09.06.2025, 18:44 ✶
Moment zawachania, moment przerażenia, moment spojrzenia - ulotnego, niepewnego rzucenia okiem na swoją duszę, która stała na krawędzi upadku. Tak łatwo było dać porwać się mocy, możliwościom, karze, która słusznie powinna spłynąć na winnych, na grzesznych, na plugawych. Karze, która wymierzona czyniła z maga koszmar na obraz i podobieństwo tych, których karał.
W porę powstrzymał impet zaklęcia, szarpnął oprawcą ostrzegawczo, ktoś mógłby powiedzieć: precyzyjnie. Szarpnął na tyle, aby ten porzucił swój cel nękania staruszka i czmychnął przed przeciwnikiem z nienawistnym syknięciem.
To trwało dwa uderzenia serca.
Morpheus zdążył dostrzec wykrzywioną twarz uciekającego agresora, zdążył obrócić się ku niedoszłej ofierze, której przed momentem pomógł, a która zdezorientowana rozglądała się za swoim aniołem, licząc, że ten pomoże jej wstać i odnaleźć się pośród piekielnych płomieni. Zdążył poczuć strużkę potu spływającą po włąsnej skroni, kolejne zaciśnięcie gardła przed duszącym kaszlem, zdążył zdać sobie sprawę jak mocno, wręcz kurczowo trzyma różdżkę łaknącą uczestniczyć w pożodze, kuszącą, nęcącą, czarną w cisowej bieli.
A potem - bez cienia ostrzeżenia nadszedł atak wymierzony wprost w jego plecy, wymierzony wprost w jego istnienie. Wrażenie było niemożliwe z pomyleniem tego z jakimkolwiek innym wrażeniem: ból rozszarpujący tkanki, jakby miliony igieł atakowały pojedyncze komórki zmuszając je do oddania najcenniejszej swojej wartości - życiowej energii.
Stała za nim. Kobieta słusznej budowy, w czarnej szacie, z twarzą schowaną za białą maską tak bardzo nie-śmierciożerczą, tak bardzo prymitywną, wciąż jednak niosącą niewyobrażalne dla mugoli czy czarodziei cierpienie.
- Szlamojebca pierdolony - huknęła do niego, a jej głos wręcz śmiał się spod pozbawionej wyrazu maski. Zielone oczy utkwione w zwiniętym nim iskrzyły się ekstazą płynącą z dominacji absolutnej, z bycia katem, którego narzędzie naostrzyła zakazana magia. Nekrotyczne zaklęcie gotowało Longbottomowi w żyłach krew, drgało jego aurą i syciło marzenie o śmierci. Zwycięsko uniosiona nad jego głową różdżka opleciona była rzeźbionymi liśćmi laurowymi. - To Cię nauczy szacunku społeczna gnido!
W porę powstrzymał impet zaklęcia, szarpnął oprawcą ostrzegawczo, ktoś mógłby powiedzieć: precyzyjnie. Szarpnął na tyle, aby ten porzucił swój cel nękania staruszka i czmychnął przed przeciwnikiem z nienawistnym syknięciem.
To trwało dwa uderzenia serca.
Morpheus zdążył dostrzec wykrzywioną twarz uciekającego agresora, zdążył obrócić się ku niedoszłej ofierze, której przed momentem pomógł, a która zdezorientowana rozglądała się za swoim aniołem, licząc, że ten pomoże jej wstać i odnaleźć się pośród piekielnych płomieni. Zdążył poczuć strużkę potu spływającą po włąsnej skroni, kolejne zaciśnięcie gardła przed duszącym kaszlem, zdążył zdać sobie sprawę jak mocno, wręcz kurczowo trzyma różdżkę łaknącą uczestniczyć w pożodze, kuszącą, nęcącą, czarną w cisowej bieli.
A potem - bez cienia ostrzeżenia nadszedł atak wymierzony wprost w jego plecy, wymierzony wprost w jego istnienie. Wrażenie było niemożliwe z pomyleniem tego z jakimkolwiek innym wrażeniem: ból rozszarpujący tkanki, jakby miliony igieł atakowały pojedyncze komórki zmuszając je do oddania najcenniejszej swojej wartości - życiowej energii.
Stała za nim. Kobieta słusznej budowy, w czarnej szacie, z twarzą schowaną za białą maską tak bardzo nie-śmierciożerczą, tak bardzo prymitywną, wciąż jednak niosącą niewyobrażalne dla mugoli czy czarodziei cierpienie.
- Szlamojebca pierdolony - huknęła do niego, a jej głos wręcz śmiał się spod pozbawionej wyrazu maski. Zielone oczy utkwione w zwiniętym nim iskrzyły się ekstazą płynącą z dominacji absolutnej, z bycia katem, którego narzędzie naostrzyła zakazana magia. Nekrotyczne zaklęcie gotowało Longbottomowi w żyłach krew, drgało jego aurą i syciło marzenie o śmierci. Zwycięsko uniosiona nad jego głową różdżka opleciona była rzeźbionymi liśćmi laurowymi. - To Cię nauczy szacunku społeczna gnido!