07.02.2023, 22:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.02.2023, 22:25 przez Elliott Malfoy.)
Może i nie przyszło mu w życiu samemu wybrać sobie stanowiska, ale podążając za ojcowskim rozporządzeniem przykładał się do tego, co robił. Wszystko musiało być w jak najlepszym porządku, głównie z powodu przeróżnych korzyści, jakie z tego płynęły. Gdy wykonuje się swoją pracę praktycznie bezbłędnie, a w dodatku pociąga innych do odpowiedzialności za wykonywane przekręty, bezpardonowo acz wciąż w należyty sposób, to rzadko jest się podejrzewanym o jakiekolwiek sprawy nie będące w zgodzie z zasadami Ministerstwa. Malfoy, w poprzednich latach nie musiał już aż tak staranie dbać o swoją reputację na korytarzach urzędu, acz wciąż to robił, nie pozwalał słowom i emocjom wydostawać się, gdy były nieproszone, tak samo jak idealnie trzymał materiał wykrochmalonej koszuli za dopiętą na odpowiedni guzik marynarką. Gdy objął stanowisko Kanclerza, głosy za jego plecami szeptały imię ojca, spomiędzy zgrzytających zębów zazdrosnych urzędników wychodziło też dobrze wszystkim znane nazwisko Elliotta. Nie mógł nikogo winić za takie opinie, głównie dlatego że były one prawdą... ale prawda nie zawsze jest tym, za czym należy podążać, zwłaszcza, gdy chodzi o instytucje państwowe i interes własnej rodziny. Zasłynął z przyłapania na 'gorącym uczynku' grupy pracowników Departamentu Skarbu, którzy przepuszczali raporty nie mające nic wspólnego z rzeczywistością, spowodowało to dużą rotację w zatrudnionych w departamencie osobach. Oczywiście fakt zamknięcia biznesu zajmującego się 'produkcją i obróbką warzyw', który okazał się pralnią pieniędzy nie obszedł bez echa. Czy faktycznie winni byli temu dani pracownicy departamentu, którzy szeptali niekorzystne dla Malfoya rzeczy, było inną kwestią, niezbyt liczącą się w momencie, gdy młody Kanclerz miał na to niezbite dowody i zeznania reszty departamentu. Znajomości i skrupulatność zawsze będą szły ze sobą w parze ku sukcesowi, zwłaszcza, gdy popędzane są wichrem wyniesionej z domu paranoi.
Nieznajomość prawa szkodzi - w przypadku Elliotta to powiedzenie wybijało się na nowy, wyższy poziom, gdy meandrował pomiędzy przepisami, znajomościami i liczbami tak, aby w skarbcu rodzinnym nie ubywało zbytnio monet. Czytał każdy raport z dokładnością, ważył słowa, składał swój podpis jedynie, gdy było to konieczne. Każdy na jego miejscu straciłby już rachubę, ile wniosków czy dokumentów budżetowych przeczytał, ale nie on. Posiadał specjalny kajecik, w którym zapisywał fakty, liczby, daty - zwięźle, w tylko sobie znanej kolejności. Zamknął dzienniczek, a kartki nałożyły się na siebie z delikatnym kliknięciem, zanim po gabinecie echem rozeszło się drugie puknięcie w mosiężne drzwi.
- Proszę wejść - własny głos brzmiał obco, gdy po spędzonych w zamyśleniu godzinach słyszał go po raz pierwszy, odbijając się echem od wysokich regałów zapełnionych książkami i plikami dokumentów, ułożonymi w chronologicznym porządku.
Deszcz zawsze pomagał mu się skupić, więc nie trudził się o wyciszające zaklęcia, dopiero, gdy do pomieszczenia weszła sekretarka, rzucając niepewne spojrzenia po kątach gabinetu, Malfoy skierował wyciągniętą z wnętrza marynarki różdżkę w stronę okna, a cisza opadła na pokój gęstą płachtą. Kajecik schował do szuflady biurka i dopiero, gdy pracująca dla niego kobieta ogłosiła z kim będzie miał do czynienia wstał z miejsca wychodząc zza biurka. Młoda pracownica skinęła lekko głową i pozwalając Henriettcie wejść do gabinetu sama usunęła się z pokoju zamykając za sobą drzwi, na polecenie Elliotta.
- Henrietto, witaj. Wybacz, że oderwałem cię od codziennych obowiązków i dziękuję, że tak szybko się tu zjawiłaś - zaczął i wziął z biurka teczkę, która leżała przygotowana - Jest mi niesamowicie przykro przez to, co spotkało Bradleya, mam nadzieję, że nie zrezygnuje po tym ze stanowiska, jest naprawdę skrupulatną osobą - wyraz jego twarzy się nie zmienił, gdy to mówił, chociaż w niebieskich oczach odbił się cień współczucia. Czy było ono szczere? Trudno było stwierdzić.
- Pogoda też jakby opłakiwała jego stan, co niezbyt pomaga nam w naszym dzisiejszym zadaniu - wręczył kobiecie wcześniej wziętą z biurka teczkę - Musimy odebrać jedno mieszkanie, chciałbym na nie rzucić okiem osobiście, tutaj są wszystkie szczegóły, jeżeli potrzebujesz się wczytać - stali na wyciągnięcie ręki, chociaż Elliott wciąż wydawał się być daleko, przez zdystansowaną aurę, jaką emanował.
- Wybacz, że nie zaproponuję ci nic do picia, ale chciałbym, abyśmy zajęli się odebraniem tej nieruchomości jak najszybciej, założę się, że sama masz dość napięty grafik, a to dodatkowe zadanie na pewno go nie rozluźnia. Mogę tę wynagrodzić ci tą niedogodność poza godzinami pracy, ewentualnie w porze lunchu, jeżeli będziesz miała ochotę - zaproponował, czysto grzecznościowo, choć w prawdzie nie miał nic przeciwko wymienieniu paru zdań z Panią Mulciber-Slughorn. Ich znajomość definitywnie pozostawała na poziomie profesjonalnym, ale w mniemaniu Elliotta, całkiem dobrze się ze sobą dogadywali.
Nieznajomość prawa szkodzi - w przypadku Elliotta to powiedzenie wybijało się na nowy, wyższy poziom, gdy meandrował pomiędzy przepisami, znajomościami i liczbami tak, aby w skarbcu rodzinnym nie ubywało zbytnio monet. Czytał każdy raport z dokładnością, ważył słowa, składał swój podpis jedynie, gdy było to konieczne. Każdy na jego miejscu straciłby już rachubę, ile wniosków czy dokumentów budżetowych przeczytał, ale nie on. Posiadał specjalny kajecik, w którym zapisywał fakty, liczby, daty - zwięźle, w tylko sobie znanej kolejności. Zamknął dzienniczek, a kartki nałożyły się na siebie z delikatnym kliknięciem, zanim po gabinecie echem rozeszło się drugie puknięcie w mosiężne drzwi.
- Proszę wejść - własny głos brzmiał obco, gdy po spędzonych w zamyśleniu godzinach słyszał go po raz pierwszy, odbijając się echem od wysokich regałów zapełnionych książkami i plikami dokumentów, ułożonymi w chronologicznym porządku.
Deszcz zawsze pomagał mu się skupić, więc nie trudził się o wyciszające zaklęcia, dopiero, gdy do pomieszczenia weszła sekretarka, rzucając niepewne spojrzenia po kątach gabinetu, Malfoy skierował wyciągniętą z wnętrza marynarki różdżkę w stronę okna, a cisza opadła na pokój gęstą płachtą. Kajecik schował do szuflady biurka i dopiero, gdy pracująca dla niego kobieta ogłosiła z kim będzie miał do czynienia wstał z miejsca wychodząc zza biurka. Młoda pracownica skinęła lekko głową i pozwalając Henriettcie wejść do gabinetu sama usunęła się z pokoju zamykając za sobą drzwi, na polecenie Elliotta.
- Henrietto, witaj. Wybacz, że oderwałem cię od codziennych obowiązków i dziękuję, że tak szybko się tu zjawiłaś - zaczął i wziął z biurka teczkę, która leżała przygotowana - Jest mi niesamowicie przykro przez to, co spotkało Bradleya, mam nadzieję, że nie zrezygnuje po tym ze stanowiska, jest naprawdę skrupulatną osobą - wyraz jego twarzy się nie zmienił, gdy to mówił, chociaż w niebieskich oczach odbił się cień współczucia. Czy było ono szczere? Trudno było stwierdzić.
- Pogoda też jakby opłakiwała jego stan, co niezbyt pomaga nam w naszym dzisiejszym zadaniu - wręczył kobiecie wcześniej wziętą z biurka teczkę - Musimy odebrać jedno mieszkanie, chciałbym na nie rzucić okiem osobiście, tutaj są wszystkie szczegóły, jeżeli potrzebujesz się wczytać - stali na wyciągnięcie ręki, chociaż Elliott wciąż wydawał się być daleko, przez zdystansowaną aurę, jaką emanował.
- Wybacz, że nie zaproponuję ci nic do picia, ale chciałbym, abyśmy zajęli się odebraniem tej nieruchomości jak najszybciej, założę się, że sama masz dość napięty grafik, a to dodatkowe zadanie na pewno go nie rozluźnia. Mogę tę wynagrodzić ci tą niedogodność poza godzinami pracy, ewentualnie w porze lunchu, jeżeli będziesz miała ochotę - zaproponował, czysto grzecznościowo, choć w prawdzie nie miał nic przeciwko wymienieniu paru zdań z Panią Mulciber-Slughorn. Ich znajomość definitywnie pozostawała na poziomie profesjonalnym, ale w mniemaniu Elliotta, całkiem dobrze się ze sobą dogadywali.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦