Poczekał, aż Vasilij skończył mówić. O warzywniaku. Przyglądał się, jak siłuje się z butelką, ale nawet nie drgnął. Kłamstwo. Mały palec, z sygnetem kosy, drgał nieznacznie, jak zwykle zdradziecki indykator jego potrzeby działania. Żeby wyciągnąć mu z ręki tę butelkę, odkorkować i zamiast mu nalać lampkę albo im obojgu, rzucić nią o ścianę. Lub wypić całą, na raz. Nie zrobił tego. Palec się uspokoił. Klątwa Dolohova go nie brzydziła, mógłby zostać nawet uznany za obojętnego czemuś, na co wielu zareagowałoby spazmami lub jawnym zniesmaczeniem. Morpheus był dziwakiem odkąd się urodził i nim pozostał aż do tego momentu w czasie i przestrzeni, co sprawiało, że dziwaczna umiejętność wzbudzała za każdym razem ten błysk ciekawości. Czy zadziałałby, gdyby on tam wsadził tę rękę? Czy mógłby zacisnąć palce na astrolabium i wyczuć własne tętno? Nigdy nie zapytał i bardzo żałował. Poczekał aż słowa o dokumentach przeminą, patrząc na swoje coraz wyraźniejesze odbicie w okularach Vasilija.
— Vakel — nienawidził tego pseudonimu, całym sercem. — Ty ufałeś mi, ja ufałem mojej matce. Wszyscy na tym stracili oprócz niej, bo w końcu twój ojciec mnie nie zamordował. — Zniżył głos. — Byłoby prościej, prawda? Zamiast tego, każda wizja zamglona i niezrozumiała, i oto masz księcia Sparty, Hiacynta, który umiera przez bóstwo przepowiedni, Apolla. Nie dosłownie, tylko ma namieszane w głowie przez dekadę, bo hipnoza to bardzo skuteczny sposób, aby wyleczyć swoje dziecko z pederastii.
Nie potrafił o tym mówić w pierwszej osobie, jakby sprawiało mu to fizyczny ból. Przyznanie się do własnej naiwności, do słabości swojego mózgu, podatności na manipulacje. Odsuwał się od tego, karmiąc się energią wybuchu, tej iskry prawdziwosci. Było coś niesamowicie oszałamiającego w Vasiliju, który tracił swoje opanowanie, jak butelka szampana, który okazał się zbyt bombelkowy i zbyt alkoholowy.
— A później objawienie, na jej łożu śmierci, tylko nic nie można już zmienić. I twoje lawendowe małżeństwo, wyglądasz na tak szczęśliwego. Jak ktoś, kto zrobił ci, to co ja, mógł w ogóle rozważać, żeby wejść z butami twoje w ułożone życie, bo zaklęcie czy nie, nadal to byłem ja, krzywda została zadana. A potem ten list. Zjadłem go. Tak bardzo chciałem przez chwilę być tobą, a teraz nawet nie jestem w stanie powiedzieć...
Popatrzył na bok. Nie na dokumenty. Jakby całe jego życie właśnie malowano na freskach. Nagle to, czego chciał, wykładanie i obecność, straciły na wadze. Przesunął talerz ze stukaniem, oporem, jaki mu stawiała zastawa, oparł łokcie na blacie i ukrył twarz w dłoniach, w tak bardzo ludzkim geście, których się wystrzegał, nie tylko przy Dolohovie, ale ogólnie. Należało podtrzymać reputację odstręczających Niewymownych.
— Gdybym mógł, zamieszkałbym pod twoją skórą. I nawet nie wiem, którego z nas nękam bardziej, samego siebie czy ciebie, bo nie chodzi mi o naszą przeszłość, a przyszłość. Ty budujesz swój instytut ze światła, a mnie zsyłają wizje Doliny w ogniu, dymu znad Warowni, który układa się na znak Czarnego Pana. To miałem na myśli.
Chyba zabrakło mu odwagi, bo wydał z siebie tylko krótki śmiech, pełen stresu, napięcia, jakby miał przygotowane całe przemówienie, dokładnie tak, jak Vasilij i nic się nie kleiło, jak na próbie generalnej.