09.06.2025, 22:48 ✶
Jak… No właśnie? Jak?
Nie zareagował, kiedy przysunęła się bliżej, zapatrzony w przestrzeń, zapatrzony w przeszłość własnej nieszczęśliwości. Tyle czasu upłynęło mu na rozdrapywaniu szczęścia, którego został pozbawiony, że ciężko mu nawet było przywołać ten konkretny moment.
– Minęło pięć lat, a on… był coraz starszy – podjął w końcu cicho, nie patrząc na nią, choć będąc absolutnie świadomym obecności kogoś, kto w przeciwieństwie do pustych ścian posiadłości miał mózg i duszę (najprawdopodobniej) i świadomość, którą mógł przetwarzać jego słowa. Dziwne uczucie. Bardzo inne.
Błękitne oczy zawiesiły się na dłoniach, pociętych, zmęczonych zbyt długim życiem, nim zabrała je śmierć.
– Bardzo dbał o siebie, wręcz… obsesyjnie. Czasem wypatrywał tak długo wszelkich oznak wiesz… siwych włosów. Zmarszczek. Widziałem to i bałem się, że przez to go stracę. Przez to, że każdego zmierzchu ja byłem taki sam, a on… on się zmieniał. – Mówił powoli, spokojny, choć wciąż znać było w jego głosie smutek. Przerywał często, oddychał, choć nie musiał, pierwszy raz w tym procederze odnajdując rozluźnienie. Punkt po punkcie, noc po nocy…
– Myślałem o tym bardzo długo, bo bycie wampirem przez wielu traktowane jest jako przekleństwo. Taki los ma wiele ograniczeń, z resztą… wiesz doskonale jak jest L. – Pozwolił sobie na krzywy uśmiech i krótki rzut oka w jej stronę, w pewnym dziwnym zawstydzeniu, może niedowierzaniu, że to właśnie się dzieje. Że rozmawia z kimś. Że rozmawia z nią. Z ostatnią osobą, którejby się tu spodziewał.
– … ale on mi dawał do zrozumienia, że przyjmuje mnie takim jaki jest, że to nie jest nic złego, że… w pewien sposób jest mu to miłe. Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy o możliwościach, o… perspektywach życia razem, które trwałoby dłużej niż ludzka zdolność pojmowania. Tydzień przed tym, zanim… zanim to się stało, zanim wszystko runęło. Tydzień wcześniej zaproponowałem mu to poświęcenie z mojej strony. Musisz wiedzieć, że było mi to mocno nie w smak, bowiem jego krew była wtedy najznamienitszym bukietem, którym mogłem się raczyć kiedykolwiek. – Odetchnął głęboko, próbując odtworzyć wspomnienie smaku, ale błogość tamtych chwil sprawiała mu tylko ból, w karykaturalnym, wykrzywionym obrazie porzuconego kochanka. – Nie spotkało się to ze zrozumieniem. Potraktował mnie szorstko, wyśmiał, kategorycznie odmówił. Zasiał wtedy we mnie dwie myśli, które… które wciąż w sumie porastają mnie jak chwasty, a to co wydarzyło się potem tylko utwierdziło mnie w tej… w tej interpretacji. – Przygryzł na moment wargę, zbierając siły, by powiedzieć to głośno, by zbrukać w pewien sposób intymność przez nich zbudowaną, pośród popiołów róż, pośród głuchych ścian domostwa. – Pomyślałem, że mimo wszystkich kwiecistych słów zapewnień, że niczego mi w jego oczach nie brakuje… Pomyślałem, że to kłamstwo, a stan wampiryzmu jest ledwie przez niego tolerowalny, jak substytut prawdziwego partnera. I druga myśl była taka, że stan, w którym wtedy byłem, stan szczęścia, spokoju, stan pewności w niezmiennym… jest terminowy. Ma datę końca. Przeminie. Nie sądziłem jednak… nie sądziłem, że przeminie tak szybko. Nie byłem na to gotów… – urwał, czując, że przejście do kolejnego punktu może okazać się zbyt trudne. Zwiesił głowę znów, próbując powstrzymać zbierające się w oczach łzy.
Nie zareagował, kiedy przysunęła się bliżej, zapatrzony w przestrzeń, zapatrzony w przeszłość własnej nieszczęśliwości. Tyle czasu upłynęło mu na rozdrapywaniu szczęścia, którego został pozbawiony, że ciężko mu nawet było przywołać ten konkretny moment.
– Minęło pięć lat, a on… był coraz starszy – podjął w końcu cicho, nie patrząc na nią, choć będąc absolutnie świadomym obecności kogoś, kto w przeciwieństwie do pustych ścian posiadłości miał mózg i duszę (najprawdopodobniej) i świadomość, którą mógł przetwarzać jego słowa. Dziwne uczucie. Bardzo inne.
Błękitne oczy zawiesiły się na dłoniach, pociętych, zmęczonych zbyt długim życiem, nim zabrała je śmierć.
– Bardzo dbał o siebie, wręcz… obsesyjnie. Czasem wypatrywał tak długo wszelkich oznak wiesz… siwych włosów. Zmarszczek. Widziałem to i bałem się, że przez to go stracę. Przez to, że każdego zmierzchu ja byłem taki sam, a on… on się zmieniał. – Mówił powoli, spokojny, choć wciąż znać było w jego głosie smutek. Przerywał często, oddychał, choć nie musiał, pierwszy raz w tym procederze odnajdując rozluźnienie. Punkt po punkcie, noc po nocy…
– Myślałem o tym bardzo długo, bo bycie wampirem przez wielu traktowane jest jako przekleństwo. Taki los ma wiele ograniczeń, z resztą… wiesz doskonale jak jest L. – Pozwolił sobie na krzywy uśmiech i krótki rzut oka w jej stronę, w pewnym dziwnym zawstydzeniu, może niedowierzaniu, że to właśnie się dzieje. Że rozmawia z kimś. Że rozmawia z nią. Z ostatnią osobą, którejby się tu spodziewał.
– … ale on mi dawał do zrozumienia, że przyjmuje mnie takim jaki jest, że to nie jest nic złego, że… w pewien sposób jest mu to miłe. Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy o możliwościach, o… perspektywach życia razem, które trwałoby dłużej niż ludzka zdolność pojmowania. Tydzień przed tym, zanim… zanim to się stało, zanim wszystko runęło. Tydzień wcześniej zaproponowałem mu to poświęcenie z mojej strony. Musisz wiedzieć, że było mi to mocno nie w smak, bowiem jego krew była wtedy najznamienitszym bukietem, którym mogłem się raczyć kiedykolwiek. – Odetchnął głęboko, próbując odtworzyć wspomnienie smaku, ale błogość tamtych chwil sprawiała mu tylko ból, w karykaturalnym, wykrzywionym obrazie porzuconego kochanka. – Nie spotkało się to ze zrozumieniem. Potraktował mnie szorstko, wyśmiał, kategorycznie odmówił. Zasiał wtedy we mnie dwie myśli, które… które wciąż w sumie porastają mnie jak chwasty, a to co wydarzyło się potem tylko utwierdziło mnie w tej… w tej interpretacji. – Przygryzł na moment wargę, zbierając siły, by powiedzieć to głośno, by zbrukać w pewien sposób intymność przez nich zbudowaną, pośród popiołów róż, pośród głuchych ścian domostwa. – Pomyślałem, że mimo wszystkich kwiecistych słów zapewnień, że niczego mi w jego oczach nie brakuje… Pomyślałem, że to kłamstwo, a stan wampiryzmu jest ledwie przez niego tolerowalny, jak substytut prawdziwego partnera. I druga myśl była taka, że stan, w którym wtedy byłem, stan szczęścia, spokoju, stan pewności w niezmiennym… jest terminowy. Ma datę końca. Przeminie. Nie sądziłem jednak… nie sądziłem, że przeminie tak szybko. Nie byłem na to gotów… – urwał, czując, że przejście do kolejnego punktu może okazać się zbyt trudne. Zwiesił głowę znów, próbując powstrzymać zbierające się w oczach łzy.