Zaczepiała go w ten sposób właśnie dlatego, że się nie peszył. Jakaż by to była w ogóle zabawa, gdyby przy każdej takiej odzywce czy geście z jej strony, facet by się rumienił, albo zapominał języka w gębie? Żadna. Lubiła zresztą tę jego bezczelność i gburowatość. Być może wpływ na to miały jej osobiste doświadczenia z mężczyznami, którzy wszystko pudrują pod pięknymi słówkami, a być może to po prostu dlatego, że lubiła wyzwania. Fakt był jednak taki, że pomimo tych zaczepek, granicy żadnej nie przekraczała, bo nie chciała, żeby się zrobiło dziwnie. Nawet, jeśli sama nie miałaby nic przeciwko, to mimo wszystko była osobą, która bardzo szanowała granice innych. Tym niemniej… Cathal zwykle odpowiadał, czasami nawet zaczepiał pierwszy. I tak to się kręciło…
Bajzel. Panował tutaj zwyczajnie bajzel i Ginewra czuła, że ma wszystko na swojej głowie, a w większości tak na co dzień, po prostu była sobie z boku i wykonywała polecenia przełożonego. Tegoż samego, który miał teraz rozbitą twarz, a w tej chwili to w ogóle leżał niezdolny do jakiegokolwiek kierowania zespołem i McGonagall musiała wszystko wziąć na siebie, bo inaczej nikt nie zrobiłby nic. Odpowiedzialność by się rozmyła, jak to zwykle w takich przypadkach, a pierwsza zasada udzielania pierwszej pomocy mówiła: zwróć się bezpośrednio i wydaj polecenie do konkretnej osoby, nigdy do ogółu w eter, bo inaczej nikt się nie zbierze. Nie była żadnym dowódcą… Na szczęście była na tyle charyzmatyczną osobą i w tym momencie chyba najbardziej kompetentną, jeśli chodziło o ratowanie zdrowia czy życia, że Tim nie protestował. Dzięki bogom. Był w translokacji znacznie lepszy niż ona i kiedy wyciągną stąd rannego i nieprzytomnego, to będzie kolejny ciężar z głowy.
Tylko ten Cathal… Jego twarz wyglądała… nie za dobrze. Ale wszelkie rany na twarzy zazwyczaj wyglądały źle i często wydawały się bardziej poważne niż były. W tamtej jednak chwili Liam był jej priorytetem, ale teraz… Patrzyła mu prosto w oczy, robiąc za chwilową ochronę przed wzmagającym deszczem. Niebieskie oczy spojrzały wprost na nią, nie uciekały na boki, źrenice… źrenice wyglądały w normie. I byłaby stwierdziła, że nie ma tu żadnego wstrząśnienia mózgu, kiedy usłyszała jaki Cathal? I zbladła w moment, zupełnie niegotowa w tym momencie na kolejne żarciki spod stajni Shafiqa.
Czy to była amnezja? Chwilowa, czy… Nie dokończyła myśli, bo Cal spróbował się podnieść i usłyszała syk, nie zatrzymała też ruchu dłoni za plecy, w tej chwilowej gonitwie myśli szacując jak bardzo jest źle, skoro nawet nie kojarzył swojego imienia (a przecież pamiętał… pamiętał chyba wszystko!). Ale to ją oprzytomniało i ten strach w oczach szybko zmienił się w determinację.
– Tak masz na imię. Nie ruszaj się. Zaraz… Zaraz zobaczę co się dzieje – wymamrotała i wyciągnęła dłoń do jego twarzy, chcąc lekko, choć zdecydowanie odwrócić jego głowę i upewnić się, że nie ma żadnych ran zagrażających życiu, a dopiero po chwili swoje oględziny przeniosła na resztę ciała, mając z tyłu głowy że najwyraźniej pieczęci, które uruchomili tu pracujący, zaskoczyły też Cathala. – Gdzie boli? – zapytała w trakcie.