Pokiwał krótko głową na informacje od ich obojga. Wiadomości nie były dobre. Nawet gdyby miał czas, nie pytałby więcej ani o Ministrę, bo przeczuwał gdzie jest, daleko od pożaru i jej umierających w ogniu podległych dzielnic Londynu. Z daleka od cierpienia, w uroczystej godzinie tego kraju. Przypomniało mi się, jak wraz z rodzicami słuchał przemówienia Churchilla, 19 maja 1940 roku, gdy ten objął urząd Premiera. Uroczysty dzień. Jak pięknie powiedziane.
Rozpoznał to spojrzenie. Nie zamierzała się chować, jastrzebica z pustynnej krainy. W głowie zaświtała mu myśl, którą zapisał na później, kiedy ogień przestanie płonąć i jeśli wzejdzie słońce. Tego nie mógł jednak już być pewnym.
Pył opadał, płatek za płatkiem. Morpheus dojrzał wyraźnie, gdzie się skupia, na piekarni. I to było jedyne ostrzeżenie, jakie dostał od losu zanim mąka zapaliła się, wybuchając czerwonym płomieniem, jak ze smoczej paszczy. I w mięśniach, które odruchowo na dźwięk skuliły jego sylwetkę i w kościach czuł, że to dopiero początek. Gorący podmuch otulił go i wypchnął z płuc powietrze.
Gdy ponownie je nabrał, palące, rzucił się na pomoc razem z Guinevere.
— Kawałek stąd jest Nora Nory, tam nam pomogą — oznajmił kobiece oraz Selwynowi w pośpiechu. Sam nie miał dostatecznie dużo krzepy, aby zabrać dwójkę rannych, a nieco obawiał się wpływów magii, która wywołała pożary, na zaklęcia rzucane przez nieodpowiednie osoby, takie jak on. Oczywiście w stwierdzeniu nam pomogą, miał na myśli przestrzeń do zaleczenia ran i ewentualne medykamenty. — Znajomi rodziny — dorzucił szybko, chcąc odpowiedzieć na pytanie dlaczego Niewymowny z Departamentu Tajemnic wie, że w jakiejś klubokawiarnii poszkodowani otrzymają pomoc medyczną.
Poszkodowanymi były dwie kobiety, obie w strojach firmowych piekarni, uciekające przed pożarem w ostatniej chwili, obie w średnim wieku, bliżej im było do Morpheusa niż do Hannibala. Jedna z nich została poparzona na ramieniu, za którą się trzymała, gdzie spalona skóra stopiła się z rękawem cukierniczeto fartucha. Druga zaciskała ręce na nodze, gdzie wbił jej kawalek ekwipunku, coś co wyglądało jak hak do wyrabiania chleba.
— Proszę tego nie wyciągać! — rzucił Morpheus, który nie miał wiedzy medycznej, ale był szermierzem, więc nie była mu obca informacja, że czasami od śmierci chroni jedynie to, co ją zadaje.
Zawady: Słabe płuca (I)