Longbottom szukał słowa, które mogło określić jego uczucia w tym momencie. Przypomniał sobie jedną z podróży służbowych do Walii, gdzie potrzebowali tłumacza dla wyjaśnienia kilku manuskryptów wyciągniętych ze starej, przeklętej kryty, która została odkryta i której zasoby należało zabezpieczyć w Komnacie Artefaktów, ze względu na bardzo silne czarnomagiczne oddziaływanie. Wtedy też Niewymowny usłyszał słowo hiraeth po raz pierwszy i chyba ostatni. Nie zapamiętał żadnego innego, chociaż kilka osób z grupy uczyło się przeklinać po walijsku, poza właśnie tym słowem, uczuciem tęsknoty i głębokiego pragnienia za domem, miejscem, które już nie istnieje, zawierające także utratę.
Puścił knot, który zakopcił się, tak samo, jak końcówka papierosa jego rozmówcy. Zapach tytoniu ścisnął nałogiem w bolesny sposób, ale w akcie samobiczowania, nie sięgnął po swoje papierosy, nie zapalił. Możliwie, że złamie się za chwilę, wcale w to nie wątpił, w końcu był słabą osobą. Odpisywał na listy, popadał w niezdrowe zachwiania, łamał składane sobie samemu obietnice. Lubił krzywdzić samego siebie, na to wyglądało, w końcu tu przyszedł, na audiencję z królem świata. Jak to było mieć wszystko?
Podejrzewał, że piekielnie samotnie. Zabawne, bo pukał do tego samego odczucia, tylko że od dołu.
Celebrował ciszę, która śpiewała w patio, szemrząca jedynie lekkim wiatrem, niosącym zmianę pogody, niosącym koszmary, całkowicie niewidoczne dla magicznych darów któregokolwiek z nich, skryte w lustrze niewiadomego.
— Twoja nadzieja zawiera dużo mniej cierpienia, niż moja. Jak słońce po burzy, przyjemnie jest patrzeć, jak oświetlasz innych — To nie było wywyższanie się, to nie było umniejszanie, to była ulga. Coś w mimice mężczyzny mogło sugerować, że nie miał zamiaru mówić tego na głos, ale gdzieś w płynących myślach, omsknęło się, jak kilka kamyków z osuwiska, jeszcze nie lawina, ale coś, co mogło ją wywołać. Przez myśl Morpheusowi przeszło, że wspaniałe rozpoczyna swoją pełnoprawną działalność w Zakonie Feniksa, sprawdzając jakie polityczne poglądy ma miłość jego życia.
Słowa Vasilija brzmiały bardzo odważnie i jeśli tego wieczoru Dolohov miał reprezentować odwagę, to Morpheus zachłanność. Co więcej miał do stracenia? Nic. Na tym etapie składał się tylko ze swojego daru, poczucia obowiązku i skrytki w Gringottcie. Niewiele, jak na kogoś, kto przeżył podobno czterdzieści trzy lata, a w rzeczywistości nawet troszeczkę więcej.
Nie zamierzał udawać, że nie podgląda.
— Zostanę twoim inwestorem za dwa przedmioty, wykładane pro bono i głos w ciele zarządzającym.
Wbił widelec w danie, ale nie zjadł, jakby rezerwa rozciągnęła się na nowo na jego skórę. Dzielenie posiłku było świętym rytuałem, którego tutaj nie było. Nie chciał decydującego veto ani nawet szczególnie nie interesowała go sama pozycja, chodziło o fakt, że będzie obecny fizycznie w tych murach, że będzie mógł odczuwać to światło i to ciepło, nawet za drobiazg łaski.
Nie chciał mówić o swoich lękach, które przybierały bardzo realne formy w tym momencie, gdy paranoja brała górę, bo czym innym była szkoła z wieloletnią renomą, czym innym będzie nowy instytut, który tak jasno stanie po stronie egalitarnej edukacji. Po Derwinie wiedział, że status krwi nie ma znaczenia, jeżeli staniesz po niewłaściwej stronie. To były jednak marzenia o wiośnie, które tak bardzo chciał ujrzeć, prąd zmiany, zmiany na lepsze. Buntowanie się przeciwko nocy.