08.06.2025, 22:55 ✶
Wywrócił oczyma, chociaż ten gest nie był dostrzegalny zza przyciemnionych szkieł. Widać za to było, że wzburzenie nie mijało – Dolohov tętnił coraz to większym gniewem, przybrał nawet pozycję charakterystyczną dla momentów, kiedy szykował się do zbijania mocnych argumentów. I zawsze to robił – raz za razem, choćby i miał kłócić się o to zawzięcie przez kilka godzin, jeżeli mu na czymś zależało, miał w tym ostatnie słowo.
Opierał się łokciem o oparcie krzesła. Siedział tą kościstą dupą tak niewygodnie jak się tylko dało, wpatrując się w Longbottoma spode łba i sącząc alkohol, którego zapewne nie powinien teraz pić. Niestety dla samego siebie był zdecydowanie za stary na to, żeby ktokolwiek mu tego zabraniał.
– Gdybyśmy tylko siedem tysięcy czterysta dwadzieścia dwa dni temu obiecali sobie, że nie oglądając się na nic, spakujemy walizki i wyjdziemy gdzieś, gdzie możemy budzić się obok siebie każdego dnia. Wystarczyło kupić bilet na pociąg do Dover. – Opowiadał o tym tonem teatralnym, niby to panował nad wszystkim, zamiast wyduszać takie rewelacje przez zaciśnięte zęby, ale tylko ślepiec nie dostrzegłby w tym wzburzenia. – Naprawdę wolałbym potrafić wmawiać samemu sobie jakieś brednie, zamiast mieć w głowie abakus, ale here we are. – Spojrzał na swój zegarek. – Dokładniej mówiąc – siedem tysięcy czterysta dwadzieścia dwa dni, dwadzieścia godzin i trzydzieści siedem minut temu powiedziałeś mi: gdziekolwiek zechcesz, będę pisał ci wiersze i kochać cię. Pieprzyć to te twoje obietnice. Jak na razie taki z ciebie poeta, że twoi fani wzięliby Itakę za biuro podróży. – Pokręcił głową. – Tylko się nie broń przed tym. Dawałem ci się posuwać przez lata, a ty mi teraz mówisz nad kolacją, że jestem w szczęśliwym małżeństwie. Wielki krok dla Morpheusa, mały dla każdego, kto mnie kurwa zna: jestem gejem. To, że w ogóle dożyłem dzisiejszego dnia zamiast zabić się przed pierwszym albo drugim weselem możesz śmiało wpisać na listę cudów tego świata. Albo koszmarów Susanne, bo za szybko się poddała.
I znów zamilkł, ale jeżeli Morpheus śmiał mu tę ciszę przerwać, uniósł rękę w geście: zamknij się. Potrzebował kilkunastu długich sekund, żeby się uspokoić i chociaż odrobinę opanować cięty język i jeszcze ostrzejszy dowcip. Nikt się tutaj przecież nie śmiał i nikt się tutaj szczerze nie zaśmieje. Rechot sięgający go z przeciwnej strony blatu brzmiał jak zwiastun ataku paniki. Całe to gradobicie faktów i zaczepek jeszcze mocniej wyskrobywało mu w sercu dziurę, której nie potrafiło wypełnić nic. Żadne przepraszam rzucone do sałatki, nie miało szansy załatać tego, że Dolohov wciąż czuł się człowiekiem głęboko skrzywdzonym.
– Zlituj się i przeczytaj ten papier, bo chyba zaczyna padać. – Odetchnął głęboko, odstawił kieliszek i odłożył papierosa na brzeg popielniczki, żeby mieć wolną dłoń. Ściągnął nią okulary i przetarł palcami oczy, trochę przez to, że go piekły od emocji i trochę przez to, że musiał odpocząć od widoku mężczyzny naprzeciwko. – Jeszcze mówisz o tym padalcu tak, jak mówią o nim Śmierciożercy. Jeżeli oszalałeś już do końca i jesteś jego poplecznikiem, to daruj sobie wstępy i zabij mnie od razu, bo nie chce mi się tego słuchać.
Opierał się łokciem o oparcie krzesła. Siedział tą kościstą dupą tak niewygodnie jak się tylko dało, wpatrując się w Longbottoma spode łba i sącząc alkohol, którego zapewne nie powinien teraz pić. Niestety dla samego siebie był zdecydowanie za stary na to, żeby ktokolwiek mu tego zabraniał.
– Gdybyśmy tylko siedem tysięcy czterysta dwadzieścia dwa dni temu obiecali sobie, że nie oglądając się na nic, spakujemy walizki i wyjdziemy gdzieś, gdzie możemy budzić się obok siebie każdego dnia. Wystarczyło kupić bilet na pociąg do Dover. – Opowiadał o tym tonem teatralnym, niby to panował nad wszystkim, zamiast wyduszać takie rewelacje przez zaciśnięte zęby, ale tylko ślepiec nie dostrzegłby w tym wzburzenia. – Naprawdę wolałbym potrafić wmawiać samemu sobie jakieś brednie, zamiast mieć w głowie abakus, ale here we are. – Spojrzał na swój zegarek. – Dokładniej mówiąc – siedem tysięcy czterysta dwadzieścia dwa dni, dwadzieścia godzin i trzydzieści siedem minut temu powiedziałeś mi: gdziekolwiek zechcesz, będę pisał ci wiersze i kochać cię. Pieprzyć to te twoje obietnice. Jak na razie taki z ciebie poeta, że twoi fani wzięliby Itakę za biuro podróży. – Pokręcił głową. – Tylko się nie broń przed tym. Dawałem ci się posuwać przez lata, a ty mi teraz mówisz nad kolacją, że jestem w szczęśliwym małżeństwie. Wielki krok dla Morpheusa, mały dla każdego, kto mnie kurwa zna: jestem gejem. To, że w ogóle dożyłem dzisiejszego dnia zamiast zabić się przed pierwszym albo drugim weselem możesz śmiało wpisać na listę cudów tego świata. Albo koszmarów Susanne, bo za szybko się poddała.
I znów zamilkł, ale jeżeli Morpheus śmiał mu tę ciszę przerwać, uniósł rękę w geście: zamknij się. Potrzebował kilkunastu długich sekund, żeby się uspokoić i chociaż odrobinę opanować cięty język i jeszcze ostrzejszy dowcip. Nikt się tutaj przecież nie śmiał i nikt się tutaj szczerze nie zaśmieje. Rechot sięgający go z przeciwnej strony blatu brzmiał jak zwiastun ataku paniki. Całe to gradobicie faktów i zaczepek jeszcze mocniej wyskrobywało mu w sercu dziurę, której nie potrafiło wypełnić nic. Żadne przepraszam rzucone do sałatki, nie miało szansy załatać tego, że Dolohov wciąż czuł się człowiekiem głęboko skrzywdzonym.
– Zlituj się i przeczytaj ten papier, bo chyba zaczyna padać. – Odetchnął głęboko, odstawił kieliszek i odłożył papierosa na brzeg popielniczki, żeby mieć wolną dłoń. Ściągnął nią okulary i przetarł palcami oczy, trochę przez to, że go piekły od emocji i trochę przez to, że musiał odpocząć od widoku mężczyzny naprzeciwko. – Jeszcze mówisz o tym padalcu tak, jak mówią o nim Śmierciożercy. Jeżeli oszalałeś już do końca i jesteś jego poplecznikiem, to daruj sobie wstępy i zabij mnie od razu, bo nie chce mi się tego słuchać.
// zapomniałam dopisać, że odgrywam też uzależnienie I, wegetarianina I, a w tym poście też numerologia I, psychofani I
with all due respect, which is none