Płomienie pochłaniały zabudowania Londynu, jakby chciały go połknąć w całości. Przeskakiwały z jednej ściany na drugą, chwytały szyldy, firanki, starą gazetę, którą ktoś porzucił na krawężniku. To był idealny wieczór.
Trixie szła przed siebie, zostawiając za sobą buchające płomienie i oszołomionych przechodniów, którzy rzucali się po ulicach w panice, wyglądając zupełnie jak zagubione dzieci. Zupełnie tak, jakby mimo upływu czasu, do tej pory nie byli pewni, czy to mara, czy koszmar na jawie. A ona miała ochotę na więcej. Miała ochotę na noc, w której wszystko spłonie. Kochała destrukcję, uwielbiała widzieć strach w oczach niewinnych ludzi.
- Ty to masz fantazję. - Mruknęła cicho, a potem podeszła wolnym krokiem do kuzyna, żeby wyciągnąć rękę.
Smocza oliwa? No proszę. Wspaniale. To było znacznie lepsze niż tłuczenie okien i rzucanie zaklęć w kominki. Było... Eleganckie. Wyrafinowane. Wyszukane. W końcu ogień, który nie chciał zgasnąć, miał w sobie coś poetyckiego. Ostatecznego. To zdecydowanie było coś.
Bellatrix nie odpowiedziała od razu. Przesunęła językiem po dolnej wardze. Nie z nerwów, tylko z ekscytacji. Mogłaby przysiąc, że zapach zapowiadanego chaosu już zaczynała unosić się w powietrzu. Niczym obietnica, której dymny, szczypiący zapach już prawie czuła w nozdrzach. Miał osadzić się na jej ubraniu, we włosach i na koniuszkach palców, którymi teraz chwyciła za zadziwiająco chłodne szkło wręczonej jej fioleczki. Taka mała, taka niepozorna, a jednocześnie tak śmiertelnie niebezpieczna, cudowna. Przechyliła głowę, obserwując, jak zawiesina w środku migocze w świetle. Pysznie. Lubiła, kiedy coś paliło się długo i głośno. I kiedy ktoś krzyczał.
- Aż w Szwecji, mówisz... - Powtórzyła cicho, przeciągle, jakby kosztowała każde słowo, z jednoczesnym rozbawieniem, które miało w sobie coś z maniakalnej radości. - Lou, ja celuję przynajmniej w Petersburg. Może nawet trochę dalej, jeśli wiatr dobrze zawieje. - Nie potrzebowała więcej słów. Zrobiła krok naprzód, jednocześnie wyciągając różdżkę.
Rzuciła krótkie spojrzenie w kierunku Umbriela. Nie, żeby potrzebowała jego aprobaty czy zgody. Po prostu chciała widzieć, jak bardzo mu się to wszystko podoba. Wiedziała, że tak będzie. Była pewna, co zobaczy w postawie jego ciała. Tylko głupiec nie cieszyłby się z takiego widowiska. Odeszła kilka kroków w bok, przeciągając palcami po murze kamienicy, zostawiając smugę pyłu i sadzy na swoich rękawiczkach, zanim umieściła fiolkę idealnie w przesmyku między dwoma kamienicami. Miały drewniane balustrady i ramy okien. Idealnie.
Unosząc różdżkę, przymknęła na moment oczy, by nacieszyć się tym zawieszeniem chwili. Ta noc była dość wyczerpująca, czuła zmęcznie, ledwie ona się rozpoczęła, dlatego też odetchnęła głęboko, nim zaczęła inkantację. Musiało jej się udać, nie chciałaby, żeby obecni tu towarzysze widzieli jej niedyspozycję, zresztą i tak obawiała się tego, że do Lorda Vodemorta dojdą informację na temat tego, że dzisiaj kilka razy go zawiodła.
◉◉◉○○ kształtowanie
Akcja nieudana