08.06.2025, 11:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.06.2025, 23:56 przez Hannibal Selwyn.)
Morpheus! Oczywi…
Gdyby nie to, że olśnieniu Hannibala towarzyszył wybuch, pacnąłby się dłonią w czoło.
Pierwszym jego instynktem było spieprzać podążyć za Guinevere, ale nie umknął jego uwagi ciężki, bardzo boleśnie brzmiący oddech Morpheusa. Facet wygląda na nieźle przemielonego, pomyślał, mam nadzieję, że nie wyzionie nam tu ducha.
Równo z Ginny przypadł do leżącego człowieka i stanął nad uzdrowicielką i pacjentką, bardzo starannie nie patrząc na kawał metalu wystający z ciała kobiety. To nie była co prawda igła, ani nic związanego z medycyną, ale wyglądało chyba jeszcze gorzej. Hannibal poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła i ucieszył się blado, że nie zdążył zjeść kolacji.
Wdzięczny sobie z przeszłości za to, że nie schował różdżki, starając się wypchnąć z myśli krwawy obrazek, rozglądał się za ewentualnym zagrożeniem. Wyglądało jednak na to, że nikt z przechodniów nie wpadł na pomysł dołożenia swoich trzech knutów do tej katastrofy - może bali się ponownego wybuchu. Piekarnia była w kompletnej ruinie, ale można jeszcze było uratować sąsiednie kamienice - lizane już przez wyniesiony wysoko wybuchem ogień.
Wycelował w jedną ze ścian i skupił się na zaklęciu. Woda. Nie myśl o krwi.
Hannibal mógł nie patrzeć na zmasakrowaną nogę kobiety, ale nie mógł odciąć się od dźwięków. Ranna jęczała rozpaczliwie, Morpheus dyszał, jakby przebiegł maraton. To nic, to nic, nie myśl o tym. Woda.
- Proszę tego nie wyciągać!
Woda!
Guinevere mamrotała coś o krwotoku.
- O kurwa, prawie na wylot przeszło! - skomentował ktoś obok.
Staranna wizualizacja Hannibala zabarwiła się nieproszoną czerwienią, zamrugał, próbując ją odpędzić, ale zaklęcie było już poza jego kontrolą. Z niedowierzaniem patrzył, jak z końca jego różdżki tryska strumień czerwonej cieczy, gęstszy, niż woda i słabszy, niż planował. Nie dosięgnął do płomieni, ale wystarczył, by ktoś poza zasięgiem wzroku krzyknął histerycznie. Dwie, może trzy sekundy minęły, zanim czarodziej otrząsnął się z osłupienia i przerwał czar, niemal upuszczając różdżkę. Na chodniku między nim, a płonącym budynkiem, pozostał makabryczny, czerwony rozbryzg. Krew wsiąkała pomiędzy betonowe płyty, a Hannibal pragnął, żeby pochłonęły też jego.
// Odgrywam: Lęk przed igłami i zastrzykami
Gdyby nie to, że olśnieniu Hannibala towarzyszył wybuch, pacnąłby się dłonią w czoło.
Pierwszym jego instynktem było spieprzać podążyć za Guinevere, ale nie umknął jego uwagi ciężki, bardzo boleśnie brzmiący oddech Morpheusa. Facet wygląda na nieźle przemielonego, pomyślał, mam nadzieję, że nie wyzionie nam tu ducha.
Równo z Ginny przypadł do leżącego człowieka i stanął nad uzdrowicielką i pacjentką, bardzo starannie nie patrząc na kawał metalu wystający z ciała kobiety. To nie była co prawda igła, ani nic związanego z medycyną, ale wyglądało chyba jeszcze gorzej. Hannibal poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła i ucieszył się blado, że nie zdążył zjeść kolacji.
Wdzięczny sobie z przeszłości za to, że nie schował różdżki, starając się wypchnąć z myśli krwawy obrazek, rozglądał się za ewentualnym zagrożeniem. Wyglądało jednak na to, że nikt z przechodniów nie wpadł na pomysł dołożenia swoich trzech knutów do tej katastrofy - może bali się ponownego wybuchu. Piekarnia była w kompletnej ruinie, ale można jeszcze było uratować sąsiednie kamienice - lizane już przez wyniesiony wysoko wybuchem ogień.
Wycelował w jedną ze ścian i skupił się na zaklęciu. Woda. Nie myśl o krwi.
Kształtowanie - rzut na próbę wytworzenia strumienia wody
Rzut Z 1d100 - 35
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Hannibal mógł nie patrzeć na zmasakrowaną nogę kobiety, ale nie mógł odciąć się od dźwięków. Ranna jęczała rozpaczliwie, Morpheus dyszał, jakby przebiegł maraton. To nic, to nic, nie myśl o tym. Woda.
- Proszę tego nie wyciągać!
Woda!
Guinevere mamrotała coś o krwotoku.
- O kurwa, prawie na wylot przeszło! - skomentował ktoś obok.
Staranna wizualizacja Hannibala zabarwiła się nieproszoną czerwienią, zamrugał, próbując ją odpędzić, ale zaklęcie było już poza jego kontrolą. Z niedowierzaniem patrzył, jak z końca jego różdżki tryska strumień czerwonej cieczy, gęstszy, niż woda i słabszy, niż planował. Nie dosięgnął do płomieni, ale wystarczył, by ktoś poza zasięgiem wzroku krzyknął histerycznie. Dwie, może trzy sekundy minęły, zanim czarodziej otrząsnął się z osłupienia i przerwał czar, niemal upuszczając różdżkę. Na chodniku między nim, a płonącym budynkiem, pozostał makabryczny, czerwony rozbryzg. Krew wsiąkała pomiędzy betonowe płyty, a Hannibal pragnął, żeby pochłonęły też jego.
// Odgrywam: Lęk przed igłami i zastrzykami