jak kiedy się poznali w Hogwarcie. Jego domeną było spoglądanie w przyszłość, ale to towarzystwo sprzyjało rozmyślaniu o własnej przeszłości – to zaś bez wątpienia przeszkadzało w poczuciu, iż miał to spotkanie pod pełną kontrolą. Bo tak – Morpheus był dziwakiem, był cholernie dziwnym dzieckiem i nic, nawet samoświadomość własnych dziwactw nie potrafiła wytrącić tej opinii z głowy Dolohova. Znajdował coraz to nowsze potwierdzenia tego, że w dorosłym życiu niewiele w nim się zmieniło – na pierwotnych dziwactwach narosły nowe, tak aby wydawał się jednocześnie piekielnie dziwny i cholernie zmęczony. W takich momentach lubił przypominać sobie o swojej córce. Nie dlatego, że odpowiedzialność za nią stopowała go w nierozsądnych decyzjach – dziewczyna wciąż miała matkę i dwie skrytki w Gringottcie wypełnione po brzegi. Po prostu... młodzi ludzie byli bezczelni. I słyszał w we własnej wyobraźni nieostrożne pytanie, za które sam dostałby od ojca w pysk. Papa, kim był ten dziwny, smutny, stary dziadyga, z którym wczoraj jadłeś obiad w salonie? Zaśmiałby się przeokrutnie, ale teraz jedynie ograniczył się do zmarszczenia nosa i zaciągnięcia się dymem, mającym zamaskować to, jak serce wymyka mu się spomiędzy palców i wyrywa w stronę, w którą wyrywać się nie powinno. Nie posiadał stałej rubryki w Czarownicy od zawsze. Miał swoje początki, miał sporadyczne artykuły i drobne analizy drukowane po to, aby podbić popularność obojga, aż wreszcie szanowna redakcja wydrukowała jego odpowiedź na list od fanki i okazało się, jak łatwo było zaskarbić sobie sympatię tysięcy czytelniczek. Temat z okładki: Czy powinnam dać temu dziwnemu, cichemu chłopakowi szansę? i dowcipna, acz stanowcza odpowiedź wieszcza: uciekaj.
Nie musiał zaglądać w karty, żeby być przekonanym o własnej racji.
Był też całkowicie przekonany, że po tłumnym zgodzeniu się ze słusznością jego rady, wszystkie te kobiety wyrzuciły ją do kosza i wróciły do swoich mężów. Nie miał nawet cienia wątpliwości, bo co rusz przyłapywał się na tym, że chciał tej cholernej brody dotknąć. Absurd. To nie jedzenie diamentów było największą klątwą, jaką na niego nałożono. To musiał być homoseksualizm – nie istniało żadne logiczne wytłumaczenie tego, żeby na widok czystych i pięknych kobiet napełniał się obrzydzeniem, a widok tego spoconego, owłosionego, siwiejącego trepa budził w nim ciepłą nostalgię czasów szkolnych.
Nie miał pojęcia, że Morpheus grzebie teraz w jego głowie. Prawdę mówiąc, miał to gdzieś – urywek przyszłości, który opuścił jego głowę, nie miał pozostać żadną tajemnicą. Longbottom ujrzał propozycję współpracy. Stypendium naukowe sygnowane nazwiskiem jego rodziny, jako działalność charytatywna wspierająca najbardziej uzdolnionych czarodziejów.
– Nadzieja to niebezpieczna rzecz dla ludzi, którzy jej nie mają, kiedy ona prowadzi naprzód ich nieprzyjaciół. – Nikt nie wiedział o tym tak dobrze jak on. Nadzieja nigdy nie znikała. Nadzieją najadał się każdego ranka i każdego wieczoru. To nadzieja poruszała tą stertą kości i ścięgien zakrytą kosztownymi materiałami. Nadzieja na to, że w przyszłości wszystko pójdzie po jego myśli. – To, jak zakładam, chciałeś powiedzieć? – Uśmiechnął się bezczelnie, dmuchając dymem w górę.
– Codziennie określam moje polityczne stanowisko. Rodząc się w konkretnej rodzinie, pisząc artykuły do konkretnych gazet, współpracując z konkretnymi osobami i odmawiając innym, pokazując się w określonych miejscach z różnymi ludźmi... Ale w tym rzecz, Morpheusie – ja określam moje polityczne stanowisko. Nienawidzi się dyrektora Hogwartu, a nie samego Hogwartu i uczących się tam dzieciaków. I robiłem już w życiu większe rzeczy, niż przykrywanie własnymi skandalami, że próbuję pod szklanym dachem zbudować utopię, w której młody gej z tego durnego, podziemnego miasta pełnego zła będzie mógł pierwszy raz w życiu dotknąć książki danej mu jako prezent, a nie takiej, którą musiał komuś ukraść.
A później zrobił coś, co robił bardzo rzadko – zamilkł.
Milczenie nie miało nic wspólnego z tym, co kotłowało się w jego wnętrzu. Tak, działo się tam wiele – w dodatku ogrom tych emocji był ze sobą wzajemnie sprzecznych, ale radził sobie w takich sytuacjach nie raz. Milczał, bo obserwował. Usiadł na krześle dedykowanym sobie. Przy sałatce, której pewnie nie tknie, ale będzie jak zawsze udawał, że była tutaj po coś więcej niż dla ozdoby. Wyciągnął z kieszeni marynarki swoją papierośnicę i odpalając jedną z fajek... analizował to, co Morpheus wyczyniał ze świeczką stojącą pomiędzy nimi. Pomyślał: był tak samo dziwny, jak kiedy się poznali w Hogwarcie. Jego domeną było spoglądanie w przyszłość, ale to towarzystwo sprzyjało rozmyślaniu o własnej przeszłości – to zaś bez wątpienia przeszkadzało w poczuciu, iż miał to spotkanie pod pełną kontrolą. Bo tak – Morpheus był dziwakiem, był cholernie dziwnym dzieckiem i nic, nawet samoświadomość własnych dziwactw nie potrafiła wytrącić tej opinii z głowy Dolohova. Znajdował coraz to nowsze potwierdzenia tego, że w dorosłym życiu niewiele w nim się zmieniło – na pierwotnych dziwactwach narosły nowe, tak aby wydawał się jednocześnie piekielnie dziwny i cholernie zmęczony. W takich momentach lubił przypominać sobie o swojej córce. Nie dlatego, że odpowiedzialność za nią stopowała go w nierozsądnych decyzjach – dziewczyna wciąż miała matkę i dwie skrytki w Gringottcie wypełnione po brzegi. Po prostu... młodzi ludzie byli bezczelni. I słyszał w we własnej wyobraźni nieostrożne pytanie, za które sam dostałby od ojca w pysk. Papa, kim był ten dziwny, smutny, stary dziadyga, z którym wczoraj jadłeś obiad w salonie? Zaśmiałby się przeokrutnie, ale teraz jedynie ograniczył się do zmarszczenia nosa i zaciągnięcia się dymem, mającym zamaskować to, jak serce wymyka mu się spomiędzy palców i wyrywa w stronę, w którą wyrywać się nie powinno. Nie posiadał stałej rubryki w Czarownicy od zawsze. Miał swoje początki, miał sporadyczne artykuły i drobne analizy drukowane po to, aby podbić popularność obojga, aż wreszcie szanowna redakcja wydrukowała jego odpowiedź na list od fanki i okazało się, jak łatwo było zaskarbić sobie sympatię tysięcy czytelniczek. Temat z okładki: Czy powinnam dać temu dziwnemu, cichemu chłopakowi szansę? i dowcipna, acz stanowcza odpowiedź wieszcza: uciekaj.
Nie musiał zaglądać w karty, żeby być przekonanym o własnej racji.
Był też całkowicie przekonany, że po tłumnym zgodzeniu się ze słusznością jego rady, wszystkie te kobiety wyrzuciły ją do kosza i wróciły do swoich mężów. Nie miał nawet cienia wątpliwości, bo co rusz przyłapywał się na tym, że chciał tej cholernej brody dotknąć. Absurd. To nie jedzenie diamentów było największą klątwą, jaką na niego nałożono. To musiał być homoseksualizm – nie istniało żadne logiczne wytłumaczenie tego, żeby na widok czystych i pięknych kobiet napełniał się obrzydzeniem, a widok tego spoconego, owłosionego, siwiejącego trepa budził w nim ciepłą nostalgię czasów szkolnych.
Nie miał pojęcia, że Morpheus grzebie teraz w jego głowie. Prawdę mówiąc, miał to gdzieś – urywek przyszłości, który opuścił jego głowę, nie miał pozostać żadną tajemnicą. Longbottom ujrzał propozycję współpracy. Stypendium naukowe sygnowane nazwiskiem jego rodziny, jako działalność charytatywna wspierająca najbardziej uzdolnionych czarodziejów.
– Nadzieja to niebezpieczna rzecz dla ludzi, którzy jej nie mają, kiedy ona prowadzi naprzód ich nieprzyjaciół. – Nikt nie wiedział o tym tak dobrze jak on. Nadzieja nigdy nie znikała. Nadzieją najadał się każdego ranka i każdego wieczoru. To nadzieja poruszała tą stertą kości i ścięgien zakrytą kosztownymi materiałami. Nadzieja na to, że w przyszłości wszystko pójdzie po jego myśli. – To, jak zakładam, chciałeś powiedzieć? – Uśmiechnął się bezczelnie, dmuchając dymem w górę.
with all due respect, which is none