09.06.2025, 23:07 ✶
Mimo dekady regularnych, ale niestety rzadkich wizyt, gdy najpierw Anthony, a potem Jonathan pełnili funkcję ambasadorów stacjonujących we Francji, łatwo było wpaść w dawne koleiny ich przyjacielsko-zawodowej gry. Selwyn potrafił czytać w Shafiq'u jak w otwartej książce, choć - jak miało okazać się po latach dopiero - nieco mylnie interpretować powody, takiego czy innego grymasu.
Teraz jednak, zupełnie nieświadom stojącej za ów niechęcią słabości, słusznie zinterpretował jego niewerbalną mowę, jako chwilową niedogodność, czy wręcz koloryt lokalny, pozwalający mu dalej być po prostu Jonathanem, jasnowłosym retriverem wpychającym wszędzie swój mokry nos. Szczególnie, że na wzmiankę o bordowym garniturze, spojrzenia obu zarządców OMSHMu spotkały się w niemym zrozumieniu i bez słów wyrażanej wdzięczności.
Anthony'emu było zdecydowanie za ciepło, umysł płatał mu niewątpliwie figla, gdy stężenie Selwynów w gabinecie stawało się tak samo przyjemne, jak i nieznośne. Czy świat jest gotowy na taką ilość uroku osobistego? Szczerze wątpił? Spoglądając na uśmiechających się brunetów o głosach aksamitnych jak egipski jedwab... w takich chwilach zastanawiał się jak ktokolwiek może nie ulec temu, bez względu na płeć. Miał problem żeby się skupić i był niesamowicie wdzięczny Robertowi, że przejął inicjatywę tłumaczenia tego, cóż też takiego będą robić razem. Wybornie... Nie kłopotał się nawet, żeby cokolwiek z tego zapamiętać, myślą uciekając już do kina, do kolorowego, soczystego obrazu, który nie ruszał się ledwie chwile jak zdjęcia w gazecie, ale ciągle trwał i trwał i opowiadał co rusz to nowe, piękniejsze, barwniejsze historie. Co prawda nie mógł w pełni wysycić się myślą artystyczną, która przyświecała twórcą, nie widząc pełnego spektrum kolorów, wciąż pozostawał scenariusz, muzyka no i aktorska gra największych sław, których twarze wypełniały cały ekran. Oczywiście... to nie był teatr i Anthony pozostawał świadomy, że nic nigdy nie zastąpi teatru, magia kina jednak udzielała mu się niesamowicie.
- Ciekawe czy będzie popkorn karmelowy... - mruknął sam do siebie, uciekając wzrokiem ku oknu, odpływając w marzenia w bezpiecznym środowisku własnych przyjaciół, którzy przecież nie oczekiwali od niego, że będzie aż tak narzucał im się swoją osobą w rozmowie. Praca wymagała u niego stroszenia piórek i nieustającej rozmowy, ale chwile odpoczynku... milczenie było złotem. Zwłaszcza milczenie wypełnione rozmową przebywających obok niego kuzynów.
Teraz jednak, zupełnie nieświadom stojącej za ów niechęcią słabości, słusznie zinterpretował jego niewerbalną mowę, jako chwilową niedogodność, czy wręcz koloryt lokalny, pozwalający mu dalej być po prostu Jonathanem, jasnowłosym retriverem wpychającym wszędzie swój mokry nos. Szczególnie, że na wzmiankę o bordowym garniturze, spojrzenia obu zarządców OMSHMu spotkały się w niemym zrozumieniu i bez słów wyrażanej wdzięczności.
Anthony'emu było zdecydowanie za ciepło, umysł płatał mu niewątpliwie figla, gdy stężenie Selwynów w gabinecie stawało się tak samo przyjemne, jak i nieznośne. Czy świat jest gotowy na taką ilość uroku osobistego? Szczerze wątpił? Spoglądając na uśmiechających się brunetów o głosach aksamitnych jak egipski jedwab... w takich chwilach zastanawiał się jak ktokolwiek może nie ulec temu, bez względu na płeć. Miał problem żeby się skupić i był niesamowicie wdzięczny Robertowi, że przejął inicjatywę tłumaczenia tego, cóż też takiego będą robić razem. Wybornie... Nie kłopotał się nawet, żeby cokolwiek z tego zapamiętać, myślą uciekając już do kina, do kolorowego, soczystego obrazu, który nie ruszał się ledwie chwile jak zdjęcia w gazecie, ale ciągle trwał i trwał i opowiadał co rusz to nowe, piękniejsze, barwniejsze historie. Co prawda nie mógł w pełni wysycić się myślą artystyczną, która przyświecała twórcą, nie widząc pełnego spektrum kolorów, wciąż pozostawał scenariusz, muzyka no i aktorska gra największych sław, których twarze wypełniały cały ekran. Oczywiście... to nie był teatr i Anthony pozostawał świadomy, że nic nigdy nie zastąpi teatru, magia kina jednak udzielała mu się niesamowicie.
- Ciekawe czy będzie popkorn karmelowy... - mruknął sam do siebie, uciekając wzrokiem ku oknu, odpływając w marzenia w bezpiecznym środowisku własnych przyjaciół, którzy przecież nie oczekiwali od niego, że będzie aż tak narzucał im się swoją osobą w rozmowie. Praca wymagała u niego stroszenia piórek i nieustającej rozmowy, ale chwile odpoczynku... milczenie było złotem. Zwłaszcza milczenie wypełnione rozmową przebywających obok niego kuzynów.