09.06.2025, 13:43 ✶
Hestia przez chwilę wyglądała, jakby chamskie kłamstwa Henry'ego trochę ją zdezorientowały. A może ona również w nie uwierzyła? W końcu nie miał czasu wyjaśnić jej prawdziwego celu swojej wizyty w łazience Marty. Czy bardzo zawiódłby jej zaufanie, gdyby się dowiedziała, że wcale nie planuje tworzenia kółka pomocy dręczonym uczniom? Cel wydawał się absolutnie szczytny, chyba nawet lepszy moralnie od szkolnej gazetki. Chłopak miał nadzieję, że dziewczyna go nie znienawidzi po tym wszystkim. Wydawała się naprawdę miła... i bardzo ładna. Henry zarumienił się odrobinę na te myśl i zrzucił odpowiedzialność na to, co jego dziadek nazywał "burzą hormonów".
– Nigdy w życiu. Masz nasze słowo – chłopak zachęcił ducha do mówienia.
Marta wzięła głęboki oddech (choć wcale nie musiała) i podleciała bliżej dwójki uczniów. Bił od niej typowy spirytualny chłód. Henry miał nadzieję, że nie będzie kolejnym duchem, który postanowi przefrunąć przez niego. Już przecież bywało w zamku dość zimno.
– No więc, jednego dnia, kiedy normalnie sobie siedziałam na korytarzu, nikomu nie zawadzając, przeklęta Jill Bones, przyszła i powiedziała mi, że mam paskudne okulary i że moje włosy wyglądają jak gniazdo dla ptaków! A sama miała pryszcza na środku nosa. Nie miała prawa o mnie tak mówić, skoro sama urodą nie grzeszyła! A Gordon Pettigrew i jego ekipa śmierdzących chłopaków powiedzieli, że nikt nie będzie chciał takiej, cytuję, "płaczliwej wrednej idiotki, jak Marta". Wiecie co wtedy zrobiłam? Wstałam i kopnęłam go prosto w... – zaczęła paplać Marta. No i gadała, gadała, gadała, a mimo, że mówiła dużo, prawie nic z tego nie było ciekawe. Niektórych oskarżała o to, że źle na nią spojrzeli, a innych, że zakaszleli, kiedy była obok.
W pewnym momencie już piętnastominutowej tyrady, Henry spojrzał znacząco na Hestię. Niestety nie umknęło to uwadze Marty. Cholera...
– Nie słuchacie mnie, tak? Jednak będziecie się ze mnie naśmiewać! Wiedziałam, jesteście tacy, jak wszyscy! – prychnęła.
– Nigdy w życiu. Masz nasze słowo – chłopak zachęcił ducha do mówienia.
Marta wzięła głęboki oddech (choć wcale nie musiała) i podleciała bliżej dwójki uczniów. Bił od niej typowy spirytualny chłód. Henry miał nadzieję, że nie będzie kolejnym duchem, który postanowi przefrunąć przez niego. Już przecież bywało w zamku dość zimno.
– No więc, jednego dnia, kiedy normalnie sobie siedziałam na korytarzu, nikomu nie zawadzając, przeklęta Jill Bones, przyszła i powiedziała mi, że mam paskudne okulary i że moje włosy wyglądają jak gniazdo dla ptaków! A sama miała pryszcza na środku nosa. Nie miała prawa o mnie tak mówić, skoro sama urodą nie grzeszyła! A Gordon Pettigrew i jego ekipa śmierdzących chłopaków powiedzieli, że nikt nie będzie chciał takiej, cytuję, "płaczliwej wrednej idiotki, jak Marta". Wiecie co wtedy zrobiłam? Wstałam i kopnęłam go prosto w... – zaczęła paplać Marta. No i gadała, gadała, gadała, a mimo, że mówiła dużo, prawie nic z tego nie było ciekawe. Niektórych oskarżała o to, że źle na nią spojrzeli, a innych, że zakaszleli, kiedy była obok.
W pewnym momencie już piętnastominutowej tyrady, Henry spojrzał znacząco na Hestię. Niestety nie umknęło to uwadze Marty. Cholera...
– Nie słuchacie mnie, tak? Jednak będziecie się ze mnie naśmiewać! Wiedziałam, jesteście tacy, jak wszyscy! – prychnęła.