09.06.2025, 01:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.06.2025, 01:06 przez Primrose Lestrange.)
Primrose kaszlnęła nieprzyjemnie, bo okropnie splecione zaklęcie przepuściło przez siebie tyle dymu, że dziewczyna omal nie pożałowała wtargnięcia do środka płonącego domu. Ogień jej nie dotykał – to fakt, jego języki bardziej łaskotały jej skórę niż krzywdziły – ale zatrucie dymem (z którego istnienia jako uzdrowicielka zdawała sobie sprawę) nie było mrzonką, lecz realnym zagrożeniem. Zagrożeniem na tyle realnym, że ratowanie pluszaka powinno znajdować się bardzo nisko na liście jej życiowych priorytetów. Prawda była przecież taka, że jej rodzina składała się w przeważającej części z bogaczy – gdyby chciała, prezent w postaci nowej zabawki sprawiłby jej ktokolwiek, z kim dzieliła nazwisko. No ale to byłby inny pluszak. Może podobny, ale nie ten – nie tej konkretny, z którym łączyła ją nostalgia dzieciństwa, nawet jeżeli zdaniem większości była na takie rzeczy za stara.
Kaszlnęła jeszcze raz, z rozsądku nie podnosząc głowy wysoko. Spróbowała jeszcze raz – bąblogłowy, po którym będzie mogła odetchnąć świeżym powietrzem i bezpiecznie stąd wyjść bez potrzeby dramatycznego skakania z okna na trawę. Była przecież w Lecznicy i wiedziała, że poskładanie jej kości nie będzie dla jej przełożonego proste ze względu na wyjątkowo małą liczbę eliksirów i innych specyfików ratujących życie.
A później wydarzyło się coś, czego nie przewidziała nawet przenajświętsza Matka i żaden z jej innych, boskich przydupasów.
Lestrange pisnęła, upadając na podłogę i widać po niej było, że cokolwiek się tutaj wydarzyło, wprawiło ją w głębokie oszołomienie. Kilka zdecydowanie zbyt długich jak na okoliczności sekund poświęciła tępemu wpatrywaniu się w przestrzeń, to zaś musiało uruchomić w Bottcie świadomość najgorszego – udało mu się obudzić w niej jeszcze większą histerię, to zaś zaprowadziło ją prosto w objęcia ataku paniki. Delikatna kobieta, którą próbował wynieść z pomieszczenia, zdecydowanie należała do osób mądrych i godnych zaufania w kwestiach związanych z ukończonymi przez nią studiami, ale teraz – kiedy w jej siostrach zapewne obudziłby się matczyny gen wojowniczki, ona... zbladła. Zbladła jak ściana i wyglądała teraz jak mim, oddychała ciężko i przerażona zaczęła gmerać w podpalonych ubraniach gołymi rękoma, co prawda odsuwając je od Bertiego – czyli robiąc dobrze, ale dlaczego robiła to zamiast uciekać, tego nie wiedział nikt. Zabrakło w tym jakiejkolwiek logiki, działała całkowicie mechanicznie i ewidentnie potrzebowała pomocy kogoś, kto złapie ją za rękę i stąd wyprowadzi, zanim zgubi się w tym wszystkim jeszcze mocniej.
Chociaż udane zaklęcie pozwoliło jej zachować jakąkolwiek twarz, jeżeli zostaną tutaj chwilę dłużej, zamiast blada zrobi się sina.
Kaszlnęła jeszcze raz, z rozsądku nie podnosząc głowy wysoko. Spróbowała jeszcze raz – bąblogłowy, po którym będzie mogła odetchnąć świeżym powietrzem i bezpiecznie stąd wyjść bez potrzeby dramatycznego skakania z okna na trawę. Była przecież w Lecznicy i wiedziała, że poskładanie jej kości nie będzie dla jej przełożonego proste ze względu na wyjątkowo małą liczbę eliksirów i innych specyfików ratujących życie.
Rzut O 1d100 - 53
Slaby sukces...
Slaby sukces...
A później wydarzyło się coś, czego nie przewidziała nawet przenajświętsza Matka i żaden z jej innych, boskich przydupasów.
Lestrange pisnęła, upadając na podłogę i widać po niej było, że cokolwiek się tutaj wydarzyło, wprawiło ją w głębokie oszołomienie. Kilka zdecydowanie zbyt długich jak na okoliczności sekund poświęciła tępemu wpatrywaniu się w przestrzeń, to zaś musiało uruchomić w Bottcie świadomość najgorszego – udało mu się obudzić w niej jeszcze większą histerię, to zaś zaprowadziło ją prosto w objęcia ataku paniki. Delikatna kobieta, którą próbował wynieść z pomieszczenia, zdecydowanie należała do osób mądrych i godnych zaufania w kwestiach związanych z ukończonymi przez nią studiami, ale teraz – kiedy w jej siostrach zapewne obudziłby się matczyny gen wojowniczki, ona... zbladła. Zbladła jak ściana i wyglądała teraz jak mim, oddychała ciężko i przerażona zaczęła gmerać w podpalonych ubraniach gołymi rękoma, co prawda odsuwając je od Bertiego – czyli robiąc dobrze, ale dlaczego robiła to zamiast uciekać, tego nie wiedział nikt. Zabrakło w tym jakiejkolwiek logiki, działała całkowicie mechanicznie i ewidentnie potrzebowała pomocy kogoś, kto złapie ją za rękę i stąd wyprowadzi, zanim zgubi się w tym wszystkim jeszcze mocniej.
Chociaż udane zaklęcie pozwoliło jej zachować jakąkolwiek twarz, jeżeli zostaną tutaj chwilę dłużej, zamiast blada zrobi się sina.
// histeryk I, metamorfomag, włosy jak płomienie 0, słabo zbudowany II, nazwisko Lestrange